{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Izabela Fietkiewicz-Paszek


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




Szkic topograficzny [z pamięci]

 

Księga Koheleta

 „Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli, ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie  będzie     wspomnienia u tych, co będą potem”

 

dla Anety & Jacka


ulica kordeckiego. nasze głosy wciąż się tu włóczą.

historia nie skończy się, dopóki kamień w splocie,

dopóki majaczą we mnie słowa: że noc, że zmęczenie, że drzewo.


*

ulica kordeckiego. prywatna misja. bruk milczy, ja pełnię wartę

nad pytaniem: czy ty się naprawdę wydarzyłeś? dowody się wykruszają,

a żadne zaklęcia, genetyczne figle ani sztuczki umysłu

nie chcą przywrócić twojego zachwytu

nad górami. owszem, pojawiasz się: w środku frazy ciechowskiego,

w pocałunkach dzieciaków na naszej ławce,

w pęknięciu na szybie. wtedy próbuję złapać ostrość, zlokalizować

ten ból. świat poradził sobie przecież bez ciebie.

akomodacja nie powinna trwać ćwierć wieku. dlaczego więc dzisiaj,

kiedy asfalt ślinił się od upału i słońce retuszowało mu tatuaże,

nawet one układały się w nasz szyfr?


*

ulica kordeckiego. bolesna pręga na mieście. koślawy krawężnik

urasta do rangi zabytku, okruchy butelki chcą być zielonym światłem

szmaragdu. mój wystudiowany spokój rozbija się tu

o tłum bezokiennych monad. myślę natrętnie o biografii

skróconej do epizodu. o tym, że w dwutysięcznym oboje mieliśmy być

tuż po trzydziestce. futurystyczne rachuby zawiodły, i ciebie, i mnie,

za horyzont – przecięty wieżą kościoła.


*

ulica kordeckiego. wiatr rozbujał gałęzie modrzewia.

wiesz, jest w tym jakaś pieszczota.

rok 2008, sierpniowy wieczór. deszcz, chyba ciepło.

a u ciebie?


------------------------------------------------------------------------------------------------

 

esprit d'escalier


w gazetach znów pieprzą o końcu świata, bardziej się boję

o twój poziom prolaktyny i wrośnięty paznokieć

marcina (osiem szwów!). ale jeśli chcesz, zbudujemy schron

dla naszych słabości. pismami dyżurnych profetów uszczelnię

drzwi. gorzka czekolada i wyliczanki z przedszkola ułatwią


czekanie. skąd spokój? od zawsze noszę w sobie ziemię. zresztą

i ja dałam się kiedyś strącić w nowe milenium. miał być koniec, był

skorpion malowany na skroni i szampan w wannie. na balu

spotkałam czwórkę przyjaciół z dzieciństwa – czy potrzeba

jaśniejszego znaku? ale to śnieg i wódka topniały nam w ustach,


nie świat. została plama na skroni, kieliszek z napisem „2000” i ból.

jakby w głowie kiełkował nowy strach, jakby się skradał niepewnie

po noworocznym śniegu, zaskakujący jak myśl, że już czas


mieć dziecko. i stało się

ważniejsze od końca świata,

którego nie było. którego nie ma. którego nigdy nie będzie.


--------------------------------------------------------------------------------------------


[coraz częściej w snach lód się zamyka]


coraz częściej w snach lód się zamyka

nad nami oszronione gałęzie modrzewia

nikną i matowieją a jednak wciąż są


bardziej realne od twojego śmiechu (konkurs

w pluciu na odległość skórkami z brzoskwini

pod kościołem) od czasu gdy cię inspirował


mój pieprzyk pod lewą łopatką (równoramienny

trójkąt ze sprzączką stanika i ponoć jakimś punktem

którego poza tobą nikt nigdy dostrzegł) wzruszał


pięcioletni plan działań gimnastyczno-zawodowych

który jak każdy z moich planów zgubił się gdzieś

między wierszami monitami rachunkami


popatrz: cóż za ironiczna bliskość

rachunków z rachubami

i z porachunkami


*

to była prosta obietnica:


staniemy kiedy skończy się bieg

a jednak sprawy nie poukładały się tak łatwo


powoli wzrok się przyzwyczaja do innego światła

uspokajasz: wielki wybuch to zawsze początek


dojrzewamy do nowych przeczuć i kłamstw np. życie

na pewno jeszcze zechce być po naszej stronie


nawet pod lodem (dziwne ale ten się zawsze skrapla

akurat na rzęsach) możemy spróbować


ponownie jakoś się urządzić


*

że nie wszystko jest prawdą?


że oliwki nadziane na piercing

wcale nie były wielką poezją? albo

że tak naprawdę w ogóle ich nie było?


dawne historie potrafią mylić

ale my wiemy przecież doskonale:


o prawdę nic się nie rozbija


------------------------------------------------------------------------------------------


Czego nie ma w protokole

 

                        Markowi

 

Na przykład papieros. Może

gdyby zapalił. Na ławce

albo pod drzewem - w letnią noc

przyjemnie pobujać się, tak beztrosko,

na krawężniku. Cykady i późne szepty. Można

jeszcze inaczej - gdyby zgasił w połowie

(chciał przecież rzucić palenie). Mógł

zagasić w połowie. Albo w ogóle

palić wolniej. Albo szybciej. Albo jakoś

inaczej. Gdyby zgubił kluczyki, potknął się

gdzieś na schodach, dostał w mordę, zgłupiał

dla jakiejś dziwki – byłby

22:18 gdzieś indziej.


