{jcomments on}

Wiersze tygodnia - Anna Piliszewska

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

południe o barwie marengo

 

         Poetów-fascynatorów (…) wyświecimy z naszego Miasta.

                                                                       ,,Republika” Platon

            Platon kazał nas wyświecić / z Miasta. (…)

            Mrok zapada i Minerwa / śle sowy do Wyroczni.

                                               „Ciemne świecidło” Aleksander Wat

 

więc wyświeceni z Miasta ruszyliśmy w południe

o zapachu marengo, przeklinając

Platona, pchły i bąble na stopach, i wszędobylski kurz,

niosąc swój sen we włosach, jak się niesie przypowieść.

 

wiało. wyciekał rdzą

pierwszy, kulawy promień

z pękniętego owocu – siwo czarne świecidło:

rośliny i zwierzęta nabierały pozorów

pokracznych – rozwarły się bestiariusze, pergaminy kodeksów

– wydęły grzbiety linii, krzywizn i przedmiotów.

 

wszystko stało się bardziej

ptasie, ostre, upiorne – ktoś się musiał obejrzeć,

sypnąć piaskiem i wodą.

sowie echo wyroczni, a za plecami szklarz

szklił z precyzją pająka .

nie ocalał manuskrypt.

gniew i rozpacz. przekleństwo. bunt zelówek

przetartych do krwi…

 

 

parabola o morzu

 

oswajali je –

szumem wabiło światło , kołysało je w sobie,

w kobaltowych zmarszczeniach.

woda opowiadała rybę, obcy, nieznany brzeg – śnili

zamglone dale, mroczne groty z bursztynu, wiatr

co iska warkocze. ich wypłowiałe oczy miały barwę

wosku.

 

wierzyli, że oswojone,

a ono się wydymało gniewnym bałwanem, lizało

żółte kości w perfidnej pieszczocie. przesypywał się piasek

w podwodnych klepsydrach: głuchy

chichot Kosmosu.

 

kołysał się horyzont, maszty – axis mundi

drapały taflę nieba.

kobiety szeptały w ciemność.

 

wierzyli, że oswojone,

gdy opadali w wieczność, w źrenicach

unosili odcienie turkusów, gnozę, psalm niespełnienia.

ich ręce – skrzyżowane linie diagonalne

wyjedzone przez wodę,

sen łagodnie zamyka.

 

 

ptacy

 

zawróciła się miedziana rzeka

w oniryczną stronę – bosi malcy pobiegli

z gwizdem w szorstkich gardłach

strząsać gniazda potrzosów.

 

ich bracia wypalali suche trawy na stokach;

marzyli o tytoniu i o nagich infantkach –

nie czytali Dantego, jednak sprytnie odgadli

dantejskie kręgi piekła. dym dryfował spiralnie. sen

jak czarna purchawka. grzmiało, chrzęściły łachy

w zakurzonych pudełkach, materace z sitowia.

 

a siostry malowały bladą, pergaminową

skórę, już wystawioną na liźnięcia gorąca. rosła

rana i z uda jad skapywał zielono. w noce lepkie jak białko

jaj strąconych procami

coś stukało skrzydłami, dziobami potrzosów:

                                                                  ptacy,

                                                                           ptacy to?,

                                                                                     ptacy?

 

 

Himilsbach

 

urodziłem się w chwili śmierci

pięciu poetów, pięciu praczek i suki

Fryca, mego sąsiada, który zgubił w agreście

rogowe binokle, kiedy szperał zajadle

w sfilcowanym pantoflu. ponoć

mżyło – cmentarze omiatał

listopad. śnieg się plątał, bo jednak

był to grudzień i sople.

 

utraciłem złudzenia

w czas Kainów i Ablów. zapach piwnic

i sieni nie przyciągał jak dawniej, jednak

żyła w tym iskra. fiakier,

kiedy się upił, opowiadał kamienie – uwalniałem je

z formy – wyruszały

na łów.

