Ernest Bryll
urodzony 1 marca 1935Warszawie – pisarz, poeta, autor licznych tekstów piosenek i musicali

Po ukończeniu II Liceum Ogólnokształcącego w Gdyni studiował na wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończył w 1957. Debiutował tomikiem wierszy  Wigilie wariata, w 1958 r. Oprócz działalności na niwie literatury i mediów, w latach 1991-1995 Bryll był ambasadorem Rzeczypospolitej w Republice Irlandii. 1974-1978 był dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Także członek redakcji pism społeczno-kulturalnych (m.in. 1959-1960 w Współczesności). Jest członkiemStowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył Ernesta Brylla Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski[1].

W 2009 w uznaniu zasług dla Stolicy Rzeczypospolitej Polskiej uhonorowany został Nagrodą Miasta Stołecznego Warszawy

Bibliografia

Proza

  • Studium, Czytelnik Warszawa 1963
  • Ciotka, Czytelnik Warszawa 1964
  • Gorzko, Gorzko, Czytelnik Warszawa 1965
  • Jałowiec, LSW Warszawa 1965
  • Drugi niedzielny autobus, LSW Warszawa 1969
  • Betlejem, Pelikan Warszawa 1987
  • O trzeciej nad ranem, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2009

Poezja

  • Wigilie wariata, Iskry Warszawa 1958
  • Autoportret z bykiem, Iskry Warszawa 1960
  • Twarz nie odsłonięta, Czytelnik Warszawa 1963
  • Sztuka stosowana, Czytelnik Warszawa 1963
  • Mazowsze, Czytelnik Warszawa 1967
  • Muszla, Czytelnik Warszawa 1968
  • Fraszka na dzień dobry, Czytelnik Warszawa 1969
  • Poezje wybrane, PIW Warszawa 1970
  • Zapiski, PIW Warszawa 1970
  • Piołunie piołunowy, LSW Warszawa 1973
  • Dramaty i wiersze, PAX Warszawa 1973
  • Zwierzątko, Czytelnik Warszawa 1975
  • Ta rzeka, Czytelnik Warszawa 1977
  • Rok Polski, PAX Warszawa 1978
  • Wiersze Wybrane, WL Kraków 1978
  • A kto się odda w radość, PAX Warszawa 1980
  • Czasem spotykam siebie, WL Kraków 1981
  • Sadza, Czytelnik Warszawa 1982
  • Wiersze, Biblioteka Tygodnika Stanu Wojennego Warszawa 1983
  • Pusta Noc, PAX Warszawa 1983
  • List, Nowa Warszawa 1985
  • Gołąb pocztowy, Pokolenie Warszawa 1986
  • Boże uchroń nas od nienawiści, CDN Warszawa 1985
  • Adwent, Aneks Londyn 1986
  • Wiersze, Solidarność Walcząca Łódź 1987
  • Kropla w wodospadzie, Interart Warszawa 1995
  • Kto chce znać wiatr, PAX Warszawa 1996
  • Widziałem jak odchodzą z nas ci ludzie dobrzy, W Drodze Poznań 1996
  • Rok Polski 2000, edycja w drzeworytach Marka Jaromskiego BŚ Katowice 2000
  • Kubek tajemny, PAX Warszawa 2000
  • Golgota Jasnogórska, nakład numerowany 500 egzemplarzy, Paulinianum, Jasna Góra, Częstochowa, 2001, wyd. I bibliofilskie.
  • Golgota Jasnogórska, Paulinianum, Jasna Góra, Częstochowa, 2001, wyd II albumowe.
  • Nie proszę o wielkie znaki, PAX Warszawa 2002
  • Jezioro Kałuża, Adam Marszałek Toruń 2003
  • Na ganeczku snu, GAUDIUM Toruń 2004
  • W ciepłym wnętrzu kolędy, Zysk i s-ka Poznań 2007

Dramaty, oratoria, musicale, sztuki telewizyjne (daty wystawień lub publikacji)

  • Ballady lipieckie, 1967
  • Żołnierze, 1968
  • Rzecz Listopadowa, 1968
  • Kurdesz, 1968
  • Po górach po chmurach, 1969
  • Na szkle malowane, 1970
  • Kto ty jesteś, 1971
  • Wołaniem wołam cię, 1972
  • Zagrajcie nam dzisiaj... , 1973
  • Doświadczyński, 1978
  • Słowik, 1978
  • Ballada Łomżyńska, 1978
  • Kolęda- Nocka (musical, złota płyta), 1980
  • Wieczernik, 1984
  • Wieczernik, Krąg Warszawa 1988
  • Dybuk, KOS Warszawa 1988
  • Wieczernik, PAX Warszawa 1990
  • Tristan, 1996
  • Cyrano, 1997
  • A kto się odda w radość, 1998
  • Wołał nas Pan, 1999

