Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -

Jan Stanisław Kiczor


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

 

Miasto  -  tryptyk


I.

Wszystko było zwyczajne.

Na Kadzielni lazurowa woda
odbijała promienie
wchłaniając nas w pamięć
która nie dostała szansy
aby przetrwać.

W MPiK-u Rafał czytał
swoje nowe wiersze
ja zaś stawiałem mu herbatę
bez słowa o tym,
że nie rozumiem.

Na Sienkiewicza spotykali się wszyscy
których dziś nawet
bym nie poznał.
Ale siadam czasem na ławce.
Czekam.
Nikt się nie zatrzymuje.
Też jestem
nierozpoznawalny.

Mimo to, wszyscy,
wciąż obok siebie.

W murach,
zaułkach Paderewskiego (dawna Buczka),
czy przy stoliku w "Sołtykach"
przy Rynku.
Jesteśmy,
choć wcale o tym nie wiemy.


II.


Pocałunki rozpoczęte gdzieś,
przy Toporowskiego,
biegły z nami do Rynku.
Ku zdziwieniu jednych
i obojętności innych.

Jechały z nami
autobusem
na Legionów (d. Marchlewskiego)

Czasem mówił ktoś o bezwstydzie
(z zazdrości)
lub o jurnej młodzieży
- z bezsiły.

I nie było deszczowych dni.

Za ekspresję spełniania
przyznawaliśmy sobie Oskary
nago
na czerwonym dywanie.


III.


Wystarczyło przejść
Bodzentyńską (d. Armii Czerwonej)
i tuż za kościołem
szło się na "pielęgniary".

Zapamiętałem zdumienie
pięknem przechodzącym
w piękno.
I wszystko na miarę swojej
codzienności
było cudowne.

pierzchliwe uśmiechy,
jawiły się chwilą
przelotu barwnego ptaka,
niekontrolowanego oddechu.

Później Rafał pisał
jeszcze dłuższe wiersze,
a mnie nie smakowała
herbata.

 

 

Retrospekcja

Wszystko się dzieje tu i teraz
choć myślisz: to niemożliwe.
Wiatr się napełnia oczekiwaniem.
Te same kąty, taki sam szaniec
i ta symfonia Brucknera,
która wtargnęła w nasz zaułek,
mgielnym szczegółem.
Wtedy pragnąłem cię chciwiej.


Wśród starych murów cień nie znika,
czasem zatańczy na skałach
Można pochwycić jak sen przerwany,
kiedym cię budził struny brzdąkaniem
na wodach barwy indyga.
Teraz cię widzę, jak odchodzisz
w cieniu mimozy.
Więc proszę - żebyś została.

 

 

 

 

Jeszcze nie ma mnie w domu

Chciałem się zadomowić. Nie mogę sam w sobie.
Brak mi kątów zacisznych, firanek na oczy.
Wewnątrz chłodnej ciemności nigdy się nie dowiem,
Skąd przyszedłem, gdzie idę i co mogłem sknocić.

Od wilgoci pleśnieją niećwiczone mięśnie
Szkielet gra pełnią dźwięków bolesnych i tępych,
Jestem własnym strażnikiem i zarazem więźniem
Czującym jak już krążą niecierpliwe sępy.

Leżę w bramie, przed bramą, na dworcach, na schodach,
Świat połykam, choć przecież nie mogę go strawić,
Płynie ścieżką za murem stara bossa-nova,
Słyszałem, że ktoś drugi policzek nadstawił.

Jak smakują oddechy? Nie wiem, nie czytałem.
Bez pokuty przenikam w toczącą się spowiedź,
Ja tu tylko przejazdem, nie ma mnie na stałe.
Szukam samego siebie. Chcę się zadomowić.

 

 

 

Szkic

Widzę jak pamięć cieniem mi się kładzie
Na wyobraźnię. Biegnąc twoim śladem,
Chce cię odnaleźć w barwnym praobrazie,
Zdobiącym wspomnień wyblakłą fasadę.

Znam tę wątpliwość, która w cieniach własnych
Gubi kontury, deformuje profil,
Ginie w koronach zadrzewień liściastych,
Lub gdzieś się chowa, jak stary mikrofilm.

Szukam przedmiotów niezdolnych zapomnieć,
Słów podeptanych to z prawa, to z lewa,
Zaschniętych kwiatów pachnących bezwonnie,
Tych fal co własny zgubiły ocean.

A wiem, że byłaś, pamiętam z półgestów.
I łąkę bujną, gdzie dziś kępy rdestu.

 

 

 

Powrót

Jeszcze kiedyś podłogi wysprzątam,
Z mebli zetrę zaległe z lat kurze,
Pajęczyny wymiotę gdzieś z kąta,
W zapach domu powrócę na dłużej.

Cicho siądę pod ścianą wieczorem,
W odgłos świerszcza samotnie się wsłucham,
Noc zaskrzypi prywatnym horrorem,
Na półpiętrze rozpoznam cień ducha.

Jeszcze tylko napalę w kominku,
Ciepło wnętrza połączy się z ciałem,
I zalegnę w urojeń spoczynku,
Że wróciłem, że jestem na stałe.

Obrus biały na stolik zarzucę,
I przed gośćmi nie będę się bronił,
Jakąś sobie balladę zanucę.
Lecz wciąż cisza. Nikt jeszcze nie dzwoni.

 

 

 

Po zmierzchu

Bliskość naszą przedrzeźnia niespokojnym cieniem
Odblask lampy co knoty wypala samotne,
A ręce przytulają własne zaskoczenie
I ćma do światła cicho szeleści za oknem.

