Aleksandra Słowik - Wiersze

 

  Jan Cybis














Łamanie reguł

 

Przyszedł i wszystko we mnie pootwierał

 

Długo bez lampy wieczorem

energooszczędnie tłumię słowa. Tylko myśli,

mniej karne, wychodzą na spacerniak; chcą

patrzeć bez końca na chmury, w zamkach

i ogrodach umieszczać zdrobnienia imion, żeby rosły.

 

Zmierzch, milczący strażnik, przymyka na mnie oko;

miał dobry dzień i nie od razu sięga po klucze.

To mała kontrabanda snuć mrzonki, przedmarzenia,

śnić mżawki wyobrażeń,

 

mniej śmieszne, gdy ciemno.

 

 

 

 

(z książki Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy,

Zaułek Wydawniczy Pomyłka, 2010)



Fragile

 

Zasnąć i zaschnąć
pola leżą pod październik wolne

choćby ptaki bezszelestnie wchodziły w stan lotny
palce na ustach nie wybronią czasu

odwróceniem głowy rozkruszam przestrzenie


płowieją i stygną
w książkach między kartkami starzy zakładnicy
fioletowe stuły ostów

wrzos

 

 

(z książki Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy,

Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2010)

 

 

 

(Leżała jak dziecko…)

 

 

Leżała jak dziecko na wznak
z uniesionymi na poduszki rękoma
wnętrzem dłoni na zewnątrz
palce od Wzgórza Wenus
po łańcuch Gór Księżycowych
ściskały jeden sen.

Pachniało czymś, co rośnie tylko w tamtych stronach
- wiciokrzew i kadzidło z ortodoksyjnych kościołów,
jakby żywica w drzewie z zatopioną datą, w drugiej ławce
na prawo bardzo stare nazwisko. Poniżej miasto,
cięte zielonkawymi światłami; neony, samochody, latarnie
- fosfor w smugach czasu, wskazówki na przyszłość.
Tweedowa marynarka, oprzeć głowę i być. Nie obudzę się,
choćbyś policzył do końca.

Trzy.

 

(z książki Kolejność stron, Zaułek Wydawniczy Pomyłka,

Szczecin 2011)

 

 

 

Współrzędne

 

 

Znam ciemne, wczesne gwiazdy schowane w wieczorze

lub wcześniej, w popołudniu – bo czy ktoś potrafi

określić porę zmierzchu, gdy kruszy się grafit

lutego, znacząc ślady wszystkich drobnych stworzeń;

 

hobbitów, elfów, skrzatów urodzonych w nowiu

i ludzi – zanim przejdą ponad jonosferę,

by tam zliczyć atomy, ustawić je w szereg,

oznaczyć swą cezurę – sarkofag z ołowiu.

 

Cała oddzielność bycia, tak dla astronautów

jak i w barze Feniks, jest niebieskawo-chłodna,

utrwalająca wielość odległości od nas

do brzegów uniwersum przy opłotkach miasta.

 

Znam ciemne, wczesne gwiazdy. Jesteś dość daleko,

żeby cię szukać nimi, wyznaczać sekstantem

kąt i kącik przy ustach, milionową szansę

na wejście w świetlną prędkość, kosmos pod powieką.

 

 

 

 

(z książki Kolejność stron, Zaułek Wydawniczy Pomyłka,

Szczecin 2011)

 

 

 

* * * (Całe miasto odchodzi…)*

 

 

Całe miasto odchodzi, inne całe przychodzi: następne

przychodzi, odchodzi. Domy, rzędy domów, ulice,

całe mile chodników, spiętrzone cegły

 

biorą się stąd, że nosimy w kieszeniach modalność snów,

snów niepewne warunki. Właśnie z tej przyczyny

nieszczelne są przechowalnie marzeń; sypią się z nich murki,

 

ogrodzenia, a dalej krzywe wieże, hotele: pierwsze

miejsca na drzemkę, drugie miejsca na śmierć, trzecie

na zmartwychwstanie, wynajęty pokój. Okna i wtedy widać

 

jak się urzeczywistnia człowiek uprzedmiotowiony, Empire

State. Wprost z chodnika podziemiem dwudziesta piąta

wschodnia. To ja - wyrzucam z płuc ostatni węgielny kamień.

