{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Teresa Rudowicz


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



 

 

***

Nie było nowej, była tylko jedna, wciąż ta sama,

tak samo osobna jak kamień, drzewo, gwiazda.

Tak samo pełna brzmienia. Brzmienie czy brzemię,

jaka to różnica i jaki sekret niosła, kiedy nagle

stała się prawdziwa, przeszyta na nową stronę,

skrojona na miarę, jakby ktoś długo dobierał

fason, materiał, kolor, a potem powoli,

bardzo uważnie wyciągał fastrygę.

*

Ogień będzie płonął, dopóki nie usłyszysz

ostatniego amen. Jesteś tu nowa, ale już

znajoma. Zyskujesz pewność; rytm serca,

gęstość kości, tak samo ważne, jak smak

i zapach. To z nich się stajesz na wskroś

żywa, bardziej oddana ziemi niż ten,

z którym przychodzisz. Przez chwilę

czujesz zimno, wtedy jesteś naprawdę.

Potem wracasz, przekładasz rzeczy

z miejsca w miejsce. Czekasz,

aż ktoś cicho i jakby od niechcenia

 

wymówi twoje imię.

*

Światło nie spływa, światło się sączy

z jednego miejsca na skórze, tuż pod

lewą piersią. Kiedyś zaczniesz się z niego,

tożsama, ale osobna. Usiądziesz po drugiej

stronie stołu. Rozmowa sklei się z resztek,

zawsze są stare grzechy i stare obietnice.

Drogi kuszą skończonością. Toczysz swój

kamień, w końcu i tak cię pokona

mała grudka ziemi, początek i koniec.

 

Amen

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------

 

***

Księżyc na środku tafli, okrągły jak źrenica.

Woda ma swoje czary i swoje sekrety,

przenosi z wiatrem z miejsca w miejsce, szepce.

Nocą słychać wyraźnie zawodzący głos.

Na imię ma Kusy, mówią, że mieszka w zaroślach,

nigdy nie śpiewa. Idzie między ludzi, nabiera ogłady,

nosi się z pańska. Zdradza go wschodni akcent

i zapach sitowia. Daremnie wstajesz przed świtem,

zbierasz kropelki rosy. Co uronisz, wzejdzie.

Zakręci się kołem, wpadnie. Kamień w wodę.

*

Rzęsa oblepia stopy. Brodzisz po kostki,

woda marszczy się lekko. Nie lubi obcych,

tylko boginki i topielice. Drzewa też mają dusze,

Słoje papilarne. Dębów na zrębie nikt już nie odwiedza,

Nikt nie liczy im lat. Starość kłapie sztuczną szczęką,

obgryza korę, wypluwa próchno, trociny, wióry.

*

Podczas pełni woda jest spokojna, ugłaskana lśni

niczym oczy drapieżników. Idą sforą, podchodzą

blisko domostw, głodne łatwej zdobyczy. Zostawiają

sierść, mięso, kości. Potem przychodzą inne,

i znów inne, zacierają ślady. Dzień nie lubi

krwawych widowisk, odwraca głowę.

Kciuk podniesiony w górę. Świta.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

***

Za Uralem mieszka tylko echo. Droga prowadzi na szczyt,

choć u podnóża jedynie obietnica ciężkich butów, spoconych pleców.

Golgota jest za rogiem, nie musisz nawet wierzyć.

Wystarczy, że otworzysz oczy. Wtedy ten, który jest,

który przychodzi, w imię twoje zakręci szklaną kulą.

Usiądą do stołu Żyd-włóczęga i klucznik, zostawią miejsce

dla odbicia w lustrze, jest w drodze.

*

Deszcz padał całą noc. Wszystko

stało się wyraźne, jaskrawe. Krzyczało:

masz prawo być tutaj. Twoje jestem

odciska się na mokrym piasku, układa ślady.

Z powrotem pójdą inne. Innym ściegiem

zszyta przydasz się komuś. Wejdziesz

frontowymi drzwiami – gość albo znajomy.

