Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Anna Musz


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Kolonie

 

oglądaliśmy kiedyś z naiwną ciekawością

mikroskopowe zdjęcia preparatów

było tam wiele znajomych kształtów i form

 

pleśnie porosty bakterie

w koloniach

całkiem jak nasze mapy starożytnych miast

jednakowo zależne od siebie i obojętne zarazem

bliskie ale osobne i nienasycone

w pochłanianiu ziemi

 

widzieliśmy też opiłki w magnetycznym polu

wyobraźnię Gaudiego sklonowaną

w całe dzielnice katedr Sagrada Família

lub kaniony strzelistych ulic z najsłynniejszych dzielnic metropolii

z domami które się garną

ku ratuszom kościołom placom obok rynków

 

mikrogradacja bliskości

zależności

walki

pod szkłem naszych zachwytów

że to takie nowe takie oryginalne

 

 

Perpetuum

 

byliśmy tu przez cały czas

ci którzy wyszli wracali lub przysyłali innych

najczęściej z rodziny

a mimo to

niepostrzeżenie dosłownie spod rąk

zabrano nam kilka cennych atrybutów

 

nasze zegary nie mają wahadeł

książki przeszły w ekrany

zniknęło parę bezzasadnych

bardzo przydatnych prawd

 

coraz rzadziej palimy świece nosimy długie suknie

ale nadal wywołujemy zdjęcia brak nam rutyny znudzenia

kilku nowych mitów

baroku języka na renesans liczb

 

bo na razie wszystkie te przymiarki i zmiany

tylko szkodzą wyobraźniom metaforom symbolom

estetyce z przyzwyczajenia

 

 

Księga dróg i podróżnych

 

my tylko czekaliśmy aż przestanie padać

odprowadzaliśmy kogoś

ale oni jechali w naprawdę dalekie podróże

 

przez stary dworzec jak przez otwartą księgę

przepływały historie odjazdów i powrotów

 

niektórzy to potrafili opowiadać

mówili tamtego lata

i widziało się tamto lato prawie początek jesieni

skupione liście winogron w obfitości słońca

ciepły sierpień w dusznym cieniu drewnianej werandy

 

widziało się ich oczy jak jeziora o zmierzchu

z migotaniem spadających liści

z podwodnymi prądami w głębinach

ich głosy w trawach i całe garście trawy

schylone w jedną stronę pod naporem wiatru

psy spuszczone ze smyczy parę kroków przed nimi

i zmęczone głowy jak nadwodne kłosy

 

 

każda ich opowieść wracała potem z nami

przywieźliśmy ją do domu już na wpół zmyśloną

tak się nam zapamiętała że jest w wiecznej podróży

do tamtego lata jezior i winorośli

 

w naszych dziennikach wyprawy

więcej zasłyszanych historii niż własnych

 

 

Wróżenie z przestrzeni

 

lubię portrety na których jest tyle miejsca

nad głową

 

jakby człowiek pojawił się na nich przypadkiem

i nie miał prawa istnieć bez jasnego pokoju

w którym zrobiono zdjęcie

 

może zresztą jesteśmy wypadkową przestrzeni

mebli z naszego dzieciństwa

ocienionych kątów

okien zasłoniętych przez domy

ale jasnych jak słońce w ramach

zwłaszcza rano wiosną i latem

 

może by nas nie było

bez sennej otoczki pamiątek

rozłożonych po całym mieszkaniu

bieli która pnie się po ścianach po wieczory od świtów

na fotografii uchwyconej akurat w pełnym rozkwicie

 

te wnętrza mówią o nas nawet aż zbyt wiele

całe szczęście że innym dialektem

w ich języku nic nie będzie w stanie was wzruszyć

ani przekonać

że są tu jakieś znaki warte odczytania

 

 