 

Miasto dźwigam za miasto zwyczajem pozamiejscowych,

bezpańskich i z rasą niezgodnych – proroków, bogów,

wybrańców, mieszańców tragiczności, daj spokój, Bloom,

 

szczurów.

 

------------------

* Kursywa – James Joyce „Ulisses”

 

 

 

(z książki Sakwojaż Penelopy – w opracowaniu graficznym

Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin)

 

 

 

* * * (Na środku Tower Bridge…)*

 

 

Na środku Tower Bridge – ponieważ mosty łączą to,

co niemożliwe i same w sobie są nieprzewidywalnością

pragnień – otwieram Imaginarium. Ciemne, niezgrabne

 

niczym bryła więzienia. Wielopiętrowa buda absurdów,

zakład – przyjmę zakład o życie. To niewielkie ryzyko,

kredyt odnawialny. Plisa za plisą gromadzi kurz, skórę z kolan,

 

ziemię dla nowych nasadzeń. W głębokich schowkach okruszki

z każdej próby stwarzania wymyślonej przestrzeni, jakiegoś

pozoru istnienia, więc może zaledwie kłamstwa, skoro nie da się

 

przewidzieć jego wszystkich szczegółów. Nie podstawię do wzoru.

Muszę doobrażać bez końca - dzień, miasto i drogę - coś,

co broni się przed śmiercią zmianami współrzędnych:

 

łagodna, łagodna dłoń. Dotknij mnie zaraz, teraz.

Jakie jest to słowo znane wszystkim ludziom? Jestem

cichy i samotny. Tu. I smutny. Dotknij mnie, dotknij.

 

 

------------------

*Kursywa – James Joyce „Ulisses”

 

 

 

(z książki Sakwojaż Penelopy – w opracowaniu graficznym

Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin)

 

 

 

Śnieg ciemniał na niebiesko, topniał lód. Nic więcej.

 

 

I.

Obserwowała poetów, podglądała pisarzy. Ich hermetyczność;

przestrzenie, w których więzili czas. Karmiła się tomami zginając rogi

w kartkach – ten sam dystans do Swanna. Jałowy, wsteczny bieg

i ziemia nie więcej warta. Rodzaj nieobecności – bawić się pękiem kluczy,

pić kawę małymi łykami, podnosić do oczu rękę, pamiętać nieuważnie.

 

I tylko, tylko w ten sposób poruszać się między datami.

Tęsknota to grudka masła roztarta na wielu kromkach.

 

II.

Nigdy nie miała nadmiaru przyjaciół, przedmiotów, pieniędzy.

Widziała kiedyś na rynku starą kobietę w chustce, w roboczych spodniach

i bluzie; jak rozkładała na ziemi pięć rzeczy do sprzedania

- pokryty ceratą parasol, paczkę miętowych cukierków w zielonym pudełku

z dziurką, szczotkę do włosów, budzik i główkę od prysznica.

Obok siedział szaman i tresował kobrę.

Tak było lub być mogło.

 

Ważne jest przebieranie między możliwościami. Wystarczy,

że będą trzy: wczoraj, dziś i jutro. Wystarczy, że się ich dotknie

za każdym razem inaczej. Zamiesza i wylosuje, a potem ściera kurz.

 

III.

Kiedyś jest bardzo pojemne. To wtedy miała brata. Długo był starszy od niej.

Aż wreszcie się zrównali i wtedy go wyprzedziła. I zazdrościła Proustowi

jego zamkniętych pokoi.

