{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Tadeusz Stirmer

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

Całowstąpienie

 

Kiedy spotkaliśmy się po raz ostatni

myślałem przez chwilę przy pożegnaniu

że jego palce

od dawna oderwane od woli

i

Ostatecznego Niezłomnego Postanowienia Wyjścia

przypominają w dotyku parafinowe świece

 

Właściwie delikatne żałobną bielą podbrzusza ryby

zdawały się świecić do wewnątrz

ciągle żywą kością aż po nasadę paznokci

jakby już wtedy pogodzonych z ziemią

 

Kilka dni później zrastaliśmy się ze sobą w milczeniu

przed szklaną kurtyną miejskiego krematorium

Tam za żelaznym progiem płonęło w nas wszystko

co przez długie lata tliło się

co skrzętnie tłumiliśmy

w sobie

 

 

Cudny sen

 

                        Pamięci Marka Edelmana

 

w dzielnicy wolnej od zwierząt

głód był naturalnym stanem

turkotały wózki zaprzężone w cienie

wypełniały się doły –

żywi już nie czekali na cud

 

z drzemki przebudził się Bóg

dotknął własnych korzeni i działo się

jak niegdyś: kamienie nabrały smaku

stały się jadalne

ze szczurzych zakamarków wynurzył się

na wpół martwy tłum i ruszył w ulice

 

za nim ścieliły się zielone trakty

 

na deser pożarto domy i wzajem

zlizywano lukier z rumianych teraz obliczy

piernikowy mur rozwarł podwoje

jak zwieracz na rajską stronę miasta

 

a miasto spopielało i zapadło się w sobie

 

 

Dziedzictwo

 

Sąsiadka z naprzeciwka

przygarniała psy

i bezpańskie święta

 

Nie urządzaj się tu

zbyt wygodnie –

ucięła ostatnią rozmowę

 

Słyszę milczy balkon

że urnę wybrała i miejsce

że ją spalono po śmierci

 

Jak matkę

 

 

Moja George Sand

 

            Edycie

 

gdybym miał suchoty

mógłbym prosić

byś podała mi pierś

pełną ożywczej litości

 

niczym król Edyp

przyssany do mitu

piłbym do syta i rósł – rósł

jak miech katedralnych kopuł

 

i stawał się dumny – ja

budowniczy doniebnych wież

albo wódz surykatek

na straży terytorium

 

by spełnił się

błysk przeznaczenia

 

 

Nauka czytania

 

Już tylko czekali

 

Łączył ich rozkład i pies

plączący się wokół kolan

 

W ślepe narośle miasta

zanurzył się tępy autobus

 

Siadła przy oknie i napisała

to słowo

 

Jeszcze nie wierzył –

biegł chwytając się spalin

 

Wyglądał jak ryba

na piasku

 

 

Pokolenie

 

skoro mają to szczęście

a szczęściem jest zachowany dar

zdolność do wdrapania się

po tych cholernie stromych schodach

po laur za całokształt

 

więc kiedy nie są właśnie aż tak chorzy

po prostu jakoś brną przez kolejne dni

i ciągle są dzielni

bo ostatnia umiera w nich duma

to nie unikną jednego –

człowiek na starość drobnieje

 

drobnieją twardzi jak stary beton

( nie – nie t e n beton)

i wprawiają mnie – widza

w stan wstydliwie obcy

przed którym bronię się jak szczeniak

gdy przez żaluzje dłoni widzę

no tak – celuloidowych herosów

 

a teraz zbyt obszerny kołnierzyk

z martwo ptasiejącą szyją

w sam raz dla kościanej łowczyni

która słono moją własną dławi

 


Rezonans majowy

 

Na początku była kura o imieniu Otton

Zniosła kanciaste jajo i właśnie tak

potoczyła się moja historia

 

W tysiąc czterysta dziesiątym

zjadłam na śniadanie najpotężniejszą

z chrześcijańskich armii świata

by w obiad – w skali dziejów –

stłumić osmański przeciąg

Była kawa ciasteczka i wiersze o przedmurzu

 

W nagrodę mnie rozebrano

i stałam się kontynentalną dziwką –

bywało że chłopcem do towarzystwa;

Traktowano mnie tak jak na to nie zasłużyłam –

w wąwozach i brudnych zaułkach Historii

Jasny wyjątek stanowili synowie

z nich mięso zawsze było świeże i smaczne

 

