Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Kalina Kowalska


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska




Mistrzu

Gotowa jestem zostać Małgorzatą na jedną noc
i nie musisz mi płacić. Będę Małgorzatą kontraktową,
która się zbyt szybko nie scukrzy. Będę miodem Małgorzaty
klarownym i płynnym w mowie – otworzę wszystko, co zawarte.

Tylko nie wiem jeszcze, jak wytłumaczę kurze ślepe ziarno,
a skórze naiwnej, żeby się nie gładziła do ciebie.



Fatum
 
Kiedy Fidiasz zanurzył dłonie w zimnej wodzie strumienia
pomyślał, że tak mógłby zamknąć gniew – chłodem. Venus
była już blisko, na wyciągnięcie rąk. Wystarczyło wybrać
odpowiednio ukrwioną kamienną bryłę i przekonać,
że tak będzie lepiej dla niej i dla sztuki.
 
Nie uwierzyła, nie chciała, ale przecież nie ona była mistrzem.
Nie wyznaczała kanonów piękna, ani kanonów prawa,
według których zachwyt był najwyższym dobrem umierającej duszy,
pozwalał przedłużyć życie o kilka milionów oddechów,
ubrać je w kilka milionów słów, płodzić poetów.
 
Wolała być śmiertelna. Śmiać się do granicy śmiechu,
płakać do dna łez, a potem odejść jak człowiek,
nie zostawiając po sobie śladów metafor. Przyciągała
starych, zmęczonych facetów, którzy chcieli ją gładzić,
opierać skronie o piersi, studzić gorączkę.

Jej własny Fidiasz mówił, że nie pamięta, jak to się stało,
że w korytarzu domu spokojnej starości, tuż przy oknie
ustawił ją – marmurowy desygnat losu.



Powieść

Zima. Noc. Anna Kalinina wraca do Królewca.
Lech Nikołajewicz zaciska pióro, prawdziwą miłość
opisze, patrząc w wielkie bizantyjskie oczy Rosji.
Chłodne, smutne spojrzenie kobiety odbija mrok,
obłęd niezliczonych gwiazd, jakby całą jej istotę
wypełniał nadmiar, pragnienie bez końca.
Taka miłość zapowiada śmierć. Gospodi, pomiłuj!

Kolejny rozdział. Minęło prawie sto lat od pamiętnej nocy,
kiedy to Lech Nikołajewicz zaczął pisać prawdziwą powieść,
coraz mocniej zaciskając pióro. Nie próbował już patrzeć
w gwiazdy, które zdążyły odbić imponującą syberyjską biel
w nieskończonych parach oczu. Wypełniał go nadmiar,
pragnienie wiecznie żywej Anny. Kaliningrad.



twój wiersz

chciałabym wysnuć jakąś legendę
o szczęśliwym zakończeniu o męstwie
ale mam tylko ten jeden bezradny wiersz
czerwony mak na twoim montecassino

bez broni i bez przydziału stoi obok
żebyś nie była sama – kiedy będziesz
płakać on też będzie żebyś nie była
sama kiedy będziesz się bać
on będzie się bał pierwszy
nie zaśnie w twoją noc nie ucieknie
jak będzie za głośno biło twoje serce

a kiedy nagle stanie się wam łąka gdziekolwiek
jakkolwiek pokażesz mu cud chabrów i mleczy
twoje kolory naturalne życie maków
żeby nie był sam pokażesz mu
siebie na tej łące



myszeńce

tak mi się śnisz maleńka w małych wielkich słowach
tak mi się śpisz po nocach a czasem w południe
twoja myśl przebiegnie jakby bosą stopą
chciała poczuć taflę kamiennej podłogi
zbudzić ją z gładkości wielkich korytarzy
wytupując prawdę – zwykłą ścieżkę nogom

tak mi się maleńka łazisz nieubrana
po tych holach sławy którą ci zadają
na nie twoją pamięć – nie twoje obrazy
przycinając w ramy kryształowych luster
potem ci wywróżą pusty rechot losu

ty się tlisz drobino w połamanych słowach
tak się śnisz maleńka zabłądzona w mowie
i jakby na przekór na noc wieszczom śpisz
– tak mi się cisz tak pisz

