Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Bohdan Wrocławski


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



 











Tej nocy na brzegu

 

Tej nocy mewy były nadzwyczaj niespokojne

Ich krzyk obudził mnie

Przełamując

Rozdartą szlochem poświatę księżyca

 

Wiedziałem

to w ich wodną przestrzeń

Wdarł się cień drapieżnika

 

Tak i my mimo doświadczeń

Najczęściej bezbronni

Wykrzykujemy całą swoją świadomość

 

Nawet wtedy kiedy nasz głos

Jest przez nikogo niesłuchany

 

Wiem już

Zmierzch przychodzi zbyt wcześnie

Wszystkie próby szukania w nim drobin światła

przybliżają coraz bardziej

rzeczywistość do snu

 

Tej nocy przechodziłem zaspany wzdłuż brzegu

 

Czułem miękki chód lisa

Jego nerwowe machanie ogonem

Wypatrywanie ofiary wśród młodych mew

Zagubionych na porośniętym brzegu

 

To bezsens mówiłem do siebie

Starając się światłem latarki wypisać swoje imię

Na burcie zacumowanej łodzi

 

To zupełny bezsens mówiłem do siebie

W środku nocy

Na brzegu


Którego ból rozpinał się w milczeniu

Az po ostatnią krawędź horyzontu



Oparty o horyzont

 

Siedzę po turecku na pokładzie

Moje dłonie są odleglejsze

niż czarne kieszeni

kulis scenicznych

 

powietrze wyszeptane głosem suflera

 

wiem

od pewnego czasu

wszystkie porty

przystanie mariny

kurczą się

niczym opowieści barona Münchhausena

 

wpycham je w złożoną czeluść  antyku

krużganki kolumny pełne radosnych uniesień

cały ten architektoniczny sztafaż słów

i gestów

uruchamianych przez wyobraźnię

 

tym samym pozbawiając

słońca  ostrej bryzy

i pokus związanych

z odpływami morza

 

To nic dziwnego

widnokrąg stale przemilcza nas

 

w swojej rzeczywistości jest bardziej natchniony

niż my

wieczni poszukiwacze dojrzałości

chorobliwie zazdrośni

o własną pamięć

 

Już wiem

umarło kilka tysiącleci

miliardy

przypływów odpływów morza

nałożonych na płótno barwnymi plamami

w zdumieniu szalonego artysty

 

Jego dłoń

zatrzymała się na wybrzuszeniach

spróchniałych

desek pomostu

 

czuł w nich pulsowanie krwi

pożądanie

wszystkie westchnienia wieczności

 

w zupełnie nieznanym szale uniesień

trwa to to do dziś

 

starając się zrównoważyć

miłość

nieodległego przecież horyzontu

i napiętych do granic możliwości

żagli

 

Siedzę na pokładzie

piję mleko z kartonu obserwuję orła Bielika

unoszącego w szponach rybę

w stronę fioletowej ściany lasu

 

To stamtąd powraca echo

w stwardniałych nagle fałdach żagli

 

Widzę czyjś żal

Wiatrem wyrwany z własnych piersi spinaker

przyspieszony

lot wystraszonych mew

 

i fale

których gniewu

nigdy

nie udało mi się przemilczeć



A jednak…

 

Kiedy otwieram starą gdańską szafę

dostrzegam

że w skrzypieniu drzwi

mój umysł powoli zaczyna gubić szczegóły

 

wydaje się że jest otwarty

na wszystko to co doświadczałem

wczoraj i zacznie wcześniej

 

A jednak

 

Oto ktoś  przypomina mi noc świętojańską

pogańskie gonitwy  po zroszonych łąkach

cudowną magię ogniska

przez które w euforii

przeskakują moje wspomnienia

 

A jednak

 

