{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Ewa Włodarska

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

Rysy

 

Czy nazwą cię poetą, kiedy się rozproszę?

Może rozgałęzione między nami drzewo

któregoś dnia zaszumi i nakarmi sokiem,

przylegając naskórkiem do bladych policzków.

 

Pewnie odnajdę klucze. Czas otworzy we mnie

wszystkie drobne pęknięcia, a palec przybliży

wejścia między szczeliny rozeschniętej kory.

Już przecisnąłeś głowę. Opowiedz, kim będziesz?

 

Mój maleńki, od kiedy podnoszę się z klęczek,

owijasz mnie spiralą ramion i zagadek.

Zapamiętaj - przy pierwszych akordach odejścia

ciało przechodzi solą, nic tego nie zmieni.

 

 

Linia

 

Masz przenikliwe oczy. Im głębiej osiądą

w nich obrazy, maleją rzeczy wielkie. Zdania

stają się tłuste, drążą nadęte skorupy

kontynentów – przyciągasz na wysokość wzroku.

 

Nie zdążę się zestarzeć. Niewiele zostało

na rozmowy, a tyle do zrobienia; mogę

tak dobrze cię zapomnieć, nim na tamtych krańcach

niebo się zazieleni. Odległość jest mapą

 

rozproszoną pomiędzy ułamkami czasów.

 

 

Wrota

 

Gdzie ukrywa się jasność? Pomiędzy słojami

widać przekrój galaktyk, ale ktoś założył

blokadę przeciw światłu. Poszukajmy głębiej.

Siła wyostrzy zmysły i wzmocni percepcję.

 

Przy utracie powłoki zostaje dotkliwsze;

w przekroju czoła strumień, a z nim tylko wyżej;

ponad rude dachówki i brzask wyliniały.

Pod powiekami świat jest tylko kruchym ziarnem.

 

Siejmy je, by się kłączem rozrosło po krańce.

 

 

Pajęciokrzewy

 

Rodzą się ponad miastem i wyobrażeniem,

poziomami lodowców, hybrydą hałasu.

Podobno zakładają zwiewne domy wyżej

 

linii brzegów, a stopy wydeptują skały,

brnąc podskórnie gdzieś dalej, pomiędzy przesłony.

Kto z pomocą pajęczyn miota i zostawia

 

namioty dla odłamków z nas samych?

Przemyca i unosi na nitkach do świata

odległego o kosmos, ujęcie czy pogląd.

 

Jak w akwenach, coś lepi nas, wzbiera i każe

przyspieszać; zmienia tętno. I niepostrzeżenie

powieki masz jak popiół, on się wszędzie wdziera.

 

 

Ze snów jutrzejszych

 

Doświadcza nas sen o drzewach,

przejrzysty jak śmierć w dołach wapiennych.

Wszędzie sól naga, ptaki zamotane w sieci

zrzucone przypadkowo na brzeg. Słono, słono.

 

Kryształki trą podłoże, wżerają się w skórę

niczym zatrute kolce, strawa niemych świadków.

Coś przetarło się, jakby patrzył na nas z boku

komendant czy esesman. Ślady na kołnierzu

 

tak wyraźne. Śmierć znowu zawija nas w kokon.

Nici starczy do rana.

 

 

Bloody Mary

 

Jestem kruszonym lodem. Ktoś spija ze szklanki

osocze. Mówią: krwawa uderza z impetem;

nie urośnie i wybrzmi, by rozpaść się w ustach.

 

Kolejne mililitry drążą jak maligna.

Brak przepustek do raju, utkną po tej stronie.

Na drugą przez milczenie, jesionowy uścisk.

 

 

Bliźniacze fiordy

 

Nasze nogi obrastają strome, kamienne kloce

żłobione przez lodowcowe pokrywy. Opodal maskonury

wiją gniazda w głębokich norach pośród zarośli.

Jestem spokojna. Wyplatamy kosze z traw,

aby swobodnie i lekko unosić się nad ziemią.

 

Między nami szaleje dagmar, chmury skłębione.

Stopy rozpełzają niczym pająki w kierunkach południowych,

by grzać się na słońcu. A tutaj tylko błoto, szlam

i wieczny poślizg. Ciężko. Podobno oddech

zamyka w pół słowa, to czego nie chcesz wiedzieć.

 

Zaglądam w zwierciadło. Nienaruszona tafla

przetwarza refreny. Rwane zwrotki

wieszane o świcie na brzozach jeszcze dźwięczą.

 

Chybotliwe jak truchła przyłapane w sieci.

na nowo poddajemy się zrywom.

 

 

Dobranoc

 

Wszędzie siwo od szronu. Nawet po klawiszach

sunie kra. Prąd porywa ją dalej a palce

wyciskają raz po raz trzykropki Norwida,

wysiane przez romantyzm. Chwila roztargnienia

 

burzy nastrój. Nikt nie chce nawracać patykiem

nurtu, albo za rogiem zamykać przestrzeni.

Pozostaje otwarta do czasu, gdy miną

dwa lata odbijając się stemplem na skrzynce.

 

 

Spij mnie z głową

 

                        a teraz uśnij albo spij mnie z głową

                        niech się przemyślnie kiwa.

                                   Jarosław Jabrzemski

 

Drzwi otwarte na oścież, jakby zapewniały:

czynimy swą powinność. Rozsypane ślady,

choć nikt nie liczy kroków, wróżby andrzejkowe

nie przekonują mocą. Pustka dzierży klucze.

 

Doba mieści się w dłoniach, działa jak przesłony

zakładane na oczy. Nie ma życzliwego

i zmienników by trzymać wszystko w ryzach. Szklanki

odbijają się echem, do połowy puste.

 

Bezsilność i zwątpienie kwitną w niedopałkach,

uśmiechach co wygasły, posągowych czołach.

Półmrok przyniesie spokój. Każdy sen obrodzi

jak ziarna, chociaż ciężko je pozbierać nocą.

 

 

Borrelia

 

Mam wrażenie, że niebo opada z impetem.

Sączy resztki wilgoci z ciebie, z niego, ze mnie.

Rozmywamy się całkiem jak litery kiepsko

wydanej książki; atlas dla nieśmiertelników.

 

Usypują z nas kupki niewydolnej miedzi,

sakiewki na potrzeby mniejsze, większe, spore.

Ktoś czeka rżysk – przez słomki można pić do woli

nalewkę z żurawiny, słód w czystej postaci.

 

Coraz bliżej meritum, dotykamy cierni,

nie kalecząc opuszków, wytracamy więcej.

Rumień wszczyna wędrówki po mieszkach do celu

i naznacza na zawsze, nigdy znaczy wcześniej.


Pin It