Tłumaczenia

  • Miodopój (VI-XII.) wraz z Małgorzatą Goraj, PAX Warszawa 1978
  • Irlandzki Tancerz (XII-XIX) wraz z Małgorzatą Goraj, PAX Warszawa 1981
  • Tain, LSW Warszawa 1983
  • Historia Irlandii wraz z Małgorzatą Goraj, Zysk i ska Poznań 1998
  • Doire Aniołów Pełne wraz z Małgorzatą Goraj, W drodze Poznań 1998
  • Anthony Cronin, Koniec współczesnego świata wraz z Małgorzatą Goraj, Motivex i Wydawnictwo Nakom, Poznań 2003
  • Eire, wiersze irlandzkie VI-XIX wiek wraz z Małgorzatą Goraj, ISC Sc & Biblioteka Telgte, Warszawa-Poznań 2004
  • Al Pacino, Rozmawia Lawrence Grobel wraz z Magdaleną Bryll, Wydawnictwo Axis Mundi, Warszawa 2007

Nagrania dźwiękowe

  • Na szkle malowane, muz. Katarzyna Gaertner
  • Irlandzki Tancerz, muz. Janusz Kruk (2+1)
  • Kolęda Nocka muz. Wojciech Trzciński, wyk. Krystyna Prońko (złota płyta)
  • Bo ma duszę nasz dom, muz. S. Fijałkowski
  • 1987 O głupim Tomku, wilku i niedźwiedziu (słuchowisko, LP, Muza SX-2486)

Najważniejsze piosenki

  • Góry, chmury, doliny
  • Hej, baby, baby
  • Hej, kurniawa, kolęda
  • Kolinajka
  • Kołysanka matki
  • Miłości mojej mówię do widzenia
  • Na sianie
  • Nie zmogła go kula
  • Pieśń Kronika
  • Po górach, po chmurach
  • Psalm stojących w kolejce
  • Wołaniem wołam cię
  • Peggy Brown
  • Wszystkie koty w nocy czarne
  • A te skrzydła połamane


* * * (Przyjdą do nas...]

Przyjdź do nas Panie jak ktoś niewiadomy

Nieważny - byśmy ciebie nawet nie poznali

Wtedy mniej może będziemy kłamali

Kiedy będziesz pełganiem - blaskiem świeczki skromnej


Bo dla nas światło spojone ciemnością
Z duchotą, sadzą co płomyk oblepia
Niewiele zobaczymy kiedy nas oślepiasz
Więc nam twoje wesele pomieszaj z żałością
Przyjdź do nas Panie jak ktoś niewiadomy
Będź dla nas z krwi i potu, strachu i kłopotów
Choć świta kogut pieje znów nie jestem gotów
Ciemne są moje strony...

***

Podaj mi rękę. Tylko tyle mamy
Ciepła co w sobie jak kubek podamy
Z wrzącą herbatą. Zapal jakieś słowo
A ja zapalę inne jak lampę naftową
Może ten mróz podniebny jakoś przeczekamy
Podniosę lampę, zobaczę - a może
Ktoś jeszcze obok czuwa choć go nie widzimy
Może ten blask mu usta zamknięte otworzy
I powie: Obok nas czuwają inni.

Zaszeptaj. Niech odszepcą. Krzyknij. Niech odkrzykną.
Popatrzmy dobrze w tę noc trzaskającą
Podnieśmy płomyk niech wszyscy przeliczą
Ilu nas jest...

