{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Rafał Baron

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

Rafał Baron, poeta z Trójmiasta, niedawno wydał tomik pt. Listy do nienarodzonego dziecka. Jest tłumaczem, wykładowcą, krytykiem muzycznym. Laureatem wielu konkursów poetyckich...

 

 

diagnoza

 

listopad. nastają wielokątne obrazy

z możliwościami przerzutów:

 

kilkuletnie dziecko w czarnej koszulce

z nadrukowaną trupią czaszką.

 

kobieta w średnim wieku

taksująca wzrokiem mężczyzn

idących szybkim krokiem do pracy.

 

tunele dworca. dziewczyny sprzedające buty i ubrania

są całkiem atrakcyjne. w innych okolicznościach

mogłyby zostać modelkami,

albo opalonymi asystentkami dyrektorów.

 

prowadź mnie przez ścianę.

 

podwórko między blokami. zmrok. generatory

buczą w poświacie płynącej z okien. gdzie szukać

punktu wspólnego, spoiwa?

 

budynek jest wysoki. klatki. schody i strych.

niech ta podróż zabierze mnie wyżej.

 

czemu wszystko się kończy

w hali odlotów? zawsze, gdy do niej wchodzimy

nadchodzi wilgotna mgła. wszystko się skleja

i nie da się oderwać z planszy,

gdzie jesteśmy osobno

wyświetlani.

 

znów zlepiony, zdrowy, nie ma przerzutów,

ani przebić na inny pokład.

 

a jeśli już od dawna lecę

wypełniony zimnem, bez wyjścia?

 

 

Krótki film o jasności

 

Oddział intensywnej terapii.

Noc. Pod jej powieką

nie ma znaków. Kadry:

 

Jest w mieście G. pełnym światła.

Wciąż ma ziemię w ustach,

nie może jej wypluć, choć próbuje.

Wie, że jeśli to zrobi, to dołączy do nich,

do sieci naczyń połączonych

i zapomni.

 

Nie zna kierunku, więc zaczepia ludzi na ulicy.

Oddycha ich ustami. Ale ich nie ma,

a on jest wciąż wyświetlany, gdy idzie

do samochodu, jedzie i uderza w drzewo.

Przez chwilę jest jasno.

Cięcie.

 

Wtedy szkli się

 

oko respiratora.

 

 

widok

 

 

serie zdjęć: budynki. równo przystrzyżone klomby.

sklepy z zabawkami i sprzętem do nurkowania.

przegrzane wnętrza kafejek kontra schłodzone drinki.

autobus wiozący mnie na plażę jedzie zbyt szybko,

ale nawet czyjeś: ‘kierowcę chyba posrało’

dobrze komponuje się z ogólną soczystością

tego dnia.

 

ciepło. wykwit złych dzielnic pełnych galerianek

wracających z łowów z coraz bardziej pustymi

wnętrzami wypełnionymi męskim nasieniem

zabijanym przez patentex oval.

 

chłopcy w dresach siedzą pokotem na ławkach.

są jak sinice na brzegu i jak one śmierdzą

podróbkami Calvina Kleina.

 

kwitnie również handel wymienny. zdjęcia

robione przez oko przeprawiają się głębiej,

w ciszę. biorę je oddając w zamian niepamięć.

robi się coraz głośniej po obydwu stronach

szyby. już wiem. pamiętam kim jestem.

składam się z tego co widzę

 

i z niczego więcej.

 

 

Próba słowa, próba oddechu

 

Wolę nie pisać. Zatopić słowa w chłodnej toni

aż zmienią skład wody na toksyczny i staną się

ciężkimi metalami. Lecz zanim pociągną mnie na dno

ja już będę na tętniących ulicach

 

milczeć. Stać na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu miasta

pozwalając by wszystko przeze mnie przejechało

i przeszło. Wtedy zobaczę, że świat tak naprawdę

jest nieruchomy i porusza się tylko wtedy gdy my

biegniemy wokół własnej osi. Wtedy mówi

razem ze mną.

 

Więc milczeć. Mówić tak jak się oddycha. Wrócić

do tamtego jeziora, być jego bezruchem, jednością

choć przez kilka sekund. Widzieć spod przezroczystych tafli lodu

drugie dna słów, schodzić w ich ciemność.

 

 

Infekcja

 

Dokąd tak jedziesz pikselu? Nieważny jak mgnienie szyb

otwieranych okien w przedziale pociągu. To pośpieszny

i najpewniejszy wariant ucieczki, lecz już na dwudziestym

kilometrze jej miasto bierze cię szturmem jak wirus,

dostaje się do środka i zaczyna rozrastać, coraz ciaśniejsze

w środku wyssanym jak szpik.

 

Świat, który nieopatrznie połknąłeś od dworca po brzeg

rzeki, gdzie odkrywaliście nową ziemię

cały przedostał się do krwi, po krańce. Uciekasz,

 

lecz rosną w tobie jego rysy, sklepy, przystanki tramwajowe,

parki, tamte sytuacje. Wewnętrzne miasto bez przewodnika

puszczone samopas. Narośla kamienic w dusznych kanionach

ulic. Na nich łańcuszki samochodów dostawczych jak obce ciała

przynoszą złą nowinę :

 

Infekcja rozszerza się jak sprzężenie zwrotne.