Dziś żyję wolna

z niewielką przywarą regentki Pana Boga

To prawda – zawłaszczyłam Matkę i Syna

czyniąc z nich własnych synów

 

Nie dodaje to siły – jest słabość Państwa

żarłoczny podzielony Kościół

oraz Konstytucja – pełna zrostów od jej łamania

 

Stara Europa waży; nie wie co podziwia:

owo święte przedmurze czy diabelską ironię Losu –

drugą stronę cmentarnego muru

pod którym grzebie się zwykłych innowierców

psy

oraz samobójców z nierozłącznym sznurem

 

 

Okolice piekła

 

z tym wyniesieniem na ołtarz

trzeba by zaczekać

są sprawy ważniejsze –

doktryn listów i takich tam

co dotyczą ona kościoła

a tych cudów potwierdzanie

toczy się solennie – chrypią starcy

z woskowiną w sercach słyszą:

santo subito

 

ale co tam: ordnung muss sein

są dużo ważniejsze sprawy

bo rozdmuchane nad miarę;

ten brak wyciszenia właściwej dyskrecji

podopieczni szczególnie chłopcy

mali śpiewacy z gardłem otwartym

pod niebo – jak słodkie skowronki

 

jak skowronki z rożna

 

 

Sedno

 

deszcz od tygodni deszcz i wiatr

na szybie łeb kota jaki tam kot

liść stary jakiś pewnie zeszłoroczny

jestem płaczliwy w nastroju i właśnie

przerwałem twardy tekst o krzywdzie

w tle you can dance w nim Jacques Brel

marzy: zostać cieniem Jej psa (znałem

taką smycz i zapach) dla mnie pozostał

Górą większą od Jezusa z Rio jak oni

się cieszą – wysiłek małych zwycięstw

łzawię bez łez więc chrząkam jak świnia

o kryształkowych oczach łamiąc światło

pryzmat jak piramida oświeca mnie;

walnięty bełkot żywo-pisania pospiesznie

wracam do „Semit.pl” by walczyć

z każdym znakiem: z b l i ż a m s i ę

w ważnym już teraz wierszu o zabijaniu

narodu

 

 

Semit.pl

 

jak TO opisać skąd bije czarne źródło?

w złożach ciemności rodzi się pytanie:

kto skorzystał z piekła gdy miotał kamienie

 

i nadszedł czas niepokoju przeczucie powrotów;

gdy żywi wstając z martwych upomną się o popiół

wydrapią z ziemi pamięć

 

więc pełznie robak pod skórą niepewny

o los wszystkiego co w mroku ojcowie uznali za swoje –

co j e s t o j c o w i z n ą i na to są papiery

 

TO się roznosi ponad strugą czasu

jak wyziew gwałcący powietrze

i nie ma w tym cudzej winy

 

jest tylko mleko wyssane z piersi matek

zrodzonych z Matki Polek

 

 

Tracheotomia

 

Kiedy tak stoi w jasnym dobrze oświetlonym miejscu

w jeszcze odległym lustrze widzi całą siebie –

na pierwszy rzut oka wydaje się być kompletna

 

Zbliża się o dwa wciąż niepewne starannie odmierzone kroki

aż do śladu tchnienia na błękitnym odbiciu terrakoty

Skupia się na fragmencie

 

A przecież zna każdą porę skóry

jak wczoraj liczy kiełki starannie wydepilowanego podbrzusza

drobne oznaki płodności – stara się być sarkastyczna

 

Unosi pulsującą ciężką jak powieka pierś

nieomal opiera na niej policzek jakby karmiła siebie;

patrzy w to jedno miejsce na granicy cienia

 

Bada strukturę, odcień i rozległe brzegi niewielkiego znamienia

lekko naciągając skórę: najpierw w kierunku pachwiny

na ukos w dół stromego brzucha z ładnie zawiązanym pępkiem

Oswaja przy tym bliznę trochę podobną do kożucha

na krawędzi kubka stygnącego mleka

--

Tadeusz Stirmer urodził się w 1951 roku w Poznaniu, tam mieszka i pracuje. Jest autorem pięciu książek poetyckich: „Dla nikogo mnie nie ma” – 2002, „Na ścierwisku” – 2007, „Łamana polszczyzna” – 2009, „Bwana Polanda” – 2011, „Śpij dobrze, dziecko” – 2011. Publikował w prasie literackiej. Jego wiersze zamieszczano w kilkudziesięciu antologiach, almanachach, wydawnictwach pokonkursowych itd. Członek ZLP od 2009 roku.



Pin It