Anna Musz – Nowe wiersze

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski


Rekurencje

 

zwijając mapy szukaj starych składów

szerokich bruzd zastarzałych przetarć

one są jak blizny głębokie i blade

ale bez nich nic się nie złoży

 

uważaj na gesty i powstrzymuj oddech

zżółkłe mapy kruszeją a przecież z niektórych

nie powróciły jeszcze dawne statki

łamiesz im horyzonty i przelewasz

wodę w niebo choć było na odrębnych mapach

 

dawni żeglarze wiedzieli

że czasem nie płynie się za horyzont

bo tam kończy się papier Wielka Karta Podróży

dlatego nie odpływając daleko wymyślali historie

o bardzo odległych brzegach niebezpiecznych lądów

 

my też jesteśmy na mapie też z niej nie wrócimy

przepiszą nas we wszystkie następne atlasy

 

spójrz płyną po nas skruszałe żaglowce

nic więcej się już nie zdarzy



Inkantacje

 

wybieramy miejsce

 

nie znając przepowiedni

na obcych obszarach wierzymy intuicji

przyuczonej do innych światów

raz podjętą decyzję obracamy w palcach

nosimy ją długo aż budują się w nas

zamki katedry rynki i fraktale ulic

 

ta ziemia się nam podoba ciepła przestrzeń

i kolor jak z włoskich pejzaży

czas przejąć terytorium

brakuje tylko obrzędu

magicznego gestu na pomyślny początek

 

nie umiemy korzystać ze szlachetnych kamieni

nie wiemy do czego te trawy i zioła

dla szamanów to byłaby świątynia i szpital

ale my tylko otwieramy ręce dotykamy ziemi

mylimy fauny i flory

recytujemy zamierzchłe łacińskie sentencje

 

i nagle słyszymy

wypełniają się słowa niczym puste naczynia

ziemia nasiąka wodą zwołują się ptaki

powstają natychmiast potrącone trawy

patrzeć teraz w ten pejzaż to jak wierzyć w powroty

i czuć za plecami wszystkie przyszłe słońca



Weduta (wg Dürera)

 

teraz widać wyraźniej

z perspektywy czasu

jak aniołowie zniszczenia kłębią się i wrą

na ziemię rzucając pewnie cień nie większy od chmury

jeszcze nie ma po co uciekać

później nie będzie dokąd

 

w dole łagodna plamka o rozmytych brzegach

miasto otwarte w niebo i w niebo bezbronne

 

ktoś wraca właśnie z okolicznych wzgórz

trzymając kruche szkielety wytrawionych liści

nadal próbuje donieść je do domu

choć sypią mu się przez palce mdleją wokół dłoni

i trudno mu się dziwić że nie patrzy w niebo

 

jego przeoczenia kiełkują wzrastają

coś się nieuchronnie zaczyna coś kończy się tracić

ślady zapominają kto je tu wyznaczył

znaczenia jeszcze śledzą się nawzajem



Pamięć komórkowa

 

czekanie jest jak próżnia

dlatego w pierwotnych światach nie czekają na ciebie

 

tam rosną paznokcie oddychają płuca

metodycznie kurczą się komory i przedsionki serca

wraca czucie w palcach zaciśniętych wokół kantów

metalowej poręczy

gdy myślisz o poważanych sprawach

i niebezpiecznie ciekawym wzrokiem

zaglądasz przez barierę dziesiątego piętra

 

nie skoczysz

wciąż wznoszą się w tobie fale gorąca

i podchodzą do gardła nagłe spazmy wzruszeń

 

ale tym którzy zginą

zostanie zabrany cały odnawialny trud tętnic i aksonów

posłuszne pulsowania skupią się gdzie indziej

i nadal niczego nie wznosząc

będą w innym sercu pracować na śmierć



W zawieszeniu

 

to był czas odchodzenia właśnie wtedy

przemijali wodzowie mistrzowie starej szkoły

sztuk wojennych i pięknych

ci którymi najbardziej szczyciło się miasto

 

oni wsiąkali w ziemię zasypiali o zmierzchu

a im mniej ich było tym szybciej w nas rośli od wewnątrz

w ośrodkach pamięci i podskórnych tkankach

 

wkrótce zaczęliśmy cierpieć na zanik pejzaży

 

najwięksi z wielkich zamykają sklepy

przenoszą się stąd dwory ambasady wojska

podupadają przerwane budowy

w snach przychodzą umarli nie budząc zdziwienia

 

ale to jeszcze nie koniec

czekamy na świeżą pamięć która w dojrzewalniach

już dorasta dopiero uczy się mówić jeszcze za niczym nie tęskni

 

niczego nie żałuje



Silentium nocturnum

 

krążę wokół okręgów

w nocy nad czystym miastem obraca się niebo

z mechaniczną precyzją kościelnych zegarów

zawaha się nad północą i ciężko runie w ciemność

 

teraz martwią się o nas dawno powiedziane słowa

okna otwarte na wieczór odławiają światła

wszystko na swoim miejscu

w laboratoriach chemików w porzuconych roztworach

krystalizują sklepienia jakichś przyszłych katedr

pod skórą

pracowicie pulsują błękitne arterie

oglądane przez cienie zaokiennych drzew

ptaki pośród gałęzi już od wpół do trzeciej

wymieniają uwagi o lepieniu gniazd

 

próbuję wyjść poza tę ciszę spojrzeć na nią z góry

z listów wiem że przyjedziesz więc chcę sama sprawdzić

jak najprościej tu trafisz

 

jeśli wierzyć nocnym zdjęciom z satelity

wszystko istnieje w sieciach błysków

oglądane z kosmosu fosforyzuje jak plankton

rozchodzi się wzdłuż ścieżek wrasta w ciemne dno

 

żyjemy w punkcie przecięcia

wkrótce cię nauczę znajdować go na mapie

rozpoznawać pogodę o świcie bez odsłaniania okna

po trwaniu dźwięków w powietrzu

wyostrzać wzrok na tętnienie pod skórą

 

i powtórzę co wiem już o budowie gniazd



Silentium diurnum

 

jestem w cząstce części

miasto jak matrioszka

składa się w domy mieszkania pokoje

ale znam jeszcze mniejsze przestrzenie

 

między złożonymi dłońmi po chwili

wytwarza się ciepło

to też jakiś światek o nieostrych brzegach

bliższy plamom światła i szmerom w sąsiednim mieszkaniu

 

za ścianą ostatnio mniej śpią i więcej rozmawiają

przyciszonym głosem tak że nie poznasz poszczególnych słów

a za oknem pada

słucham deszczu i myślę czy ten rytm

nie przydałby się tobie do jakiegoś wiersza

 

nadal pamiętam o głupstwach kursach tarota

i zgubionych książkach

kiedy przygotowuję ci pokój

wracasz przecież z odległej epoki

by zamieszkać na zdjęciach

 

milczę sama przed sobą o wszystkich wahaniach

czy ci się tu spodoba

Pin It