{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Sławomir Płatek

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

cztery obrazy

 

 

 

na pierwszym zdjęciu stałaś

przy drzewie patrząc krótko

w obiektyw bez przywiązania

do mechanizmów pamięci

 

na drugim zdjęciu w trawy

objęciach zanurzona niedbale

szukasz własnej lekkości

pod oszustwem dmuchawca

 

trzeci był list z pytaniem

bo wiersze chowają twarze

w ramiona swoich rodziców

poznawanie odbiera im soki

 

i potem skóra zdarta

z sumienia i wszystkie myśli

odkryte a łąki patrzą

i drzewa skomlą wiciami

 

 

jaszczurka

 

rodziła się w odruchu

jakiego nie znała wcześniej

 

patrzyła

błagalnie szarpiąc ziemię

jakby chciała powiedzieć

dłużej już nie wytrzymam

wtedy jeszcze

myślała że to kres poznania

 

w końcu gdy oblana upałem

nie mogła już zaprzeczać

że ma brzuch i naga skała jest jej żywym domem

przylgnęła

i oślepła

 

potem światło długo poznawało ją

przez zamknięte powieki

 

wróci

zlizać własną ślinę z kamieni

 

 

ostatnie życzenie

 

świeczka w objęciach szklanego klosza

on

oszroniony tłustym oparem

spokojnie czeka aż szkło rozpuści się

w popiele zszarzałego wosku

 

ona

wiotczeje z braku tlenu

ostatnia jej myśl to nagość

kiedy odda już nocy cały blask

pozostanie w kloszu

wstydliwa i banalna plama wosku

 

śmierć daje czas na tylko jedną myśl

 

zatrzepotało

i kieliszek z winem

pozostał obok

dostojny

zmienił tylko kontekst

 

przykrywam klosz serwetką

takie było ostatnie życzenie

 

 

patriota

 

arystokrata w rękawiczkach

jedwabiach i srebrach. cichaczem

szuka po wsiach ujadania

pijanych skrzypiec.

 

słucham pianisty w eleganckim lokalu.

jestem dumny. piję

drogą polską wódkę. najdroższą

ojczyznę zamykam w pudełku

czekoladek. dzwoni komórka.

wysmarkuję nos w pachnącą chusteczkę.

wszystko czego dotknę

ma na imię Chopin.

 

za oknem

po drugiej stronie kałuży

śmierdzący akordeonista

za kilka monet z orłem

gra etiudę C-dur.

 

 

zimny kolor

 

był wysoki i chudy jak spalona gałąź

pamiętam że rzucał wódkę kilka razy

i że woził mnie na koniu

 

jego córka podobała się wszystkim. mówili

że jest piękna więc ja też pragnąłem

rozumieć i kochać ją aż nagle

właśnie nie wiem kiedy to było. potem

kochałem inną

 

była jeszcze ciotka. mówiła że przypominam

jej syna. zawsze chciałem

go spotkać. dziwak mówili. podczas żniw

podobno czytał książki. jeszcze ktoś

był a może to dwie inne osoby. nie odróżniam już

napisów na grobach. stare

drzewa pięknieją i są wciąż te same. tylko potężniejsze zielenią

 

zieleń to przecież zimny kolor

obrazy kwitną świeżym listowiem

w pustym gabinecie. zielonym i białym

i wciąż to dziwne ciepło gdy pytają

czy ktoś w pana rodzinie chorował na raka

 

 

widzenie

 

siedzimy naprzeciw siebie milcząc

ja patrzę na ciebie

ty patrzysz na mnie

 

w tym więzieniu

po żadnej stronie szyby nie ma wolności

strażnicy kochają nas

a cele ociekają poezją

 

tuż przed snem

zbieramy w oczy kilka znalezionych słów

to imiona godzin i minut

 

gdy się rozsypią

skrótem klawiszowym wyłączamy ludzi


 

Albertyna albo post scriptum do czwartego listu

 