Ten, kto tu mieszka, wymyśla nowe imię.

*

Od imienia się zaczniesz, normalnie i wspak,

możesz tworzyć anagramy, szarady, rebusy,

jesteś ręcznie pisana, manuskrypt lub ikona,

zagadka dla siebie samej. Będziesz szukać,

aż nie znajdziesz, nie ma początku ani końca,

jest teraz. Ulepiona z gliny na wzór i podobieństwo

swoje, zastygasz, zmieniasz się. W kamień.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------

 

***

Tamto przyszło, patrzyło, aż obetną mi włosy,

krótko, tuż przy skórze. Tak możesz być

prawdziwa, tylko tak. We włosach siedzi

diabeł, zalęga, obrasta w pióra. Mylę się,

komu świeczkę, komu krzyż.

Nitka prowadzi do domu

 

– mam sześć lat, mokre prześcieradło,

za chwilę wujek nauczy mnie znikać.

*

Siódmego dnia po pełni ogoliłam głowę,

przestałam jeść. Znikać trzeba powoli,

co dzień sprawdzam się w lustrze,

wciąż za bardzo jestem. Urwałam

łeb, wyrosły nowe. Patrzą.

 

Ta, co czeka, maluje paznokcie,

wkłada czerwone szpilki.

*

Zamieńmy się miejscami, nie poczuję

różnicy. Od dawna gryzę ziemię.

Przeżuwam, przeczuwam, przeczę

samej sobie. Nie chcę patrzeć

pod światło. Pomyliłam

 

rękę, może bok.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

 

***

                        siebie samych stworzyć musimy po raz drugi,

                        z inną duszą i innym ciałem.

                                               (Anna Świrszczyńska)

 

niebieska sukienka, biały dopinany kołnierzyk,

podkolanówki, kokardy. ja i tamta druga, niewidzialna.

stoimy w korytarzu, nieme, woskowe figurki,

scena prawie z kubricka. za chwilę złapią mnie

 

dłonie, lepkie niczym język żaby, zmienią skórę

w chitynowy pancerz. chrupnie pod butem,

popęka do pierwszej krwi. potem dostanę

zabawkę, śmiesznego szmacianego pajacyka.

 

tamta druga nie chce zabawek. krzyczy:

niech ktoś wyciągnie nitkę, jedną cholerną nitkę

i pajacyk więcej nie rozłoży nóg.

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

w podstawówce

 

wyglądaliśmy jak matka z synem, dorodna kobieta

i chłopiec (późno zacząłeś rosnąć). wierzyłeś

w duchy, ogród na wyspie, zaczarowaną fontannę

z pozłacanym dzwonkiem. ogrodu nigdy nie było

 

i ja nigdy nie byłam Karioką. opuszczony dom

zajęli bezdomni. wkrótce potem droga zabrała

drzewa mirabelek, sklepik z oranżadą w proszku

musującą na języku różnymi kolorami.

 

zniknęły piegi z nosa i okulary w niemodnej oprawce,

wygasł ogień. czasem nagłym błyskiem zaiskrzy

myśl, że być może jeszcze grasz na liściu,

szumisz w zaroślach.

 

nie mogę po prostu napisać kocham cię

razem z twoją śmiercią,[1] muszę szukać

innych słów, odległych skojarzeń.

w sam raz na wiersz

 

taka rzewna pogoda, bębnienie kropel,

nagłe zimno w topoli.

 

---------------------------------------------------------------------------------------------

 

protokół powypadkowy

 

coś odjęło mowę zasznurowało gardło

otwierała potem usta jak ryba

przewracała oczy na drugą stronę

tam był chłopiec z grzywką

trzymał za rękę przypominał słowa

na wysokiej górze rosło drzewo duże

 

pod nim w pudełku po gilzach

zakopaliśmy nasze imiona

pisane drżącą ręką w pośpiechu

kiedy samochód naznaczył topolę

czerwony kleks połknął cały jej krzyk



[1] Krystyna Miłobędzka *** (kocham cię razem z twoją śmiercią)

 


 

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It