Zgaśmy wszystko. Niech ciemność zaznając spokoju,
Nie widzi naszych światów przy tobie i przy mnie,
Gdy przez pokój przerośnie wijący się powój
Po omacku do ciała dopiszemy imię.

Znajdziemy własny dotyk wędrujący drżeniem,
Wtapiając się w znaczenia trwające jak znamię
I zdradzi nas tej ciszy zabrane westchnienie
I przedświt, który tylko zagląda ciekawie.

 

 

 

Labirynt

Ktoś podgląda mnie z cienia i nie widzę oczu,
Biegnie cicho, tuż obok, a nie wiem czy boso,
Jak w półśnie, zmysł ze zmysłem, bezczelnie się droczy,
Śpiewy, jakby pokutne, w oddali się niosą.

Każdy krok po granicy myśli, pół oddechu,
Boli gwar, boli cisza i doskwiera pamięć.
Zagubiony w starości bezzębnych uśmiechów,
Taki czuję reumatyzm, co wspomnienia łamie.

Krótki błysk, jeszcze chwila, myśl koło zatoczy,
Powróci postrzępiona, wychudła boleśnie,
Pełna dziwnych omamów, znaków pół proroczych,
I żalu. Nie pamięta, że było coś wcześniej.

Wciąż tak brnę w pustce własnej, w niedopowiedzeniach,
Ktoś obok biegnie cicho, podpatruje z cienia.



W drodze

Nie wiem co jest naprawdę z drugiej strony oczu
I czy trzeba oślepnąć by zobaczyć więcej,
Świat się zwęża ku nocy jakby właśnie poczuł,
Zapadanie w martwotę swoich własnych chęci.

Choć kaleki, a idę, ledwie szepcząc z cicha,
Wszystko widzę, choć drogę wymacam kosturem,
W czerń słońca bez zmrużenia patrzę, wciąż oddycham,
Wygrzebuję z pamięci myśli poniektóre.

W tak zawiłej czułości, która się nie ziści,
Rozmodleniem wzdłuż biegną nieznane pacierze,
Świat w moim bez widzeniu fasady oczyścił,
A ziemia spochmurniała od nadmiaru wierzeń.

Idę własną zielenią, na przekór i w poprzek,
Nienazwane nazywam, co krok to przybytek,
Czasem noga niemrawo o krawędź się otrze,
Rozpadliny jak groby nigdy nie zakryte.

 

 

 

Wydrążony człowiek

Wychłodziła się radość w szarzyźnie codziennej,
Zabrakło nasycenia pełnią gwiazdozbiorów,
I krążą po umyśle mary bezimienne
Tworząc zwartą strukturę dusznego horroru.

Uwiera wciąż okrycie pomarszczonej skóry
Trzymające nasz szkielet w pozycji bolesnej,
Gdzie się czas zaklinował we włóknach niektórych,
Czekając wypoczynku który będzie przedsnem.

Wszystko niechęć wyzwala, spojrzenia nieczułe,
Nieznane wokół miejsca, nieznajomość czasu,
I ta dziwna drapieżność, co wzorem pustułek,
Atakuje znienacka bez zbędnych hałasów.

Bez rozróżnień, jednakie, jak pokryte plechą,
I tylko czasem, z głębin, wraca dawne echo.

 

 

 

 

Dojrzałość.

Kiedy dorośniesz do granic patrzenia,
Spostrzeżesz pustkę w źrenicach niektórych,
Knot wypalony po wielkich płomieniach
I pusty rynek. I zmęczone mury.

Obce ulice z czarnego kamienia,
Rozwarte okna gotowe do krzyku,
Gniew urodzony w dawnych nieistnieniach,
Chwiejne cokoły nieznanych pomników.

I nie ma domu poza zlepkiem świtów
Gdzie się krzątają jeszcze nieumarli,
I pustorogi posążek z granitu
Nad którym zmarniał kwiat araukarii.

Kiedy dorośniesz do własnej niemocy
Spostrzeżesz zimny pozór pocieszenia,
Wszelką wątpliwość zawiń w stary kocyk,
Trwaj pośród ciszy i nic już nie zmieniaj.

 

 

 

 

Sen z elfami i o elfach

dla Gloinnen

Pozamykane w wielu snach, wszystko jest światłem, wszystko cieniem,
A rozbudzone tkwi tak w nas jak pół nadzieja, pół zwątpienie.
Po liściach nocny spływa znój, pogasił lampy już Aladyn;
Głuchy usłyszy elfów ból, ślepego olśni blask kaskady.

Znów Dziwożona ruszy w pląs, z dębowej szaty wyzwolona,
Cieniem zawiśnie jakiś ptak nad łąką pełną niedokonań.
Wśród powikłania jawy, snów, w pełnym odczuciu błogostanu,
Codzienność stale miesza się, przechodząc z sacrum do profanum.

Wsparty o ziemię kostur drży, bez skargi niosąc własne fatum
Lecz elfom także brak jest snu, a może tańca pośród kwiatów.
Wszystko wplecione w senny czas, w litanię dźwięków i półgłosów,
Szelestną ciszę miałby ktoś, kogo odnaleźć tu nie sposób.

Więc pochylony milczę wciąż, w niedoskonałość zapatrzony
Gdy bliżej zmierzchu jest niż dnia, z lat doskonałych, z lat szalonych.
Czasami pobiec chciałbym gdzieś, gdzie się nie zjawia nocna zmora,
Z elfami nocne życie wieść. Lecz wiem - to było dobre wczoraj.


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Wiersze pochodzą z tomu Sny i przebudzenia, który wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Pisarze.pl

Pin It