Gdy dotrzesz do domu dopadnie cię ostre zapalenie

obrazów.

 

Będzie widać czarny dym. Znak, że nie znaleziono

wyłącznika.

 

 

odgłosy

 

mieszkanie z widokiem na przystanek. łoskot

autobusów. u góry krzyk kobiety, która dochodzi.

z lewej stukot wiertarki. poniżej kanalizacja.

pół metra ode mnie regularny stukot deszczu

o parapet : w środku, w oddali, w środku, w oddali.

między dźwiękami biały szum, odgłosy

z tyłu głowy. coś

 

nie chce odejść, choć ma srebrną monetę

na języku, który rośnie w gardle

i któregoś dnia nas dotknie. wtedy stanie się

 

zapaść. cienkie ściany runą i będziemy rozumieć

bez słów, słyszeć wszystko jak bóg. widzieć drugie dna

pojawiające się w postępie geometrycznym. smakować

i dotykać wszystkich kobiet i wszystkich mężczyzn

tego świata. czuć ich zapach. aż wypełni się pismo

i nie będzie żadnego pisma,

tylko to, co jest

 

na końcu języka.

 

 

O wnętrzach i wnętrznościach

 

Niewiele wiem

o miejscu, do którego idziesz.

Tyle pojąłem, ile zostało przecedzone

 

przez wnętrzności, których nie znamy.

Przez ściany główne i działowe. Ruchome grodzie.

Nieruchome bramy zamykane na skobel. Na klucz.

Na pilota.

 

Przez wnętrza. Ich opisy. Imiona byłe. I te,

które będą. Rachunki. Rachuby. Wszystko,

co nasze, przywarte, przyrośnięte.

Warstwami. Głęboko. Coraz

głębiej.

 

Przez iły, czarnoziem i kości. Wody

gruntowe. Czyste. I lód. Lodowaty dotyk,

wyrwę w pamięci.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)

 

 

Dwoje

 

Tych dwoje w różnych miejscach. Gdziekolwiek są,

widzą koniec przezroczystego dnia, jego sekrety za szybą.

Wiedzą co dalej. Znają zakończenie filmu:

 

centrum handlowe - wyjście z wózkiem pełnym jedzenia.

Powrót do domu, w ślepe uliczki, pętle.

I tak będzie wyglądał koniec drogi –

– wypakowywanie płatków śniadaniowych,

albo zgrzewek wody mineralnej jako czynności

ostateczne.

 

Dlatego wycofują się do splątanych korytarzy,

by nic nie miało kresu, by jego znalezienie potrwało.

Coraz częściej celowo gubią się w zakamarkach

zdań. Urywają w pół słowa, wyplątują się ze starych

nazw. Uczą się nowych imion. Mają ich tysiące.

Wtedy wszystko jest wreszcie świeże

i nieznane.

 

Zasypiają. Byś mógł wejść w zamglony kadr

nieświadomy, że kiedyś

 

znajdziesz ich na chodniku

sztywnych i skręconych,

 

po drugiej stronie szyby.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)

 

 

Transfuzja

 

Będę przy tobie

samolubna poczwarko, nie potrafiąca dać światu nic

prócz krzyku. Będę w pierwszej chwili i potem,

gdy w bocznych lusterkach samochodów, w pamięci dworcowych kamer

zostanie skóra namokniętego miasta, jego zewnętrze bez pamięci

gotowe do przetaczania krwi

z tobą.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)

 

 

Obraz w skrócie

 

Czasem wyobrażam sobie taki widok:

 

graffiti na murze: twarz chłopca z wydrapanymi oczami.

W ich miejscu bazgroły i dziury jak po serii z cekaemu.

Nieprawdziwy, zamazany, z imieniem niepewnym

jak cała droga i czas zwany przejściem

od początku do końca.

Jak duch.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)

 

 

Jestem na pewno

 

w spisach imion, w plikach zapisanych

na urzędowych komputerach. W pamięci

cudzych telefonów. W słowach wypowiedzianych

przez kogoś innego. Ponadto

 

mogę znaczyć cokolwiek. Być chłopcem z plakatu,

przezroczystym kimś w tłumie

przemierzającym główną ulicę,

mogę się nawet zdarzyć w czyimś kącie

oka.

 

Tym wszystkim mogę być na pewno, a potem

stać się niewidzialnym. Bez kontekstu.

Cienkim lodem, który się załamie

zanim do mnie dotrzesz.

 

Wiec nie czekaj do świtu, by łowić to co ze mnie

zostanie.

 

Opowiedz kiedyś jak mnie zapamiętałeś. Opowiedz

o stopklatkach, zapisie ruchu

w formalinie.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)

 

 

Chłopiec z mgieł

 

Dotykam cię chłopcze z mgieł, choć wciąż nie przyszedłeś.

Z ustami pełnymi ziemi zjawa szuka drogi.

Ty to śnisz – że płynnym ruchem podnosimy cię

z łóżka, a węzeł ciała zaciska się w ciszy.

Ty śnisz powroty do zatopionych miejsc,

ale drzwi już się nie otwierają na tamto

bezbrzeże. Śnisz, że powoli kiełkują słowa, rosną

ściany do wieszania obrazów, a larwa lęgnie się,

pełznie, uderza w mur. Żyje.

 

(z tomu Listy do nienarodzonego dziecka)


Pin It