A MA DUSZĘ NASZ DOM


A ma duszę nasz dom ma duszę
Tylko my jej nie rozumiemy
Bo zamknięte są drzwi dom jest niemy
A co szepce można tylko przypuszczać

Stąd mieszkamy jakby bezdomnie
Przez prawdziwe drzwi niedopuszczeni
Dom się broni
Nic się nie dowiemy

O czym ważnym skrzypi podłoga
Na czym trzyma się tak prosto ściana

Może wiedza ta będzie nam dana

Jak nowa

Ojczysta

Mowa

2003



PIOSENKA  (Pójdziemy nóżka w nóżkę)


Pójdziemy nóżka w nóżkę

Przez wąziusieńką dróżkę

A nad nami paprocie. Nad paprocią bór

Jako gardło pieśni na jesienny chór


Przymrozek a my boso. Niech nóżki wyczują
Gdzie tam strumienie ciepłe w nowy rok wędrują
Gdzie dom, łóżeczko, które czeka na nas
Jak białe powitanie i przytulność sama

Położymy się w łóżku, bliziutko, bliziutko
Pod zaspami pościeli. Wcale nie na krótko
Zaśniemy łapką w łapkę. Obłapka w obłapkę
Wpadniemy w sen miodowy. Kosmatą pułapkę

Ach, zimo. Dobra zimo. Kołdrę naszą trzymaj

2003


Wielkie słowa


Czy pieśń ujdzie dziś cało? Czy złapana
Jako ptactwo będzie hodowana
Dziób jej przytną, a też pazury
Żeby w tłoku nie darła skóry

Wypasą ją na siłę - by gotowa była
Do święta - gdzie się pieśni jak brojlery zżera
Przyprawy dadzą piękne. A więc się zaciera
Że w klatce się utuczyła

Inaczej być nie może. Do stołów ojczystych
Tylu się pcha.
Wielkie słowa
Hoduje się w przemysłowych
Kurnikach

To oczywiste
2005



Pani Dobrego Zmierzchu...



Pani Dobrego Zmierzchu, stań nad moim zmierzchem

I daj mi w nim zamieszkać

Bez wielkiego bólu ciała i myślenia


Niechaj serce nie zapomni imienia

Duszy. Aby bez osamotnienia

Żyła we mnie. Jednakim wspomnieniem

Pieśnią...

Aby nie został zburzony

Dom pamięci. Był przyjaznym domem

Dla rodziny, przyjaciół, znajomych

Dla najbardziej kochanych z kochanych

Dla Anioła Stróża co wygnany

Tyle razy był a wiernie stoi

Przy niewiernym bardzo życiu moim


Pani Dobrego Zmierzchu, proszę Cię o jedno

Obroń od złego we mnie - serca duszy jedność

2007



Uśmiechają się ludzie


Uśmiechają się ludzie

Zima szła jak po grudzie
Ale sypnął śnieg pierwszy
I niebo oddychało
I miasto wypiękniało
Jakbyś je okrył wierszem

Naiwnie niepowstałym
Jeszcze nie napisanym
Jak białe kartki białe
W niebiosach przeczuwane
2009


Moja stara twarzy…

 

Moja stara twarzy

O czym tobie marzyć

Czego ci nie dość smakować

 

O tym co miałem

Duszą i ciałem

A nie umiałem szanować

 

Za szybko się jadło

Wszystko co popadło

I z byle kałuży piło

 

Więc jakby mnie nie było

I to widać w lustrze

Miało odbijać

Moją twarz – a mija

Cóż, tak się żyje

W pustce

 

/wedle „Mądrości kłamstwa” Sulchana Saby Orbelianiego/


 

TWARZ

 

Twarz w błysku – Manopello. Między zmartwychwstaniem

A stężeniem śmierci. Oczy rozszerzone

Jakby nie wiedział co się stało, stanie

Gdy wieczność jest wrócona

 

Wciąż nie rozumiem tego. Był doczesny

A co wiedział odwiecznie?

Ale jest bolesna

Skrzywienie ust. Spuchnięcie

Sińce , świeże rany

Jest też zgrubienie. Nos jego złamany

Uderzeniem pięści

Nic nie jest wrócone

Do twarzy przed męką

Nie ustawiono

Nosa – by było piękniej

 

A jednak inaczej

Widzimy twarz Jego, Tak, boli, bolało

Poraniona, pobita

 

Ale nie zostało

Kropli krwi. Więc obmyta

Gdy zmartwychwstała?

 

Ale trwa opuchlizna. I też nie zamknięta

Jest ani jedna blizna. Czy tak się pokazał

Magdalenie, tak w Emaus

 

Jak ujrzymy Jego?

