Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -

Beata Patrycja Klary


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

 

goshala, czyli dom opieki krów

 

 

1. Cienie schodzącej pary migają w prześwitach pięter. Podejrzewasz,

że tak właśnie wyglądają strażnicy świętego ognia. Niczego się nie boją,

choć podobnie jak ty, nie wiedzą nic o miejscu, do którego zdążacie.

 

Ciemność dławi najbardziej gdy masz wiele pytań.

 

Idziesz do umarłych, ale cmentarne kurhany nie dają odpowiedzi. Twarze

na cynowych urnach niczego nie mówią. Wróżysz z sachary w niemodnej

klepsydrze lub z piór wędrownych ptaków zbieranych jesienią.

 

W przedbrzaskowym mroku ruszają myśliwi.

 

 

2. W dniu moich urodzin – dwunastego stycznia – umarł poeta. Zdmuchnięty

blask odbił się światłem przed progiem kostnicy. O tej śmierci będzie się dużo mówiło. Znacznie więcej niż o dobrze wypełnionym roku. Umieralnia zawsze znajduje się na górze. Kiedy ktoś w niej dochodzi, śpi się po kątach, albo

gdzieś w gościnie. Potem przenoszą na katafalk, który w każdy inny dzień jest

stołem drobiazgów. Nigdy się na nim nie jada.

 

Najlepiej gdy strój wybiera się samemu. Na krótko przed, czyli dla niektórych

zaraz po urodzeniu. Gdy tylko zdadzą sobie sprawę, że poza życiem jest również

jego brak. Jakiś martwy mężczyzna, z którym nie zdążysz się dobrze zaprzyjaźnić, staje się pretekstem.

 

W przedwieczornym zmroku wracają myśliwi.

 

 

3. Fala radiowa potrzebuje czterech minut na pokonanie odległości

między Ziemią i Marsem. Kobieta potrzebuje sekundy by pokochać.

Przynosi wtedy ze szpitala chore dziecko. Ktoś znalazł chłopca

w pojemniku na śmieci. Pewnie jego wykrzywiona twarzyczka

odstraszyła samicę. Miał nie widzieć, nie chodzić, ale od dotyku

rąk starej pielęgniarki – śmiał się. To wystarczyło.

 

Rodzimy się w kuli, ale macica nie daje światła.

To ludzie przynoszą blask i pieśń wieloryba.

 

 

dwa treny z najnowszej książki „Zabawa w chowanego”

 

I

 

Zaczyna się dzień, w którym coś powinno się stać. Barometr w górnych rejestrach,

a moje trzydzieści cztery jest inne niż twoje trzydzieści pięć. Nie żyje Czesław,

nie żyje Zbychu, Rysiek i nie żyje wielu, wielu innych. Szalonego Fredka nikt

z nas dawno nie widział. Pewnie nie żyje.

 

Jesteśmy materią, dlatego lepiej jest malować latem, gdy płaszczyzny są rozgrzane

i farby też, a umierać zimą. Kto kocha kobiety, Bóg jest w nim, więc na YouTube

podglądam Bellucci. W moim scenariuszu spaceruje zaróżowiona w promieniach

niewidzialnego jeszcze słońca. Pramatka i kochanka przyszłości. Nie wiem co wypada

lub czego nie wypada pisać, ale im wolniej rozstawia nogi, tym szybciej oddycham.

Wysysam jej miękkość, jak pasożyt skorupę ślimaka.

 

Kończy się dzień, w którym coś powinno się stać. Dzwoni telefon: ojciec nie żyje.

 

 

II

 

Zegar spada ze ściany. Oby tylko nikt nie umarł – mówi rodziny o dwudziestej pierwszej

z minutami. Wszystko wraca na swoje miejsce. Dzwonek w telefonie. Potem krzyk,

pogotowie, taksówka. Przekładają ciebie z linoleum na łóżko. Przykrywam kocem,

choć mówią, że to bez sensu, ale światła nie pozwalają zgasić.

Później już zawsze będziesz leżał w ciemnym.

 

Nie mam siły na świece. Jesteś tylko w swoim ulubionym podkoszulku. Najspokojniej

z nas przyglądasz się zamieszaniu, a my nie wiemy dlaczego. Zgaszony telewizor,

odłożone okulary, ślady walki z samym sobą. Przybliżony czas zgonu dwudziesta

pierwsza z minutami. Czterysta kilometrów dalej niepobita szybka zastanawia.

Niczego o tobie nie wiedzą. Zadzwonię rano.

Niech śpią. I ja przecież jeszcze nie wiem o pożegnaniu.

 


oddział intensywnej terapii doktora Edelmana

 

Kaleczenie nie boli jeśli wiesz jak przyłożyć, którą krawędzią brzytwy dotknąć.