 

czasem śniłem

na jawie jawę szorstką jak włosie. gryzłem ją,

przełykałem i trawiłem bezbożnie. ktoś

darował mi grosik – ciążył zbyt

pod językiem – chyba

wtenczas umarłem. grzech

omiatał cmentarze, parował listopad. śnieg

się plątał

– bo jednak był to grudzień i sople…

 

 

umieramy.info.pl

 

sprawdź, kiedy umrzesz! bo może jest

zatrutą studnia w twoim ogrodzie, bo cisza

w której się kąpiesz, może stać się

ostatnią. jadem

kiełbasianym, kastetem bądź gronkowcem

tknięty naraz – zagaśniesz,

nie zdumiawszy się nawet w przebłysku

ostatniej smugi

światła

miejskiej latarni…

 

inni ujrzą przed tobą

firmament ostateczności i mrówkę

w ustach starca. wieżę, karła i ogon

chimery

z free edition. przeżegnają się. zdążą.

i pobledną lub krzykną, zanim spiszą testament. a ty miniesz

bez gości, lamentu, znaku krzyża – niczym

chwast, biała plama

w cudzej wyobraźni…

 

zatem sprawdź,

kiedy umrzesz; niebo już

coraz niżej. kup wieniec

wirtualny! umieramy.info.pl

 

 

Po godzinach

 

Pan Cogito podobno unika

przeciągów. Z niejaką panią Sum

pcha budkę na drewnianych kółkach

pod szumiącym szpalerem wiekowych sekwoi.

Wiatr tarmosi gałęzie. [W jednej śpiewa słowik.]

 

Gdy na Forum Romanum wysprzedadzą lody i

dzieci się rozpierzchną w piskach i chichotach,

pan Cogito z folijki odwija miętówkę.

Rozgryza ją powoli. Wreszcie

wcale nie myśli.

 

Nocą śni o cesarzu,

który śpi.

 

Za ścianą

słudzy cicho stąpają z tacą posrebrzaną.

Wydłużają się cienie.

 

I każdy dotyka leżącego na tacy

martwego słowika…

 

 

zielona herbata

 

pij, pij zieloną herbatę z kruchej

filiżanki – tak śmiesznie układasz usta – tutaj

pod jarzębiną, którą sadził ktoś obcy, jest na tyle

chłodu, że cię pożar nie dotknie – patrz jak płonie

powietrze

za siatką, we włosach lunatycznych przechodniów.

 

czy już ktoś ci powiedział: rzeka wysycha żłobiąc

ściegi w martwym łożysku. pył i suche kamienie.

czujesz słoność? ta susza

jest jak szafot – ucina liście ostrzem gorąca. słyszysz

w klepsydrze grzechot rozpalonych godzin?

 

w twoim przygodnym śnie, w mgle

otwiera się okno – widzisz srebrny horyzont; zwiewną kreskę

szronu. prószą śnieżne jabłonie. jedzie, jedzie do ciebie

biały rycerz po lodzie.

 

w moim śnie wybuchają

szyby. topi się lód. woda połyka konie. w urnie rzeki

pod taflą muł i zbroje wojów. ślepnę – rzeka usycha…

 

pij, pij herbatę z kruchej

filiżanki – tak śmiesznie układasz usta.

tutaj, pod jarzębiną wciąż jeszcze bezpiecznie rośnie

łagodny chłód. a za siatką

powietrze: w cudzych włosach płomień...

 

 

asymetria

 

kłamałem –

lecz wtenczas byłem

imperatorem w siedmiomilowych

butach z krokodylej skóry – pamiętasz,

zawsze lubiłem kłamać, więc

być może przeze mnie

pękło drzewko jabłoni i teraz krzywa

zmarszczka przecina ci czoło.