Dzisiejsze moje lenistwo

uciekanie wzrokiem w horyzont

w mgłę

określającą krzyk i bezbronność

 

wieczne błądzenie

wzdłuż tych samych korytarzy

szukanie w nich cieni półświatła

 

barokowego natchnienia

napinającego piersi niczym łacińskie żagle

wyblakłe od starości i niechęci

 

zaczajonych za linią brzegową ptaków

gubienie wątków

 

fragmentów rozpoczętej etiudy

 

też ma prawdopodobnie swoje źródło

w dawno

nieodczytywanych  szczegółach

 

czasami próbuję wzrokiem oddzielić

to co jest istotne

od tego co jest nieistotne

 

to zapamiętaj aż do śmierci

a o tym nigdy nikomu nie mów

bo ci nie uwierzą

bo to nigdy zaistnieć nie mogło

 

Bo sam nie wierzysz w to

że jeszcze jesteś

wśród niekończącej się zieleni lasów

szarzejących jesienią łąk

stad saren

zagubionych na nadbrzeżnych burzanach

 

miast pragnących zachować w sobie

majestatyczne dostojeństwo

historii

wyrytej na odpadających tynkach

 

Oczywiście mogę odpłynąć dalej

do tego miejsca

w którym ląd

obserwowany z pokładu

zamienia się najpierw w szarą linię

 

a później niebieszczeje

aż do utraty własnego oddechu

 

Stamtąd nikt już nie odczyta

równomiernego głosu

pracującego silnika

Białe ptaki odpłyną majestatycznie

w stronę brzegu


rozumiem je

tak określą swoje bezpieczeństwo

 

A jednak

 

Zatem jeszcze raz i jeszcze raz

próbuję połączyć szczegóły

te istotne

z tymi zupełnie nieistotnymi

 

które dobiegają do mnie

niczym przytłumiony obecnością nauczyciela

gwar

szkolnego podwórka

 

A jednak

 

A jednak wiem

że alfabet zmierzchu jest znacznie trudniejszy

do odczytania

od wszystkich uśpionych w nas nadziei

 

Na brzegu wygasa ognisko

chłód  od wody rozchodzi się po całym ciele

orzeźwia

Milkną głosy odchodzących

Ostatni aktor niknie w kulisach

 

Porozrzucane na scenie rekwizyty

nikomu już niepotrzebne

zwisające elementy scenografii

szczegóły obok szczegółów

 

I tekst

którego jutro  nikt już nie zechce przeczytać

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski












To co już nie jest istotne

 

Kiedy wyjeżdżam z szutrowej

drogi prowadzącej przez las

otwiera mnie

kilka wymijanych rzeczywistości

 

Nie wszystkie zdążyła przetworzyć historia

ich ułomność drażni pejzaż

 

A szczegóły

potrafią zamknąć się w teatralnej wyobraźni

kiepskiego reżysera

 

Jest w tym szaleństwo młodej poezji

próbującej wędrować po nieboskłonie wraz z słońcem

bardziej wzniosłym i i dojrzałym

 

Tak gromadzi się w nas

niecierpliwość

stuka do drzwi nieśmiało z obawą

starego domokrążcy

 

Wcześniej czy później przypadkowo błądząc wzdłuż

rozłożystych krzewów promenady

odnajdziesz ją zmiętą w blaszanym koszu na śmieci

 

Będzie nadal przesuwać się w tobie

na małym barokowym stoliku w cieniu

rzucanym przez  lampkę nocną

na klawiaturę

starego laptopa

 

Odnotowujesz ten moment

w którym powieki

opadają w dół

fraza za frazą uciekają wzdłuż nadbrzeżnego klifu

 

Mogłeś wcześniej schować się w głąb dębowej szuflady

 

Ale nie

uparłeś się

 

Uparłeś się czytając Lowella

dyskutując z Freudem

kłócąc się z Charlesem Bukowskim

w pokoju wypełnionym dymem papierosowym

wyrzucanym co chwila z ust Alana Ginsberga

pijącego wino z Jankiem Himilsbachem

 