------------------------------------------------------------------------------------------------


Kochankowie z Marony

nie wiem nic o twojej przeszłości, ale

dobrze znam przyszłość - umrzesz,

nim kolejna zima skuje lodem rzekę.


prawda wchodzi między nas, kiedy

nazywasz mnie imieniem żony,

opowiadasz się w kolejnych wersjach.


pobiegnę jeszcze do płońska po lekarstwa,

wpuszczę tego, który zawsze ma dla ciebie

kieszenie pełne nieba, otulę pierzyną, zrobię


wszystko, żeby nie uszło. później będę

czekać, aż twój syn zechce prześwietlić

korzenie, zapytać - dlaczego


najważniejsze jest niemożliwe.

nie bój się, ja też tylko udaję,

że żyję.


---------------------------------------------------------------------------------------------


[Sonet przez szkło]

 

                        pamięci Kazimierza Sity


W tym szkle jeszcze żyje coś z twojego ciepła.

Może ślad czułości, z jaką je trzymałeś?

Unosząc pod światło da się dostrzec nawet,

że został twój oddech – gdzieś na jego zgięciach.


Już się wydarzyło. Mimo, że ćwiczyła

od wielu miesięcy, nie umie cię oddać

bez buntu, nie umie. W tej historii koda

miała nadejść kiedyś, czas miał się uchylać


powoli, łagodnie. A tu już po wszystkim.

Chciałaby udawać, że wyszedłeś. Bliscy

czasem ot: wychodzą, wracają nad ranem.


Albo wyjechałeś. Będziesz pisał listy.

Będziesz? Pisz. Przechowa – jak szkło, jak relikty

czasów, kiedy wszystko mogło być na zawsze.

 

3/4.03.2011

http://sitaak.wordpress.com/2010/09/10/szklo/

-----------------------------------------------------------------------------------------------


[Skrzypek Chagalla]


Gdzie jest to miasteczko? Gdzie sprzedawca śledzi,

biedny chasyd Zakhar? Gdzie wąskie uliczki,

targi, synagoga, piękne Sary, Ryfki,

kiduszowe święta, gdzie lewici z Bejt Din?


Tutaj Szema Israel budziło ulicę,

a klezmerskie smyki niosły tęskne nuty

aż do późnej nocy. Tu właśnie się zgubił,

nie zdążył na pociąg, zagapił się - skrzypek


i został w miasteczku - bez Talmudu, Tory,

mądrych rad rabina; próbuje diaspory

zasiać choćby w dźwiękach – niech powietrze niesie


to, co pozostało, niech z uporem krąży,

szuka nowych imion, próbuje odtworzyć

pardes. Ktoś usłyszy. Alejhem weał bnejhem.

 

05.02.2010



------------------------------------------------------------------------------------------------


[Łyżka mleka Chagalla]

 

Jak podskórna świętość – codzienna uwaga:

podać łyżkę mleka, okryć kocem plecy,

tak spać, by nie zbudzić, i tak żyć, by rzeczy

zwykłe mu nie kradły miejsca dla rozważań,


dla spraw istotniejszych. Dzisiaj zamknął kramy,

jedzie do Witebska – sam wszystko obgada

z Jehudą, a ona (jak każe Halacha)

ugotuje koszer, sprzątnie, zmyje zanim


on wróci. Rutyna, nic wielkiego. Jednak:

jest w tym jakaś czułość, nieszczególnie rzewna,

jakby stała za nią przenikliwa jasność,


że rozpad wyrasta z codziennych zaniedbań.

Ale jest coś jeszcze: przeczucie, że pęka

ich świat, i że ona usłyszy ten nagłos.

 

10/11.02.2010



----------------------------------------------------------------------------------------


[Samotność Chagalla]

 

Jest trzydziesty trzeci. Trudno żyć zachwytem

nad profilem Belli i paryskim światłem;

w La Ruche przeczuwają nadchodzącą matnię,

choć tu względny spokój, ale ponoć Witebsk


już całkiem w chaosie. Co robić? Okryje

mu plecy tałesem, pozostawi Torę

w rękach, trochę czasu, żeby ze spokojem

doczekał do zmierzchu, by móc jeszcze chwilę


mieć za sobą sztetl, zchut awot i skrzypce,

krowę żywicielkę, kahał i tradycję.

Tylko tyle może. Dramat się dopełni


niebawem - nie będzie już nic poza szkicem

świata; i milczeniem. Pozostaną żywe,

wyraźne kolory; ocali je werniks.


14/16.02.2010



----------------------------------------------------------------------

 

[Beksiński po raz szósty]

 

Wszystko tu czytelne: są śmierci przydrożne

markujące skały, prosta, wąska droga,

przytłumione światło, fragment nieba w brązach,

żadnej bocznej ścieżki – zmysły niezawodnie


rozpoznają teren. Co innego rozum:

waży sylogizmy, szuka zarysowań,

tropiąc nieścisłości – na siłę przeciąga,

tak, by można drogę do wyjścia z wąwozu


bez końca wydłużać, zmieniać w metaforę

wiecznego powrotu. Dla rozumu koniec

jest nie do pojęcia, będzie negocjował,


układał się z wiarą – w niej przemycał ogień,

jedyną materię zdolną unieść gnozę,

dać pewność na szlaku, wyznaczyć pobocza.


28.01/01.02.2010

 


O autorce

Izabela Fietkiewicz-Paszek

www.alternet.webd.pl



Pin It