Albertyno która nigdy        

nie dbałaś o mężczyzn

 

dla mnie rozplotłaś smukłe nogi

twoich warkoczy

wierzyłaś w mój wzrok zachwycony

kosmyki i słowa jak kosmyki

i w każdym słowie

obrysowywałaś palcem kształty liter

moje alfa jak szkło w oknie

i moje omega jak podłoga piwnicy

 

Albertyno Albertyno

lisek krąży po lesie

Albertyno Albertyno

zielone ogórki zielone ogórki

rude wino

lisek krąży po lesie Albertyno

urwał głowę gęsi gęś w zębach niesie

Albertyno jaka kita jaka kita

Albertyno maj zakwita

 

mówiłaś

kochasz Annę widziałam jak na siebie patrzycie

mówiłaś

wybaczam ci ten gwałt pozostańmy przyjaciółmi

mówiłaś

okłamujesz miłość Gilberta ci wierzyła a ty

chodziłeś na dziwki

 

wiem kim jesteś ty za lustrem oczu

jak obrys zimnej chmury w upalne lato

nad skorupami wypalonych dróg

 

 

amok

 

kropla

nieelegancko ocieka z ust

kapie na obrus kap kap

brudzi aksamitne obicie kanapy


ona źle trzyma kieliszek

on źle nalewa wino

nie patrzą

chlają jak wodę na pustyni z ust do ust

z oczu w oczy iskry

 

jeszcze chwila i coś stłuką

zazdroszczę im

 

 

list pana S. do pani (...)

 

droga george

pozwalam sobie na śmiałość

choroby. i natchnienia. normalnego

domu gdzie mogę tylko grać i grać

role wielkich kochanków w ruletce moskali.

 

za dużo ciebie w moim życiu. odejdź. mówiłem

nie raz że nie umiem kochać. a kiedy odejdziesz

będę chory i bezpłodny. pomijając partity tańców

macabre. francuskie zupy. i polskie spirytusy.

 

moja george. piszesz lepiej ode mnie

i od pani sand. może też nie potrafię tak uroczo

zagrać jak ten kaszlący geniusz przy fortepianie.

jestem za to dużo lepszy w łóżku. coś za coś

klawiatura za klawiaturę. monitor za nuty. wirtuoz

za wirtuoza. tango za polonezy i paryż za paryż.

 

i dla sprawiedliwości historycznej

też się zakaszlam na śmierć.

 

 

w kieszeniach

 

mężczyźni nie odprowadzają swoich kobiet

wzrokiem

i myślą

o kolejnych szczytach wzgórkach i zaskoczonych

rywalach

 

kobiety

tych wspaniałych mężczyzn

mają ciepły bezpieczny

dom z tajemniczym ogrodem

pełnym dorodnych jabłoni

z ogromnymi

czerwonymi

penisami

 

 

dowód tożsamości

 

mąż mojej przyjaciółki jest przekonany że mam

udziały w malarni proszkowej. i że z nią sypiam

to znaczy - nie z malarnią tylko z jego żoną.

 

nie zna mnie. zna tylko swój strach potęgowany

przez google. na takim poziomie zorientowania

można mnie pomylić z pewnym rowerzystą. obaj

 

mieliśmy fazę maniakalnej religijności. dopiero

bardziej dociekliwi zorientują się że nawiedzony

cyklista papista wciąż w peletonie. a mnie wywalili

 

z wyścigu za niesportowe zachowanie. jednak google

nadal mielą tę metaforę rzeczy potencjalnych

kontekstów i bytów równoległych. mam niedosyt.

 

oraz brata i siostrę których chętnie bym spotkał tylko że

pewnie już umarli. google nie widzą ich nawet jeśli

oni widzą mnie. jestem więc kometą nie mam ojca braci

 

matki rozpustnej ani nawet dalszych krewnych. jedynie

wiadomo że piję w mon balzac i piszę w sieci. i czytam

w muszynie. znam się na jedzeniu winach i samolotach.

 

niektóre kobiety (choć doprawdy nie wszystkie)

mówią że znam się też na kobietach. nieźle

piszę bezwzrokowo. istnieję dopóki piszę i marzę o lataniu.

 


Pin It