I słyszałeś ten głos

który dochodził do ciebie

z dalekiej młodości

a być może jeszcze  wcześniej

z zupełnie bliskiego średniowiecza

goszczącego w nas

ucywilizowanych słowem i gestem

 

Punktem zwrotnym w poszarpanej nadziejami

chęci bycia

 

I słyszałeś ten głos

Który atakował ciebie przez lata

kolorowe wargi  ślinę strzyknięta

w cudownie żółty piasek plaży

 

Znów wróciłeś

przycumowałeś łódź przy samych trzcinach

przestałeś się bać

ciemnej wody Zalewu Wiślnego

 

Jego krótkiej fali

 

Zrozumiałeś

już jest późne popołudnie

słowa odchodzą i przychodzą

jest w nich ból fizyczność najbliższych fal

zdarzeń dotykających burt łodzi

 

porządek narodzin

życie i śmierć

 

najcieńsza

najbardziej kolorowa linia  patosu

 

Na pokładzie piłeś słabo posłodzoną herbatę

obserwowałeś słońce

znikające

za krawędzią

nieodległego od brzegu lasu

 

i wszystko to

co dziś już przestało być istotne


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski




















Na przedwiośniu wzdłuż brzegu

 

To jest ten moment

kiedy seans niemego kina

oglądany przez na wpół otwarte drzwi

dociera do nas niczym zerwany plakat

 

jego strzępy namawiają bardziej do ucieczek

niż pozostania

 

Nie uciekam stąd

 

Nie uciekam ani stąd ani  znikąd

 

jesienne plaże

mają w sobie tyle samotności

że nie może mi jej zabraknąć

przez kilka  najbliższych stuleci

 

krok po kroku

zbliżam się  do tego miejsca

w którym klif

zapada się w głąb wyobraźni

 

tak zawsze powraca historia

najczęściej bezdomna

z twarzą bezzębnej staruszki

 

rozczulamy się jej obecnością

 

Pewnie wkrótce skończy się droga

wzdłuż trzcin

czarne klucze kormoranów

opuszczą gniazda na najwyższych sosnach

 

Zaś moi synowie zaczną słuchać

Louisa Armstronga

Kinga

Ellę Fitzgerald

 

Nie będę słyszał rapu rozkojarzącego myślenie

 

Zadowoleni rybacy powrócą

z morza łodziami

szorującymi po żółtym piasku plaży

w głębokość najintymniejszych spojrzeń kobiet

oczekujących na brzegu

 

A ja znów odnajdę w sobie

to miejsce samotności

pełne ostrych naskalnych rysunków

których nikt nigdy

nie potrafi we mnie odczytać


 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski











Być może…

 

w kokpicie  jest już zupełnie ciemno

jeszcze do tego zepsuta żarówka

czarne smugi przypalonych owadów wokół niej

 

stawiam lampę naftowa choć wiem

że jej światło

już przywołuje okoliczne ćmy

 

list z uniwersytetu Karola w Pradze

trochę o Havlu

trochę o Miłoszu

więcej o tym co się kończy

niż będzie powstawało wokół nas

 

zacznie się rok Króla Maciusia

też ciekawie

tylko tyle

że nie będzie o czym pisać

 

powietrze wokół stanie się rzadkie

warstwa po warstwie

nakładając się na zamazaną szybkę w bulaju

 

czyjeś kroki  wzdłuż pomostu

zapewne

tak zaczyna swój taniec jesień

 

a być może

to tylko sen

który zamilknie całkowicie o brzasku

 

przecież jest w nas jeszcze wczoraj

z tym fragmentem który budzi refleksje

 

jest dzisiaj

z potrzebą i równowagą działania

 

i być może będzie

jutro ogromne jak romańskie kopuły

które będę  starał się określić

każdym wyważonym gestem

każdym freskiem przykrytym moją nieśmiałością

 

na zupełnie wyludnionym brzegu

Zalewu Wiślnego


 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It