Powrót

 

masz na imię

 

nieważne bo liczy się to jak teraz wracasz

niezobowiązująco i po tylu latach

po prostu idziesz ulicą

 

nawet tak samo stąpasz i odwracasz głowę

sprawdzasz czy cię tu cokolwiek pamięta gotowe

na twój powrotny spacer

 

już zbyt długo czekały skłócone domysły

które teraz z miejsc wstały przyszły do drzwi prysły

i nikt nie wie co dalej

 

chaos myśli jest dobry jest jak oczyszczenie

można wrażeń dotykać precz z ich rozumieniem

i oswajać tych wrażeń nadmierność

 

masz na imię cóż po tym gdy wszystko się zmienia

dzisiaj już potrzebujesz nowego imienia

i wszystkiego ci trzeba od nowa

 

 

Chansons de geste

 

wystarczy chwilę popatrzeć

nawet nie masz pojęcia ile zdradzasz myśli

i jak łatwo odczytać z ciebie wspomnienia kolejnych podróży

ludzi spotkań powrotów

 

o miejscach dobrze ci znanych mówisz podnosząc głos

nagle ożywasz w dyskusji na oswojone tematy

nawet nie wiesz o gestach którym przynależysz

ciebie w nich tylko trochę

cała reszta to krewni i udawanie obcych

wartych naśladowania

choć nie pamiętasz już raczej po kim podjąłeś

to podniesienie ręki tamto schylenie głowy

 

nie zaprzeczaj

na tę osobistą kolekcję patrzysz pełen szacunku

w niej przetrwa wszystko o tobie

lęki i nieśmiałości

twoje wielkie odkrycia

twoje całe epoki

 

 

Przyzwyczajenia

 

przychodzą tu co roku nowi turyści

o każdej porze roku i w różne pogody

patrzą w sąd gotyckiego sklepienia

na brudne postacie aniołów wychylone

z warstwy baroku ręka pod ręką szata obok szaty

 

przybysze robią zdjęcia

chodźmy krok w krok za nimi bo zobaczą więcej

obcość wyostrzy im zmysły

 

uczyliśmy się od dziecka tych rzeźb i portali

podczas świątecznych spacerów

znamy je na wyrywki

ale oni znajdą dla nich całkiem nowe kadry

 

zamkną przestronne pejzaże w dwóch poklatkowych obrazach

fontanny na środku skweru

i człowieka siedzącego na schodach

nas nie stać

już nie stać

na taką wyobraźnię o tych miejscach

 

 

Nic nowego

 

anektujemy nowoczesność wszystko co nam dadzą

nie jesteśmy wybredni

ten wyścig cyfr i danych ma nas oszołomić

uwieść a potem porzucić

nasza widownia jest ich sceną

i vice versa

przyjdzie czas na zemstę

zapisz to w rubryce terminy i zadania

 

przyswajamy chętnie

nowe formy obcości

całkiem inną obecność

jesteś na niedostępnym więc może cię nie ma

a może się ukrywasz

piszesz codziennie ale czy o sobie

po północy widzisz jak wychodzą z ekranu

dobrze ukryte dzielnice niebezpiecznych miast

przed południem powtarzasz plotki

przetwarzasz obrazy w kolory w kontury

które i tak zapomnisz do wieczora

 

nie uczysz się niczego nowego

to tylko zwielokrotnienia

znajomych dla których nie masz czasu słów na końcu języka

ale bez pamięci rzeczy do zagarnięcia płyt

do przesłuchania książek do stawiania na półkach półek do zamówienia

 

lęków trwających nadal po wyłączeniu laptopa

jak po zamknięciu drzwi

 

 

Wizja lokalna

 

nawet po katastrofach będzie się nas pamiętać

i celebrować podczas święta triumfu

w wigilię tęsknoty za starym światem

 

bo teraz ziemia jest mapą

pejzaż ma coś z teatru

trawy grają Szekspira rosnąc na balkonach

 

w każdym miejscu nasz dotyk zarasta tkliwym ołtarzem

i wie się bez próby jak go adorować

 

żyliśmy tu u siebie

więc na naszą modłę będzie się po nas milczeć

i zapominać o nas jak sami uczyliśmy


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It