Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Hanna Dikta


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




Na Zielone Świątki

Ciągle zachłannie ocierasz się o plecy, smakujesz gęstą krew,
opowiadasz o córkach, które chciałbyś spłodzić, moich mlecznych piersiach.
Pachniesz jak młoda suka, dzieciństwo i wymarzone egzotyczne wyspy.

Nie jesteś zazdrosny o chłopców, z którymi całuję się w takt jarmarcznej piosenki,
dobrze wiesz, że wystarczy gwizdnąć, przytknąć dłoń do uda.

Schylony w wysokiej trawie, znowu doczepisz mi skrzydła,
będziemy długo kołować nad zastygłym Bugiem, odurzać się zapachem palonego zioła.
Tak tu u was pięknie, powiesz, a to zaledwie brudna woda i drzewa.
Kiedy umrę, nie oddawaj książek.

Jeszcze nie wiemy, że to ja pierwsza wejdę do rzeki,
ozdobię dom tatarakiem



Not disturb

Leżymy w satynowej pościeli, na klamce zawieszka, w radiu Laforet.
Kładziesz ręce na brzuchu. Dotknij tu i tu, i tutaj, proszę.
Nawet pies tak mi nie ufał, mówisz, oplatając szyję.

Leżymy na gołych deskach, woda uderza o burtę. Obite jabłko smakuje
twoją śliną i petem. Nieporadnie ssę poplamiony atramentem palec.
Jest zimno, więc pożyczasz mi kurtkę, grzejesz kawę na denaturacie.

O północy nie mijam portiera, nie dociskam gazu,
nawet nie muszę poprawiać poduszki. Zgrabiałymi dłońmi
odczepiasz łódź od pala, bierzemy kurs na Bornholm




List do córki botanika

Nie wypuszczę stu czterech gołębi, nie zwiążę korzeni żeń szenia.
Nie usiądę na twoich spoconych pośladkach ani nie podwinę sukienki,
żebyś palcem z perłowym pierścionkiem zrobiła ze mnie kobietę.

Zostawię to mężczyźnie. Zaniesie mnie na ciepłe prześcieradło,
spłodzi syna, zasadzi las. Przez kolejnych trzydzieści lat będziemy zgodnie
odwiedzać świątynię, zbierać ryż. Drobnymi krokami wydeptywać ścieżkę.

Dlatego nie zdejmuj koszuli, nie przywołuj mnie pluskiem wody,
spadającej do miednicy przy wieczornym myciu. W ogrodzie twojego ojca
powinnam tylko rozdzielać truciznę, przystawiać tyczki




Oddział jednego dnia

Na szpitalnych łóżkach przypominałyśmy
prostytutki z obrazu Toulouse-Lautreca,
blade zwierzęce mięso z watą między udami.

Zdziwiłeś się, kiedy poprosiłam przez telefon,
żebyś zanucił tę piosenkę Marie,
przy której zawsze rozpinasz mi buty.

Nie widziałeś, jak na rozkaz korzystam z toalety,
podciągam koszulę. Sprowadzona do  tkanek
potrafiłam nawet śmiać się z kiepskich żartów pielęgniarki.

Najgłośniej chichotała czarna spod okna,
wczoraj w nocy umarło w niej dziecko



Kobiety odchodzą ode mnie przez okna

Nie chcę całować cię przy takiej piosence, mówisz,
więc zamykamy okno, spuszczamy żaluzje.
Topimy w umywalce papierowe łódki,
walczymy o pierwszeństwo w partyjce chińczyka.
Znowu masz ciemne włosy, ja rozbite łokcie.

Nie konsumujemy związku, bo przecież nie posuwa się
dziewczynek w komunijnej sukience,
to tylko odkręcone za mocno grzejniki, zajączki na brzuchu.

Nad ranem nie mogę zaczerpnąć powietrza,
pakuję plecak w dorosłą torebkę. Balkon pachnie mgłą



Gipsowa panienka z L.

Postawił ją na parapecie - obok podwiązek
i spinek, ukradzionych z hotelowej toaletki.
Czasem układa przy niej kwiaty, pali świece,
częściej zuchwale zdrapuje gips z podbródka,
drąży niebieską sukienkę.

We śnie bierze ją naprawdę. Ma ciepłe łono,
drobne piersi i ufne spojrzenie dziewczynek
z obrazów Balthusa



Nornice

One już takie są. Nawet jeśli wypełnisz ciepłymi gałgankami
wszystkie szczeliny, zdejmiesz językiem sól z mokrych miejsc,
złapiesz jednocześnie za głowę, ramiona i palce
i zakołyszesz nimi, jakbyś tańczył ostatni raz w życiu.

Będą mówić o samotności, o niedokończeniu, ostrych kantach,
o byciu obok, za drzwiami, za furtką, za tablicą miasta,
będą uciekać w siebie, schodzić coraz głębiej, grzęznąć w mokrym mchu.
Jakby na dnie studni można było znaleźć coś więcej niż echo



Z cudzych miseczek

Minął czas stawania na palcach, zaglądania przez szybę.
Dorosła naciskam klamkę, przymierzam głowę do smug na poduszce,
zdmuchuję kurz z filiżanek. W szlafrokach pań domu czytam książki
od strony z zakładką, zaskoczona, jak banalne lubią historie.

I przez chwilę jest tak, jakby ktoś znów zapalił światło w tamtym oknie.

Dowiadują się przypadkiem. Z nadgryzionej bagietki, spinki w umywalce.
Cerowanych rajstopek, rozwieszonych zwycięsko między krzesełkami



Zza kwefu

Kiedyś staniesz się gęściejszy od powietrza,
zakneblujesz mi usta językiem, ukamienujesz palcami.
Potem zawiniesz w lepkie prześcieradło
i nie będzie już ani ścian, ani okien.

Kiedyś przestanę błądzić w wąskich uliczkach Kabulu,
słuchać samotnych kroków na kamiennych schodach,
obijać się o beton wysuszonych studni.

Będziesz gryzł, wieszał i krzyżował; będę krwawić



 Blok piąty

Osiągnęliśmy prawdziwe mistrzostwo w zasłanianiu
trumien, owijaniu zwłok czerwoną koronką.
Nawet teraz, kiedy rozbierasz się pod ścianą kotłowni,
oddajesz zegarek, telefon i buty, a ja piję kolejną gorzką kawę.
Czas sączy się jak chemia.

Ludzie na krzesłach mają twarze z obozowych fotografii,
na widok fartucha instynktownie podnoszą ręce.
Tylko dzieci bawią się beztrosko przy budce portiera,
moczą włosy lalek w słomkowych kałużach.

Za chwilę jak zwykle weźmiesz mnie w szpitalnej toalecie,
odbijemy lęk w białych umywalkach.
Później z uśmiechem przejdziemy pod prętem,
zatańczymy kadosh



 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

refleksje katyńske

 

Rękodzieło

 

 

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

 

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

 

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

 

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

 

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

 

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

 

- ten Katyń.

 

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

 

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

 

Nie tylko ona.

 

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

 

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

 

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

 

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It