 

 

 

(ze zbioru Tabletki na poprawienie nastroju

- w poszukiwaniu wydawcy)

 

 

Axis urbi – trwanie

 

 

Pozostało

jedno

trzymać się

kamienia

 

twardych miejsc

bruzd

przekreśleń.

 

Nawet jeśli się kruszę – mówi miasto – zawsze, zawsze

wyrastam ze źródła, z ręki kamieniarza, który tu przyszedł z daleka;

zadarł głowę ku niebu i obserwował topole, buki. A potem

dęby.

 

W nocy śnił wiązania, skosy, bramy, wieże, gwiezdne konstelacje.

To z kwadratu Pegaza stworzył ciosanie skały. Zaklęcia.

Ryty na skórze. Oznaczenia plemienne – moja litogryzarka.

Znam ten dom i przecznicę, bo z zaprzeczeń powroty,

do tego, co było pierwsze. Mój znak. Palik na polu.

 

Pamiętam cię – mówi miasto.

 

Pamiętam, nawet gdy miasto, chropawe i bezwzględne,

zatruwa moją ranę, wzbudza zakażenie

pomiędzy życiem i śmiercią.

 

 

(z przygotowywanego zbioru

MIASTA- DOMY-SKRZYŻOWANIA)

 


 

Nowy Jork III

 

 

Greenwich Street

stary Żyd ciągnie wózek

sterta papierów

butelki

 

mały

drobny

zmęczony

spod chałata

talit

ostatek sił.

 

Człowiek, którego widziałam. Mrówka w wielkim mieście,

a ono jak brzuch Lewiatana. Jak we śnie, gdy połknął mnie

wampir. Wbiłam mu nóż w serce i przekręciłam dwa razy.

 

A może bezmierne jak miłość. Nie do objęcia myślą,

niepoznane do końca. Wielkie, potężne obszary gęsto zabudowane

i te drugie - wymarłe w opuszczonych dzielnicach.

Pustostan po rozstaniach. Lądowiska dla łez.

 

Żyd dojdzie do Piątej Alei, wampir przedrzemie słońce.

 

W domu. Smaruję chleb masłem. Tu jest granica zdarzeń.

Śpisz.

 

 

 

(z przygotowywanego zbioru

MIASTA-DOMY-SKRZYŻOWANIA)

 

 

 

Namiastka

 

 

Bardzo omylny spokój

 

nie miasteczko

lecz miastko

strzyżony w drzewach

na krągło

 

mini strach

 

Więc wejścia od podwórza, zamknięte bramy wjazdowe.

Na straży zrudziałe koty śnią sen z halabardami.

Poboczni są aktorzy prowincjonalnych scen, w nich

scenki rodzajowe. Wita was, żegna was.

 

Jestem bibliotekarką. Warstwami, równomiernie

rozkładam, mieszam kurz. Herbata na starych książkach

dzisiaj smakuje Herbertem. Zbieżność esencji liter.

Cogito ergo sum. Sumere potum alterum.

Jestem bibliotekarką. Zakładam kartotekę, staję w drzwiach,

przewiduję karłowate wizje trzech kamienic w rynku.

Tryptyk stanu duszy. Nikifor, Bruegel, Makowski.

Jedna trzecia miasta, półwieś.

 

 

 

(z przygotowywanego zbioru

MIASTA- DOMY-SKRZYŻOWANIA)

 

 ----

 

Aleksandra Słowik

 

Urodzona w Gdańsku i przez większą część życia związana z Trójmiastem. Tam też ukończyła studia ekonomiczne. Obecnie mieszka w Poznaniu.

Swoje wczesne wiersze oraz eseje publikowała w pierwszej połowie lat 90. w miesięczniku „Powściągliwość i Praca”. Debiutowała zbiorem wierszy „Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy” (Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin, 2010). W roku 2011 ukazał się drugi tomik p.t. „Kolejność stron”. W przygotowaniu następny, nawiązujący do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a pod tytułem „Sakwojaż Penelopy” (jesień br.) – również w tym samym Wydawnictwie.

Pin It