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski


Praga jest piękna, zobaczysz. Zobaczyłam

wyglądała jak królowa w przepychu katedry św. Wita
jak chwała na wysokości uniosła mi głowę – zdążyłam
wypowiedzieć dwa słowa które się nie nadają do wiersza
i straciłam oddech ale po chwili mogłam już iść dalej
wiedziałam że udźwignę każdy nowy zachwyt
uniosę do oczu odbiję i odstawię na miejsce
po mnie przyjdą następni

czułam się temu winna – wypiłam najdroższą w życiu kawę
powtarzałam w myślach: Hrabal Hašek – nie pomogło
piękna! piękna! – nie działało – na moście Karola mrowie
koniecznie chciało czegoś  dotknąć na szczęście

Hradczany nocą – symbol złudnej omnipotencji
szkiełka i oka w szybie rozpędzonego autobusu
barwne plamy świateł – śmiech do łez do zapamiętania
jeszcze i ten bieg schodami do metra

chciałam jej obiecać że wrócę – dotknąć
murów pierwszej z brzegu kamienicy
skłamać że pragnę – nie mogłam
tego się przecież nie robi pięknej
nie zostawia się na niej śladów
tęsknoty za inną



czuwa nade mną Lwów

miasto osłupiałe jak żona Lota
kara to czy przestroga
kamienice zastygły w pozach
jakby im przerwano taniec
w połowie ukłonu łapię ich spojrzenia
piękne wyniosłe ponad szale ulic
a ja im patrzę prosto w śmierć

wszystko zależy od światła
życie i barwy

ktoś komuś robi zdjęcia w tle
pomnik opera panna młoda z panem
zobaczcie torami starówki wzdłuż idą
taki tu obyczaj nakręcić film drogi
nowej i niech będzie że teraz szczęśliwej
a ja im patrzę prosto w tło

łyczakowskie zarzygane lastrykiem
czarnym błyszczącym między kamieniami
jeszcze nie zginęły póki my żyjemy
bez rąk i bez głowy modlą się anioły
a ja je chwytam prosto w krtań

spotkamy się na dworcu głównym
pod ażurową kopułą świata
jeszcze nie teraz

lecz kiedyś na pewno zostaniemy sami
opustoszeje wnętrze ormiańskiej katedry
przeniknę przez złota róże i błękity
jak za pierwszym razem powiesz do mnie
witaj a ja powiem jestem




***(z cierpliwością bibliotek)
 
z cierpliwością bibliotek
mełłam prawdę poecią
aż do bólu żaren
 
aż się jęzor lirycki wyuzdał jak cham
i jak trepiarz i nawet mu do łba
by lec krzyżem wobec lirykonostasu
jako wzywa poeta który tworzy i spija
spija i tworzy powielany tom
śle po sacrocentrach – O!
i niech czytają niech się uczą
on spełnion on potomnym wskazan
jako ten którego pochłonęła muza
zanim jednak pogrzebion i nim epitafia
pisać mu będą – on to sam
da asumpt
 
tylko jęzor przemówił – ten król
nagi przecież



klasa

mówią że rasowej poetce nie wypada stać
w kolejce do bloga płaszczyć nos
o szyby sieciowych witryn mówią
że powinna się skupić na własnej
podmiotce lirycznej – tak

byłoby dla niej lepiej godniej
van goghniej z pieczęcią szajby
odciętego ucha unosiłaby się ponad
cały ten realityshowliznes – tak

uczą doświadczeni poradnicy
w sztuce obyci
obmyci



Big Bang

stanęłam przed twoim gniewem tak niespodziewanie
że nie zdążyłam nawet pomyśleć czy zamknęłam okno
i czy za nim został jakiś pejzaż dla którego warto
rozłożyć sztalugi

dopiero teraz po chwili
po miliardach lat ewolucji wychodzą na ląd
pierwsze kręgowce i osiadają ciasno przy sobie
na suchym piachu żeby w ciągu sekund zaledwie
kilku milionów lat zmienić się w skamielinę
wapiennego wiersza

a jeszcze niedawno
tuż przed wielkim wybuchem byłam energią tak skupioną
w tobie że wszechświat wydawał się nieprawdopodobny
jak myśl o oknie za którym nie ma krajobrazu


 

 

 

 

refleksje katyńske

 

Rękodzieło

 

 

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

 

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

 

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

 

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

 

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

 

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

 

- ten Katyń.

 

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

 

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

 

Nie tylko ona.

 

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

 

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

 

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

 

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It