 

Wierzę w błysk z Manopello. Chyba zrozumiałem

Że w tej mgle światła nie ma kamiennego

Dotknięcia śmierci. Ani zmarszczki gniewnej

Czy grymasu konania. Patrzę, jestem pewny

Wrócił Mu uśmiech cały

 

 

Kiedyś

 

Pocieszają: Kiedyś się wyjaśni

Ale w kraju „ kiedyś” Idziesz nocą

Może gdzieś, ktoś zapałką trzaśnie

Może świeczkę innym ku pomocy

Zapali naiwny. Przedziwne

Pokażą się na ścianach

Drogi zamazane

 

A to ślady tych, co po omacku

Odklejając się z niewidzenia

Wędrowali myśląc: - Niełatwo

Ale musi być wyjście z cienia

 

Jakieś drzwi

Czy da się po cichu

Wytrychem? Czy hucznie – łomem

Włamać się w niewiadome

 

Tam się wyjaśni. Kiedyś. No właśnie

Na tę chwilę świeczkę mam schowaną

Więc gdy będą drzwi otwierane

Zobaczę za nimi ścianę

 

I zanim płomyk zgaśnie

Chyba złapiemy ślad.

Wędrowania

Na parę lat

 


Przed zamknięciem dnia

 

Nasze twarze przed zamknięciem dnia

Nie takie są, nie takie jakich byśmy chcieli

I dlatego zostawia strach

Ślady na spoconej pościeli

 

Brało się, brało prysznice

Po sto razy. I znowu z niczym

Wchodzimy w noce – pocąc się wszystkim

Co za dnia jest tak oczywiste

 

Teraz nie. Szafa nocy ze skrzypieniem

Zamyka swoje drzwi

I nie ma już półcieni

I nie ma snu dobrego – chociaż niby śpisz

 

Ale kobieta śpi na twym ramieniu

To jest zbawienie. Nocy przemienienie

Bo kobieta przy tobie łagodne ma sny

Jak łąka. Więc cichutko pójdziesz za nią ty

Tak, by się nie zbudziła i doprowadziła

Drogą lepszych poranków

Tam bramka zamknięta. Kobieta ma klucze

A że jest dzieckiem marzeń – znów się nie nauczy

Zamykać twardo furtkę.

A więc niedomkniętą

Prześlizgniemy się wierząc: Wreszcie dla nas święto

 

I szafa nocy znów jest odemkniętą.

 

 

Listy nie odpisane

 

Listy nie odpisane, słowa źle powiedziane

Przypomną się nad ranem. Nawet we śnie najgłębszym

Właśnie z jeziora nocy jest wyciągane

Wszystko co utopiłeś w nim. Albo i więcej

 

Śmierdzi na brzegu.- Nie moje.- A czyje?

Wszystko tak przerośnięte ze sobą

Jakbyś inną był – niż myślisz - osobą

Z tego brudu jak się domyjesz?

 

A śmieciarze, co czyszczą jeziora

Mówią: - Teraz człowieku nie pora

Po tobie, czyścić. Jak myślisz

Kto to zrobi? Rób to sam, segreguj

Albo zapłać. Znajdź sobie takiego

Niech wygrzebie co po tobie gnije

 

Nie lamentuj. Jak nie twoje to czyje?

 

I nad jeziorem nocy nie wołaj wciąż pomocy

Sprzątaj ten szlam. Póki żyjesz



Kiedyś ponoć czuliśmy wszystkich…

Kiedyś ponoć czuliśmy wszystkich
Potem został cichy głos przyjaciół
Ale i to się dziś traci
Bezmyślnie


Jeszcze nie łatwo nam wyznać

Ze zginęła gdzieś wspólna ojczyzna
A może jej nie było
Od dawna czy zawsze?


Popatrzcie:

Chociaż armie niby po paradzie
A żołnierze na razie w nieładzie
Niby spokojnie a naprawdę w wojnie
O własnych spraw granice
Ci nie spasują się z niczym


Więc ci co chcą spokoju

Zmykają do domów swoich
Przez wymarłe ulice


Ale i w domu już nie znajdą domu

Aż strach powiedzieć o tym. Bo komu?


Nawet w prośbach do Anioła stróża

Milkniemy. To dla nas serca za dużo.


3 maja 2011 roku


Słońce świeci


Słońce nawet świeci. Dumnie idą dzieci

Do komunii. I rodziny – jak to zawsze u nas


Bardzo krzykliwa jest polska komunia

Tyle zamętu, tyle prezentów


Aż ten co przychodzi

I dla którego, te śpiewy wszystkie
Cicho przemyka się jak polna myszka
Przez bujny zapach kwiatów. Jest prawie bez smaku
Przaśny


Jak Go pamiętać w tych dniach?