 

gdy zachwiał się nasz dom, nie kochałem

cię bosą i nagą przy kuchni – właśnie zlewałaś ocet

w ciasne szyjki butelek – zapach cieczy przenikał

twoją białawą skórę – wbiegłem i zobaczyłem.

 

powiedziałaś: to wszystko

za sprawą jabłoni – kora była pieczęcią…

odtąd sypiam inaczej; w królestwie demonów –

nocą pukają w sny

bohaterowie komiksów i książek.

 

rano straszą mnie ściany zgarbionego domu,

jaspisowa królewna w jaspisowej trumnie

i jeszcze twoje

zmarszczką czoło wykrzywione…

 

 

spowiadam się tobie

 

wspięte na ogrodzeniu

kradłyśmy papierówki –

sąsiad smarkał jak bies kostropaty

pluł i

wstrząsał widłami

dziwne dziewczęce sny –

miały zapach ostów

a marzenia parskały

w stajni – śmieszne łyse garbate

jednorożce

 

dni skakały jak pchły

pulsowały skrzydłami oswojonej

jaskółki której kiedyś patykiem

strąciłam

mieszkanie –

chyba wtedy raz pierwszy naprawdę

umarłam

 

poznałam mowę ciem –

cóż mnie mogło obchodzić że

dziadek mój umiał na pamięć

wszystkie ważne przekleństwa –

 

wybuchały za ścianą

sykiem

żywokostu – grzech przyklękał

przycichał jak dziecko i

płytko sekretnie

oddychał

 

 

śnienie

 

kołysz mnie mój gładyszu – już szeleszczą wyjdą

ze staroruskich ikon święty Jerzy ze smokiem

fruną skrzydła ochrowe bizantyjskich aniołów

wymkną się z pociemniałych

ram spod warstw farb i werniksów

z upartego wymiaru trwania

i zatrzepocą

 

z ścian pałaców i cerkwi z poślinionych stronic

albumów i katalogów zbiegną

pomaszerują tupiąc Newskim Prospektem

potem dalej i dalej

z Wiatki Tweru Samary szeptów Orenburga

tęsknie ponad tajgami wprost do naszego

snu

 

i niech zasnują błoną niech szklącą iluzją

granice czarne wołgi kropki miast i ludzi

 

śnijmy

bo przedostatni sen zapałka drewno

 

 

Król Olch

 

dni były coraz krótsze choć nadal gorące

wiatr przywiewał z wędzarni kłąb dymu i smrodu

ogorzali mężczyźni powracali z fabryk

zahaczając o knajpy gdy w edenach

domów warowały brzuchate pyskate anioły

przeklinając drożyznę i ciąże swych córek

półnadzy mali chłopcy pili piwo na hałdach

ssali szczaw który palił języki jak ogień – żegnałeś –

powracałam w perz w dziurawce w głogi – gryzłeś

chrzęszczącą noc – z mrocznej sieci pająka zbiegałeś

w kosmiczny wymiar snu – piekło

miało sierść łąki – brzęcząc drgało od pszczół

 

 

dymiącymi miedzami stąpały beztrosko

panny o wzdętych brzuchach taszcząc wrzaski

niemowląt

półdorosłe półdzikie półprzeobrażone obnażały stygmaty

własnej kobiecości – tykaliśmy je

wzrokiem – gnuśne dziwożony – a one chichotały

aż się niosło wskroś pól

 

drzewa poszeptywały – tam gdzie mieszkał Król Olch

cienie rosły inaczej – olbrzymiały skrzypieniem

upiornych szafotów

pazurami krogulców rozwierało się niebo i zwisało płatami

pulsującej zmarszczonej brudnej tkanki powietrza

pamiętasz – zapalałeś moje papierosy – gasły

chmary nietrwałych świetlików – czas broczył

przemijaniem – skowyczący z rozpaczy goiliśmy się

w sobie

 

w mroku olch

Król obmyślał okrutną pułapkę


Pin It