Andrzej Dębkowski - Nowe wiersze



Bez wyjścia

 

zamykamy nienawiść

w szufladach przyzwyczajeń

po drogach przerażenia

maszerują nagie fakty

dopisywane nieuchwytnymi pojęciami

naszej wyobraźni

lekko stawiają stopy

na niewidzialnych grobach swoich przodków

ponure

ślepe twarze

krzyczą i umierają

zostawiając omdlałe gwiazdy

nieporuszone cienie

które spoglądają

na płaczącą ziemię

 


Dom rodzinny

 

ślady pozostawione po ucieczce

rozdmuchuje jałowy wiatr

nasz dom wygląda jak obłędny strych

straconych złudzeń

 

zamykam oczy

dotykam dłońmi stracony czas

i posłusznie

chyłkiem

próbuję zamknąć

wykrzywione drzwi

 


Dwoistość

 

każde słowo

dostosowane

do pojęć abstrakcyjnych

to wątek nowej przestrzeni

nowego czasu

 

rzeczywistość

nie mieści się wtedy

w mniejszej części bytu

którym jest niby słowo

chore

w imię sprawy

anemicznego widnokręgu

 

dni stają się absurdem

prywatną praktyką

ludzkich uczuć

 


Dzieciństwo

 

Dwadzieścia lat temu

dookoła mojego domu

rosły kartofle,

na bosaka chodziliśmy na ścierniska –

dzisiaj stoją bloki.

Dwadzieścia lat temu

dookoła mojego domu –

mieszkali ludzie.

 


Et cetera

 

pamięć uodparnia

zapomniany ból

coraz silniej

w ogrodzie zawiści

pijani grzesznicy

w biało-czerwonych opaskach

niszczą swoje dzieciństwo

nie proszą

chore matki

o przebaczenie

 


Grzechy

 

jest w naszym wnętrzu

kilka prawd:

jedno znamię tajemnicy

dwa szepty metafizyki

zapach humanizmu

 

ale tak naprawdę

to tylko pozór fałszerstwa

nieoszlifowany diament nienawiści

 

jestem niewolny

albowiem zguba świata

zaczyna się od wschodu słońca

a niesprawiedliwość

szuka pocieszenia

w przelanej krwi

 


Każda chwila

 

leżę na wilgotnej ziemi

wśród traw –

jeszcze żyję

 

głowa moja

zziębnięta

usta

potworne nic

we włosach

wplecione strofy

 

we dnie i w nocy

ktoś dyktuje

tablice przykazań

 

dokąd – poeto –

zabierasz ten majestat

 

przecież nie wiemy

kiedy przyjdzie wszystko zostawiæ

 

Jan Cybis
Jan Cybis

 

 

Mijanie

 

czasem myślę –

minął bezpowrotnie czas

kiedy otwierano dusze

strzeżone przez boską fantazję

 

dlaczego nie jesteśmy ptakami

 

one wiernie służą powietrzu

trzepocą skrzydłami

w rytm niegdysiejszych układów

raz w tę

raz w inną stronę

czasami

na oślep

ale mkną

coraz wyżej i wyżej

bez końca

 


Notatka

 

Moje życie.

Nie potrafię się do niego

przyzwyczaić. Powiedz mi

przyjacielu jakie ono jest.

Każde moje miejsce

jest poza nim.

Często w iluzji odstawia

poezję. Przyciąga głuchych

słuchaczy. Ozdabia wieczory

dla natchnionych tajemnic

i spogląda na zabłąkane zdarzenia,

rozsypane podmuchem Anioła.

 


Nowa faza

 

codzienny pot

przygasza moc ognia

który wypala do cna

korzenie naszego życia

 

w majestatycznym tańcu

odrzucamy

każde słowo

i każdy gest

 

smutkiem wyrażamy

nasze odczucia

wyprzedając rozsądek

podparty błogosławieństwem

aktualnych sytuacji

 

dobre czyny nie imponują

znienawidzonym

zbuntowanym przez samych siebie

uspokojeniom -

cholernie zdenerwowanym

które kiedyś krzywdzono

 

teraz wolność istnieje tylko w oczach duchów

póki czas nie uspokoi

resztki bolesnych nadziei

 


Odgrzebany rękopis

 

płaczący różaniec

ogląda w lusterku

zakrwawioną twarz

 

strzępy skóry

walczące w milczeniu

o okruch zrozumienia

pokryły się zepsutym nalotem

a nad nieskończonością

zmęczona muzyka

zaczęła pisać

żałosny testament

 


Strach

 

Całe życie

przychodzi do mnie

upięty w szare barwy

spocony

otwarty na wszystko

siada pod parapetem okna

drapieżną dłonią

każe zapalić papierosa

milczy

 


Sugestie

 

po rdzawych schodach

pod drżącymi stopami

spływają potoki łez

wydostają się na ulice

i toną za kratami kanalizacji

nie rozkładają się na kwitnących trawnikach

nie roszą uschniętych traw

szukają kamiennego bruku

i odchodzą

pogrążając się w cierpieniach

 


To my...

 

To my,

dzieci czeladników i dziwek,

nieczyste sumienia

szukające ocalenia,

którym obiecano

szyfr do znaczenia drogowskazów.

W ciszy zalążków życia

zerwali umowę.

Teraz wiatr bardziej pachnie solą,

a wieczorem miotamy się przed wejściem.

 

 

Uspokojenia

 

a teraz

nie jestem pewien że

niebo już błękitnieje że

starcy załamują

kościste ręce

szukają jakiegoś wyjścia

czasem umierają

 

kto ich usprawiedliwi

od kłamstw

i oszczerstw

 

przyjaciel obiecał

zastanowić się nad tym

 

Idzie nowe

 

głośne światło

rozsiada się chaotycznie

z całą bezwzględnością

na atomowym stosie

 

niszczy wymuszone uśmiechy

skręca puste jelita

bez ostrzeżenia spada

na oczekujących

po miskę strawy

 

Pin It