No właśnie
Gdy znajomych się zjechało – aż strach


A nawet wtedy gdy na Mszy cicho

Odbija się od złotych kielichów
Jak Go pamiętać? No jak


Ale po latach, pomyłkach, przewinach

Wiemy. Był zawsze przy nas


A my dalej jak na jarmarku

Zgryzoty, kłopoty, podarki
Radości powszednie jak chleb


Chciał przełamać

Ten chleb z nami
Ale gdzie my sami?

Słońce świeci. Znowu idą dzieci
Do komunii. No, tak to z nami.



Za wami gonię bardzo spóźniony


Za wami gonię bardzo spóźniony

Odjechali bliscy a ja na perony
Dopiero wpadam


A ponoć miałem z wami jedną mową gadać

Razem wędrować. I gdzie ta mowa?


Chciałbym bilet kupić – ale w jakie strony

Gdzie odjechaliście? Nijak to wyszło
Najpierw z oczu zeszli, potem znikli z myśli
Bliscy moi – już nie bardzo bliscy


List został do mnie. Ale co w tym liście

Czy pożegnanie a może testament
Już nawet nieznane – kim dla mnie byliście


Muszę to wiedzieć. Za chwilę przyjedzie

Pociąg. Już wchodzę na peron z betonu
Gdzie pojadę? Nie wiem. Modlę się: Dopomóż
Aniele, wszyscy święci umarłej pamięci


Niech się pokażą moich bliskich twarze

Choćby na brudnej szybie wagonu
Niech cud się zdarzy. Niech wiem po co komu
Jestem. Dogonię was wreszcie


A może nie warto tak się z wami cackać

Może nie warto i szukać tego
Może odjeżdżam z waszego pogrzebu
Ekspresem, co gna po omacku


Kobiety pamiętają


Kobiety pamiętają: - W samym sercu raju

Żyły nasze serca wśród ludzi i zwierząt
Co się kiedyś kochali – jak się nie kochają
Dzisiaj. Aż trudno uwierzyć


Tylko kiedy przyszło najgorsze, co przyszło

Nasze serca jak biedne zwierzęta
Stały się sobie groźne. Nikt już nie pamiętał
Jakim był rajem. Nienawiść zacięta


Kobiety pamiętają….


Oj, serce moje już jest nie moje

I ja też z sercem walczę do śmierci
Jak człowiek człowieka – tak się serca boję
I boi się mnie moje serce


Ano tak. No to jak? Czasami, czasami

Coś w nas się zmienia na mgnienie
Kochamy siebie. Lecz w Nienawidzenia
Ojczyznę szybciutko wracamy


Kobiety pamiętają….


2011 rok




Drży połknięta ławica…

Drży połknięta ławica sardynek
W brzuchu ryby co ma Metro na imię
Zanim będą pożarte do końca
Żyją pamięcią słońca
Sprawami, co były ważne
A teraz nieważne – bo każdy
Do nowego układu się bycia

W zamknięciu i ściśnięciu
W czasie o innej pamięci
Ryba metra jeszcze więcej, jeszcze więcej
Pożera
Tak jest teraz

Kiedyś
Przyjdą
Stacje wyplucia
Ach, ile przed nami uciech


Wedle piosenki nowojorskich czarnoskórych raperów


Malowanie żony


Takie są właśnie, co wołamy: żony;

konstrukcja szczygła — a ten nie uniesie jesieni.

Więcej liścia niż kwiatu — kwiat już znaczy owoc

więcej wiatru niż rzeki...

Gładzimy co rano

uda, chcemy tak tkliwie jakby porcelany

dźwięku jej ledwo dotknąć

nim od tętna pryśnie.

U palców lotki

i tak jakby kowal walił Mozarta...

Bo takie są właśnie

małe jak ziarno, brak im tego ugru

którym ciężarne kwitną.

Ramiączko koszuli

odsłania piersi (w renesansie duchy

bywały tęższe, gotowe, by w biodra

przyjąć błogosławieństwo)...

A one bezbożne

nie chcą przymierza, nieprzydatne garnkom

znienawidzone przez kuchnię.

I jeśli

trzeba rodzinę równać do ogniska

nie znicz to będzie, nie dostojny płomień

lecz suchość dymu, ognik papierosa

który osłaniasz w dłoniach przeciw wiatrom.


