{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Maria Borcz


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




w pustynnym klimacie

 

gorąca miłość

stygnie szybko

pęka

jak skała rozsypuje się

lawiną kamieni

 

przemieniamy je

w powszedni chleb

 

 

szpitale są sterylne

 

chorzy nie pasują do tego wizerunku

brudzą narzekają roznoszą bakterie

 

takich należy spławiać

 

ojomy karetkowe kursują

między Scyllą a Charybdą

 

wprawdzie są zakłady

w marmurach z wieńcami

 

tam można by lokować chorych

lecz brak instrukcji

jak przywoływać kostuchę

 

 

beton

 

ulice z betonu

domy z betonu

sumienia z betonu

 

szara masa

w zastygłej formie

przytłacza ciężarem

 

 

jestem

 

jak wskazówka

na tarczy

 

mechanizm nadaje kierunek

aż po zawrót głowy

 

zdrowie młodość marzenia

wkręcone w tryby

 

a jednak nie pragnę uwolnienia

 

sama nie wiem

czy to skrajna wytrzymałość

czy skraj wytrzymałości

 

 

Sodoma

 

Morze Martwe

i solne nagrobki

 

śmiertelna pułapka pokoleń

ludzie nadal

zmierzają do niego

 

nie ostrzegamy

jesteśmy

tolerancją zakneblowani

 

 

cegielnia

 

woda z gliną glina z wodą

urabiamy ludzkie masy

 

formujemy z nich pustaki

wypalamy w starym piecu

 

„podaj cegłę podaj cegłę

zbudujemy nowy”

mur

 

upstrzymy go barwnym tynkiem

i złotymi frazesami

 

 

myślą mową i uczynkiem

 

kreujesz konsumpcję

coraz więcej masz

coraz więcej chcesz

coraz większą wagę

przykładasz do banału

kroczysz granicą

pomiędzy

może a nie może

fala chłosta

nadaje kierunek

 

przypływ wzmaga apetyt

 

już nie wiesz

gdzie piach

gdzie woda

gdzie granica

 

jak oko cyklonu

wchłaniasz wszystko




Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




wybraniec

 

    Pajacyki, pajacyki takie piękne kolorowe

    gdy pociągniesz je za sznurek,

    to podnoszą rączki w górę

                                             (ludowe)

 

opakowany w program

powiązany trokami

przynależności

 

w drodze rozsypał się

luką pomiędzy

 

w posiedzeniu bierze udział

plątanina sznurków

do pociągania

 

 

drogowskaz

 

            Rutyna jest jak rdza

            (Gabriel Garcia Marquez)

 

zmieniają się ludzie

miejscowości

nazwy

 

lecz on stoi

w miejscu

 

skorodowaną wiedzą

wyprowadza w pole

 

 

ping pong

 

jak piłeczki

otrzymujemy cios za ciosem

 

ból wyznacza kierunek

 

dobrze czujemy się tylko w powietrzu

pomiędzy razami

 

kto pęka wypada z gry

 

 

nagonka

 

w powietrzu iskrzy

emocje w porywach

języki patroszą ofiarę

 

wciskają w glebę

biedactwo

jest łatwą zdobyczą

 

odłączyło się od stada

 

 

milczy

 

czy języki mielą czy bębny tarabanią

nie reaguje

 

oczy utkwiła na nieruchomym punkcie

by nie dostarczały informacji

 

odleciała tam

gdzie nawet lęki i demony niestraszne

 

ukryta się w fizycznej powłoce

jak ślimak w muszelce

 

zasypia

na polu bitwy

 

 

zaufałeś

 

poddałeś się operacji

wypatroszyli

serce z intymności

 

teraz bawią się nią

jak piłką strzelają

do twojej bramki

 

już nikomu

nie zaufasz

 

 

Mietek

 

kiedyś przebierał

w skrupułach

dziś w śmietnikach

 

znaleziska

wymienia na browar

odpływa

 

jak rozbitek

na wraku

który zakotwiczono

 

peselem

 

 

bezrobotny

 

ukradł kurę

czeka na wyrok

 

grzebień „sprawiedliwości”

wyczesuje pióra

pierze świadków

zmywa i suszy głowę

wyrokiem związuje lata

 

pozwany

jak ptak w klatce

spokojny

kraty ochronią

przed komornikiem i głodem

 

 

w drodze

 

  Znajomość Boga bez znajomości własnej nędzy

  rodzi pychę, znajomość własnej nędzy

  bez znajomości Boga rodzi rozpacz.

                                                (Pascal)

 

szukamy wiary

na wszelki wypadek

 

nie wyobrażamy sobie

słodkiego jarzma

i lekkiego brzemienia

 

rozstawiamy ból

po kątach

tak ciasno

że już nie ma miejsca

nawet dla Ciebie

 

 


Pin It