Opór zarostu twardego nad ranem jeszcze nie przekonuje do jasnej decyzji:

opróżnić sale dla tych co mają szansę, terminalnych w korytarz.

 

Głód ssie i zmusza do czynu. Chłodna pustka wychodzi na jaw, skąd w lodówce

ten włos? Nie na miejscu przecież, jak guz z przerzutami w piersiach młodej panny.

Ludzie nie chcą umierać. Czekają na wnuki, które wciąż nie przychodzą.

 

Często są zmyślone. Lubią oddychać. Obchód zawsze zaczyna się od korytarzy.

Tam najłatwiej nie zdążyć. Kaleczenie nie boli jeśli wiesz jak przyłożyć, którą

krawędzią dłoni przeprowadzić zmarłych.

 


nie jesteś wart nic więcej nad to, co napisałeś

 

 

I

 

Zawsze jest przesiadka w jakimś Krzyżu, a wtedy przychodzi

wiersz o pociągu – tak mówi Zadura, a jemu poeci wierzą.

 

No więc przedział, a w nim baba z kotami. Koty rzecz jasna

w klatce. Cztery, bo trzy kolejne wtulone w swoją babę. Smród.

 

Tylko tutaj jest miejsce. To wypchany po brzegi barbakan. Baba

miło się uśmiecha. Nie kuście abyście nie narobili sobie kłopotu.

 

Przysiadam. Koty białe, czarne, jeden nawet niepodobny do

swojego gatunku, jak sąsiad z dałnem czy innym cholerstwem.

 

Dwanaście łap wskakuje mi na kolana. Nie ma w tym nic

nieprzyjemnego, ale przyjemności taż żadnej. Za oknem pada.

 

Baba dyskretnie pociąga z piersiówki. Konduktor drze mordę.

Od deszczu koty dostają kota, a od nich kota dostaję ja.

 

 

II

 

Czytanie wierszy powoduje, że natychmiast zaczynam pisać,

więc wolę nie czytać, po to żeby wiersze przychodziły skądinąd -

tak mówi Świetlicki, a jemu poeci wierzą.

 

Tylko do cholery skąd brać tematy. Przecież nie napiszę o młodej

pracownicy banku, która przez okno zauważa, że jakaś kobieta

(zupełnie nieznana) rodzi na trawniku.

 

Trawnik jest przy głównej ulicy w Łodzi. Pracownica banku wybiega

i sprawdza tętno dziecka. A ono jeszcze nigdy nie zachłysnęło się

tlenem, więc obraca je, klepie w plecy. I staje się życie.

 

Nim przyjedzie karetka wszystko jest już takie jakie ma być.

Młoda pracownica banku otrzepuje spódnicę. Śladów krwi nie

da się sprać z delikatnego jedwabiu. Nawet zimną wodą.

 

masowe przeloty wróżą pożegnanie


Pieśń kruków, jak pieśń klawikordu odrywa nas od siebie.

Zadzieramy głowy.

 

Przed nami cynowy klucz. Zamka, do którego pasuje nie ma

pośród babilońskich zigguratów, ani innych budowli. Idziemy

ścieżką wymoszczoną paprociami, gdzie na brzegu spalone

słońcem ostrężyny. Na pagórkach rosną najsmaczniejsze. 

 

Gdy je zjadasz, dopycham usta językiem. Krwawimy na czarno.

Dwie twarze patrzą w dwie przeciwległe strony, a cztery ręce

miłosierne podają cztery odsłonięte piersi. Dziwi cię ta rzeźba.

Wolisz lipowy sen ludowego świątka, z oczami naszego syna.

 

Całymi dniami pozostaje bez ruchu. Wyobraża sobie, że jest

bogiem. Wygląda na pięcioletniego chłopca, który nigdy nie spał.

Cienie plamiste rozsiane w obu płucach, a on się uśmiecha. Słucha

chóru zalotnych cykad. Im głośniejszych, tym bliższych śmierci.

 

Pieśń kruków, jak pieśń klawikordu odrywa nas od siebie.

Spuszczamy głowy.

 

 

                                                                       dla Karoliny

 

Utopiła się moja uczennica. Zadowolony z życia dzieciak

odpłynął na ostatnie wakacje. Zaraz po maturze. Pytasz

co u mnie? A co ma być – normalnie. Wcale nie jem mniej

(a by się przydało). Papierosy też schodzą jak zwykle.

 

Acid Drinkers brzmią tak samo zajebiście, choć stracili

jednego fana. Na tych wakacjach nie słucha się metalu.

Ksiądz na pogrzebie mówił, że tam jest muzyka ciszy. No

to kwasożłopy nie będą zadowolone jak przyjdzie ich czas.

 

Z wódką nad wodą zawsze trzeba uważać. A gdzie nie

trzeba uważać? Ten pijaczyna Bukowski miał rację:

poezja jest tym co się zdarza gdy nic innego nie może.

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It