Trzeba wymyślić mowę...


Trzeba wymyślić mowę -Nową i radosną
Może wtedy posłuchamy siebie
Bo na razie uszy nam zarosły
Choć po polsku mówisz a nic nie wiesz


Strach. Bo ponoć już pracują lingwiści
Nic nie wiemy o nich. Lecz oni
Wiedzą jak trzeba wyczyścić
Nasze myśli. A my bezbronni?


Może, może po radosnej stronie
Da się jeszcze dobre słowa obronić
Język szczerym smakiem poruszyć
I przepłukać się nalewką po uszy
Może gadać tylko wierszem? Bo wiersz
Jest uparty jak zimą świerszcz


Zaćwierkać mową świerszczową
Od komina zacząć na nowo

2010


Pijemy u świętych strumieni


Pijemy u świętych strumieni niziutko pochyleni
Bo tak się dzisiaj spija te przeczyste wody
Pokornie. Bez żadnej wygody
Z powiekami zaciśniętymi


A dlaczego? Bo jak prawdę pijesz
To strach patrzeć. Nagle się odbije
W gładkiej wodzie nasza straszna twarz
I dlatego, bratku, tym co masz
Choć patykiem, choć językiem przymącamy
Świętą wodę kiedy ją pijamy


Najsprytniejsi przez filtry cieniste
Cedzą. Będzie bliska choć zaiste
Już nie taka gorzko oczywista


Tak być musi. U samego źródła
Strasznie pali. Aż spijać trudno

2010




Na betonie dorośli bawią się


Na betonie dorośli bawią się jak dzieci
W grę " piekło niebo". Czas tak miło leci
Gdy z kwadracika na drugi kwadracik
Dziewczyny skaczą zwinnie. Mężczyźni z tupotem
Stąd, gdy trafią w kałużę, gęsto pryska błotem
Ale twarz ocieramy. Gramy wśród przyjaciół


Piekło i niebo jest tylko umową
Nakreśloną kredą. A życie przed tobą
Prawdziwe. A że jesteś bardzo nieprawdziwy
Nikt się nawet nie dziwi


Z boku ktoś sędziuje
Ale kto? Każdy milczy. Wszyscy podskakują
Ma być wesoło dokoła
Kapujesz

2010



Tyle razy wstawałyście nasze dni



Tyle razy wstawałyście nasze dni. Więc może
Wstanie dla nas jeszcze jeden dzionek
Niech się choć wpółpodniesie kiedy wstać nie może
Nie wszystko chyba skończone

No, zatupmy jak dawniej tańczyliśmy szumnie
Pod skrzypki, pod harmonię. A jak kto nie umie
Niech choć udaje, że bujnie wstaje

No, podnieś się który - w ten poranek bury
Na co czekasz? Na emerytury
Ordery nieszczere
No, czemu siedzimy
W bardzo smutne przystrojeni miny?

Dźwignij się każdy, dźwignij
Ino się nie chybnij
2010


Pieśń zawsze

Znów ćwierka za kominem. To świerszczyk

Uchował się - choć życie węższe zamiast szersze

Stało się. Już nikt nie ma za swoim kominem

Uczciwej szczeliny. Ale nie zaginie

Póki my żyjemy

Świerszczyk pieśni biedny

Tak zapomniany aż niepotrzebny

A jednak wytrwał. Ciężka teraz bitwa

O komin, o powałę. Niewiele zostało

Chyba mniej niźli mało

 

Ale żyje świerszcz

Więc nie zginęła poezja. Bo wiesz

Pieśń zawsze ujdzie cało

Kiedy się zmieniają

Kiedy się zmieniają w nieprzyjaciół

Przyjaciele – nie wolno utracić

W naszej pamięci jak to szliśmy objęci

I miało być inaczej

 

Niestety tam noc. Jej wrota bardzo twarde

My pchamy z jednej strony a wy pchacie z drugiej

Dlatego przyjaciele nie będzie otwarte

Światło, lecz światła smugi

 

One niby prześwietlają noc

Ale widzisz nieskładny kawałek

A więc wszyscy z obcej strony są

Nic nie jest jak trzeba całe

 

Wstydem spłoną nagle wyświetlone

Nasze twarze jak złe demony

Czy na dłoniach kiedyś tak bliskich

Pazur mroku tylko nienawistny?

