Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -
Zofia Sofim Mikuła


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




Obraz sprzed roku

               
Krzysztofowi Gąsiorowskiemu

wracamy z majką i dzidkiem z pogrzebu zbyszka jerzyny, majka odbiera telefon od beaty:
zajrzyj do krzyśka. idziemy zaśnieżoną wileńską, szukamy numeru dwanaście. jest
*
do tych trzech mężczyzn na płótnie trzymających w dłoniach szklanki i cały świat,
należały wszystkie dziewczyny w mini, i edyta, i ewka w podkoszulku.
wszystkie wina peerelu i wszystkie kawiarnie. jeden właśnie zszedł z obrazu,
usiadł na łóżku, patrzy na regał wypełniony książkami. wkoło kurz tracheostomii.
kurz jest wszędzie, pokrywa stół, kawałek niezjedzonej kiełbasy, puste torebki po zupkach.
najbardziej lubię z serem – próbuje powiedzieć, potem pisze na kartce.
pamięta mnie, choć nie tak jak majkę czy dzidka. kiedy z siatki z zakupami
wyjmuję tę z serem, kiwa głową, na wychudzonej twarzy pojawia się uśmiech.
z majką i dzidkiem pijemy dżin z tonikiem, poeta z obrazu herbatę o smaku dawnych dni
i wierszy – kurzu ubywa
*
dzisiaj rano zadzwonił telefon, doktor m. jedzie stwierdzić zgon. mężczyźni na obrazie nadal zdobywają świat. w mediach nikt nie mówi o śmierci Poety

                                12.01.2012


Telefon ze Stalowej

        Zbyszkowi Jerzynie

ona – czy mam przyjemność z panem Zbyszkiem?
on – pani Zosia?

on – wie pani zaprosili mnie do Milanówka
ona – znam te okolice
on – mieszkałem tam, a po powstaniu w Pruszkowie
        na Stalowej
ona – ja również mieszkałam w Pruszkowie,
          także na Stalowej
on – pamięta pani sklep Piekarskiego,
        oranżadę w szklanych butelkach?
ona – pamiętam
on – oranżada...
ona – a znał pan Alafufu?
         ciekawe, kto go tak nazwał?
on – wysoki, szczupły mężczyzna, był chory
ona – wszystkie dzieci bały się Alafufu
          widzę go, stoi w bramie
on – i ja go widzę

ona – przepraszam pana, muszę kończyć
         wołają mnie
on – no to, do zobaczenia
        i proszę się już nie bać Alafufu



Wierzba

nikt nie gwarantował wierzbie miejsca wyrastania
widziałam wśród dzikiego parzącego ziela płaczącą
nabrzmiałe wypustki chowała w zaroślach
gdzie ciemno i wilgotno
w niszy jej konarów zagubieni
spijali miękkość i lekkość z gałęzi

chłód sprzyja zarówno życiu
jak i umieraniu


Mgła nigdy nie będzie zielona

znowu stawiasz przede mną wyrwane drzewo
uparcie przekonujesz, że to moje ulubione barwy
korzenie zraszane stukrotną wodą
nie odnajdą zapachu ziemi, w której wzrastały

tłumaczysz, że jest srebrna jak wesele
że kąpały się w niej nasze dzieci
chciałbyś, by miała moc uzdrawiania
 – gdyby była zielonym mlekiem…

drzewo to drzewo! nie umiera jesienią
nie rodzi się wiosną – żyje

nigdy nie wierzyłeś w kolory
a wiesz nie lubię mleka
chyba, że jest zielone jak moje drzewo



Bezradność

ścigana czerwoną plamą z asfaltu
nastoletnia Marii
z obawą podaje rękę

nie potrafi kochać
nie potrafi ufać

obcina krótko włosy
by nie wołały przytul

zostawiliście mnie!




Bajki


przychodziły wpół do kieliszka
siadała wtedy przy kuchni tam gdzie ciepło
i zawsze można było uciec
choćby w iskierki popielnika

dokąd mogło biec zmierzchem siedem lat
do jasia w czerwonym bereciku?
mogło się wdrapać na szklana górę
lub przystać na służbę u baby o wielkich zębach

po drugiej czystej jaś gładził po włosach
bajki i sukienka spadały na dębowe deski



Penelopa

kogo wypatruje postać przy oknie
monotonna jak fale rozbijające się o okręt
odpływ czasu zatrzymał chustkę na parapecie

czeka milcząco wpleciona w żagiel
połyskujący piaskową bielą
brzegu odbijającego się w prostokącie
Dali



Spektakl

on kochający do granic samotności
ona wpleciona w milczące lata
każdego roku mijając siebie
w to samo miejsce przynosili kwiaty

gerbery więdły pozornie
pozwalając by goździki pozostały
dłużej niż niepoznane słowa
i lata pasujące się z miłością

wygrali jeden wieczór
paradoksalnie
masz być szczęśliwy



Verdigris

kiedy przyjdzie wiosna będziemy szli
alejką Królewskich Łazienek

obiecałeś mi spacer, weźmiemy orzechy
pamiętasz to drzewo nad stawem?
wczoraj podwiązałeś złamaną gałązkę
przerosło mnie, ciebie, nasze lata
hedera helix oplotła pień pamięcią
ukrywając oczekiwanie w zieleni

rudy wiewiórek harcuje z basią
– bierzesz mnie za rękę



Karier

boisz się siebie
jak tamtej nocy

gnały konie przez dolinę
a potem galopem po wzniesieniach
by w ciszy
przy wodopoju
pić i pić

boisz się
tego pragnienia



Nie czekam to dni coraz dłuższe choć jesień

zewrzeć uda jest dużo prościej niż zamknąć ramiona. przestrzeń
miedzy twoim a moim kolanem nie da się oswoić. po co
brudzić twarz pocałunkiem. nie mam do kogo wracać
mogłabym mieszkać w każdym. kobiety to przedziwne stworzenia
przesadnie zatłoczone czułością. cóż może być ponad
bukiet męskich dłoni rozsypanych na ciele kobiety

kiedyś…

kiedyś jest niezwykle uniwersalne zawsze może się zdarzyć
jak niespodziewany kochanek, jak ręce w zachłanności
jak rozdrapywanie słów. mimochodem



Warszawska DeCoteria

kim jest ta para przy sąsiednim stoliku

ona wsłuchana w telefon
on
kilka kroków i powrót na krzesło
zanadto by była mu bliska

nie milczy tylko jazz
jest taki dwuznaczny

kosmyk włosów opada kobiecie na twarz
półuśmiech wolno wsuwa się w torebkę
wzrok mężczyzny w fotografie starej Pragi

kim jest ta para?
tak osobno odwracają twarze



Literatka

z fusów kawy nie rozkwitnie kwiat różowej wiśni
półcień nie zastąpi chłodu lipowego drzewa.
dejanirski gorset złoto liczy
                                             Klezmer!



Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

refleksje katyńske

Rękodzieło

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

- ten Katyń.

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

Nie tylko ona.

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It