 

Kiedy się zmieniają w nieprzyjaciół

Przyjaciele – staraj się dopatrzyć

Co prawdziwe w świetle nieprawdziwym

Bo drzwi w nocy pękną

 

Jak się zdziwisz

Klękniesz

Prosząc o przebaczenie

 

Kiedyś musi znów na naszej ziemi

Wykiełkować ździebełko sumienia

 

Pociąg co wywoził
 

Pociąg co wywoził stąd całe narody

Niby jest odstawiony. Ale tuż za domem

Żyje bocznica gdzie eszelony

Czekają nowej swobody

 

Na razie to muzeum. Akta zakurzone

Albo zgnojone. Więc braknie dowodów

Ale jak czas wróci będzie napalone

W kotłach. I ruszą do przodu

Za wagonami wagony

 

Póki co drzewa rosną – jest gęsta zasłona

Wiosną, latem, pod jesień. Kiedy mróz przyniesie

Nagie widoki możesz gołym okiem

Zobaczyć

Co to znaczy?

 

A my? Okulary

Poprawiamy na nosie.

To jest dziejów staroć

Sen mara, Bóg wiara

Koszmary

 Z naszych twarzy

Z naszych twarzy nasze demony

Niezadowolone:

- Co to za oblicze

Oczy nie tęsknią za niczem

Rumieńce wstydu jak przyklejone

Niedbałym mordobiciem

 

- Taka praca – warczą – z wami niełatwa

Odwracać się trzeba od światła

Żeby nikt nawet nie śmiał wiedzieć

W jakiej nudzie my, w jakim wstydzie

 

I nie ma na to sposobu

Wciąż musimy wasze nic pilnować

Właśnie tak: Czyhać, dopadać

Na grzechu. Jaka to zdrada

Jakie zbrodnie?

Bardzo niegodnie

Bylejakość taka że swych szponów

Brzydzą się użyć demony

 

Z naszą twarzą, naszym życiem, pełne wstydu

Bo niczego ważnego nie widać

Ani złe to ani te dobre

Z naszą twarzą demony obłe.

Urywek z raportu

 

….dzieje ich nie do uwierzenia

Okrutne, bałamutne. A ziemia?

Zlepiona z kawałków. Zawsze, nie całkiem

Bezgranicznie kochana no bo granic nie ma

Przepraszam, jest granica między nimi a resztą

Świata. Bo muszą tak mieszkać

 

I na tym koniec. Odważni ogromnie

Jak to w bajkach. Niewinni. Bo inaczej baśnie

Jak opowiadać dzieciom?

No właśnie

Gdyby żyli jako krasnoludki

Los ich byłby nawet całkiem milutki

Na miejscu swoim w dziecinnym pokoju

Gdzieś za szafą, gdzie ciemniej

Dzieci potajemnie

Urządziłyby im kraj jak okruszek

Ale oni nie chcą. Oni muszą

Być więksi niż są sami. I nie chcą żyć z nami

Wedle swego znaczenia.

To lud utrapienia

Wylecą więc i z bajek. Przecież zakończenia

Szczęśliwego dla nich i tam nie ma.

 

Trzeba

Trzeba wymyśleć mowę radosną

Może wtedy posłuchamy siebie

Bo na razie uszy nam zarosły

I po polsku mówisz a nic nie wiesz

Strach. Bo ponoć już pracują lingwiści

Nic nie wiemy o nich, lecz oni

Wiedzą jak trzeba wyczyścić

Nasze myśli. Jesteśmy bezbronni?

Może, może po radosnej stronie

Da się jeszcze przed głuchotą obronić

Język dobrym obiadem poruszyć

I przepłukać się nalewką po uszy

Żeby gadać tylko wierszem, bo wiersz

Jest uparty jak zimą świerszcz

Trzeba wymyśleć mowę świerszczową

I zacząć chyba na nowo

Coraz więcej

Coraz więcej rodaków w trawie się ukrywa

Albo, jak ja, pod krzakiem. Leżą ledwo żywi

Bo tam gdzie kwitły pola dawnych marzeń

Jest teraz kraj wydarzeń

Maleńkich raczej – nie ma na co patrzeć

Ale najważniejsze których nie zmierzycie

Nie złapiesz ich, nie zdusisz. Jak pchły skaczą

Każdy się drapie, łapie je. Widzicie

A na marzeń polach trwa walka olbrzymów

Strasznie skarlałych. Lecz trudno wytrzymać

Ich smród. Z wielkości tyle pozostało:

Ogromne, wielce nadzwyczajne łajno

Jak górotwór. Lecz tego im mało

 

Tratują resztki trawy, ocalałe krzaki

Znów się nam dają we znaki

Ani się ukryć. Ani przywyknąć

Nie da się też zniknąć

Ktoś potargał korale Pani Częstochowskiej

Ktoś potargał korale Pani Częstochowskiej
Miała je dla święta; Ażeby radośnie
Witać nas w dni zielone i siewne i żniwne
A nawet te przeciwne

Ktoś chciał ukraść co świętej, bo jest odemknięte
Wieko kufra. Ktoś szukał i jakby są zmięte
I przybranie i wota. Lecz uciekł spłoszony
I na szczęście nie dotknął żałobnego tonu
Czarnych pereł – Na sukni , co jest do pogrzebu
Czy naszego? Nie chcemy nawet wiedzieć tego

Dalej śpiewamy siewnie, żniwnie i naiwnie
Choć wiemy: jest ta suknia na pogrzeb narodu
Ale na szczęście, skryta u samego spodu
Kufra. Przy ciemnej desce
Więc jej chyba jeszcze
Nie było trzeba
Ktoś się nie dogrzebał

Wierzymy szczerze, że kilkoro z nas
Tych Sprawiedliwych Ziemi zatrzyma zły czas
I odmieni łzy czarnej perły
Ich życie wierne

Tak już było nie jeden raz


Aby, aby…

Ta kraina nad nami się trzyma
Aby, aby. Mówią: Zbudowana
Dla olbrzymów. Za wielka dla nas

Ale gdzie są te niby olbrzymy
Jakoż ich widzieć bo my nie widzimy

Się rozpada co było związane
Czy na amen czy nas słowo honoru
Straszna napada nas pora
Bo serce nagle nie trzyma
Przyziemnego oddechu
Bije
Jak wielkie dzwonu echo

I nagle człowieczku żyjesz
Może to tylko w snach
Na takich wysokościach
Aż pomyśleć strach
Może stąd tyle w nas złości
Gdy trach, i spadasz na siebie
Ale kim jesteś nie wiesz

Serce też nie podpowie
Bo zawieszone w połowie
Uderzenia co się wciąż odmienia

Więc Matko pomocy – powiedz
Czy będzie można usłyszeć
Sygnaturkę, co jak ptak się kołysze
Niebios skowronek – Angelus

Bardzo wielu czeka, bardzo wielu
Może nie na ogromne wołanie
A prościutkie skowronka szeptanie
Że kiedyś dojdziemy do celu
Że kiedyś zwyczajnie się stanie


Jak

Jak dochować sekretu, że Bóg mieszka z nami
W zimnych mieszkaniach nie jesteśmy sami
Nawet gdy sami

Musimy dochować
Tajemnicy: - Przed kim? Przed sobą. Jak żyć
Kiedy się tego dowiesz? Nie tak bardzo nowy
To sekret. Ale wszyscy zacisnęli zęby
Nie puszczą pary z gęby. Nic a nic

Jak to ukrywać. Nie wiedzieć On żyje
Tak blisko. Trzeba zamazać
Byle czym. Dlatego szepcemy wyrazy:
O Jezu, Rany Boskie, Maryjo
Tyle razy
Zagadane w gadaniu…

Najlepiej ukryjesz
Sekret gdy wciąż powtarzasz. Jak gdyby zdarzenia
Z których się nic nie zdarza

Jest pielgrzymowanie
I niby jesteś z nami. Ale czy zostaniesz
Gdy coraz bardziej Cię nie ma?


Nasze bloki zapuszczają korzenie…

Nasze bloki zapuszczają korzenie
W odmienne niebo
Pod ziemię
Żwirowiskiem i glinowiskiem
Niteczka krwi się przeciska
Od każdego z nas, co mieszkamy
Ściśnięci do siebie ścianami

Tam
W niebiosa głębiny
Gdzie zajdą się w jedną przyczynę
W jedną kroplę

A ta nigdy nie minie
Dojdzie wszystkich spraw pogmatwanych
Co są niby trawa stratowana
Dojdzie drzew i ludzi złamanych
Znajdzie wreszcie co zapoznane

To czego już nie wiedziano
A było – gdy zasiedlano
Te betonowe ściany
Człowieczym oddychaniem

Nasze bloki zapuszczają korzenie
Pytają o istnienie









Pin It