Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Agnieszka Marek


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



balans

 

jedna z nich lubi tylko świeże croissanty,

lekko podgrzane w piekarniku. zawsze zjada je

wyszarpując palcami pachnące masłem ciasto,

a twoje myśli uciekają między nogi tej drugiej

(od niedawna preferuje coś na francuską nutę, to nowość).

 

właściwie można tak żyć. zmieniać nazwisko,

koszule, zawartość walizki i pozycje,

bo każda ma inne upodobania.

poliamoria to takie ładne słowo, natomiast myśl

o trójkącie wydaje się  nieprzyzwoita.

 

wciąż masz nadzieję, że to się może udać.

na wszelki wypadek obie mają na imię Anna.

 

     

 

od wczoraj

 

to jest czas samodzielnego kupowania kwiatów.

pielęgnowania egoizmu. bycia niczyją.

chociaż za stara na singielkę, wciąż przyciąga spojrzenia.

minionym kochankom nie umie dać przyjaźni.

 

cztery pięćdziesiąt za bukiet mieczyków, później woda
i chłodne szkło. samozadowolenie. nikt nie jest potrzebny.

 

wydrylowana jak wiśnia. przedojrzała.

 

 

 

jej perła

 

czekam na połów, jak nigdy. jeszcze mogę

pozwolić sobie na chwilę zastanowienia i komfort wyboru.
pomyśleć o Johannesie i uszach tej dziewczyny.
trochę jej pozazdrościć, ale bardziej współczuć.

 

wszystkie są takie same. w każdej trochę wody,

soli i lepkości. a oni niezmiennie je cenią, bo a nuż

trafi się ta z niepowtarzalnym wnętrzem.

 

czekam i właściwie nie chcę nawet Vermeera,

choć propozycja uwiecznienia na obrazie

wydaje się dość intratna. nie powinieneś dłużej zwlekać.

gładkość języka jest bezkonkurencyjna, nawet jeśli

mówią, że niderlandzki kaleczy każde ucho.

 

 

 

no smoking

 

ojciec dogasa. czekasz na to tak mocno,

że nie zawstydza cię skojarzenie z papierosem.

w białej tutce kołdry trochę cennych wspomnień,

najlepszych jak tytoń Virginia Gold. proszę pani,

w pani mężu ogień życia ledwo pełga -

lekarz prowadzący gasi nadzieje matki na ciąg

dalszy. odwracasz się na pięcie, już ci wolno.

szukasz wyznaczonego miejsca.

 

kubańskie cygaro jest ciepłe. dopiero od dziś nie czujesz

w nim smaku ojca, który przychodził co noc.

 



nie tylko na Heathrow Airport

 

zastanów się, dla kogo ten lot.

 

przecież wiesz, że sprawdzi twoje uda,

czy nie straciły na jędrności przez te dwa miesiące.

gorącą  herbatę  w kubku art deco osłodzi złudzeniem.

poda do łóżka, bo wie, że nikt tak nie robił.

a on jest przecież inny. trzeba dbać o wizerunek.

 

pozwoli ci krzyczeć w trakcie i płakać po. stworzyciel,

sama mu to wmawiałaś. żadna wcześniej nie napisała

dla niego takiej roli. skorzysta. bez wahania poda

czystą bieliznę i bezbłędnie zapnie haftki w staniku.

siłą woli powstrzyma się przed zapleceniem

warkoczy. zamiast tego ręce, by zatuszować

zdenerwowanie (bo jednak jakieś będzie).

 

widzisz, cudów nie ma. tylko coraz starsi chłopcy

wciąż machają chusteczkami na wszystkich lotniskach świata.

 

 

 

prawie baśniowo

 

jeszcze nigdy nie szła sama przez las.

 

teraz po omacku, z lękami na ramionach,

dygotem w koszyku. kapturek jak ze świeżej krwi,

wstążki jak koronkowe skrzepy. potem już rozwiązłe

sznurówki, zdejmowanie skórki, wyłuskiwanie ziaren,

wnikanie pod i w środek.

 

kapturek rzucony na ścieżkę. zabłocone dorosłością uda.

 

 

 

nowy oddział w szpitalu rejonowym

 

drzwi koniecznie białe, czerwone tylko litery.

ważne, by kłuło w oczy. później dalszy ciąg

normy, skręcenia i inne urazy.

 

Kaj z krzywym uśmiechem puszcza zajączki

kawałkiem lodu. załamania światła,

a przy okazji nerwowe, jakby jednak odwilż,

gdzieś pod gipsem. w końcu Gerda była pierwsza,

więc może należy jej się wiosna, niejako odgórnie.

ale Królowa Śniegu bardziej doświadczona,

makijaż waterproof i piersi w rozmiarze DD.

 

zostają błyski na śniegu, jak ochłapy.

 

 



hamulec bezpieczeństwa

 

nie umiesz zwalniać na zakrętach,

szczególnie tych życiowych.

odkręcasz gaz i znów przypadkowo

ratują cię nieszczelne okna.

noże tępią się w twoich palcach,

a tabletki ulegają przeistoczeniu w placebo.

 

później przypomina ci się matka

i zaczyna boleć staw ramieniowy.

koniec eksperymentów.

 

w razie niebezpieczeństwa mocno pociągnąć

za rączkę. nadużycie będzie karane.

 

 

 

prawie modlitwa

 

najtrudniej uwierzyć, gdy chudnie skrzynka na listy,

a kalendarz kończy się na jutrze.

zazdroszczę tamtej fotografii, że udało się zatrzymać

jego uśmiech, zajrzeć mu w oczy. i jeszcze

papierosowi – bo palce, usta i język.

 

nie znajduję go w zgięciu łokcia

ani w wilgoci na samą myśl.

 

święta Rito, masz pole do popisu.

 

 

  

pokój 231

 

na końcu języka jest zachwyt

i ukryta cierpkość tamtego popołudnia.

uczyłeś ją, jak rozmieniać się na drobne -

urywane oddechy i spazmy, gdy stwarzała się na nowo.

kątem ucha łowiła odlatujące samoloty (jeszcze nie mój, jeszcze)

i całkowicie zobojętniała, czy środkowoeuropejskie

pokojówki słyszą twoje ucieczki i powroty w nią.

 

nie krzyczała. najlepiej kona się w ciszy,

gdy wypełniasz jej usta sobą.

 

 

 

 pocztówka z mojego dworca

 

tutaj już nikt nie zapowiada pociągów.

 

w chorej stacyjce zbyt młody jak na to miasto

fryzjer strzyże myśli emerytowanym menelom.

peron tylko z nazwy, ale tory lśnią

szlachetnym szlifem, też nie na miejscu.

kwiaty pomiędzy zaskakują i każą patrzeć

w siebie. wilgoć i świeża ziemia, gotowa

na ziarna. nikt nie przepowiedział pociągu

 

do ciebie.

 

 

 

piątek, tuż po północy

 

byłam gotowa na ciebie.

pestki wewnątrz miały brązową

powłoczkę i czekały na rozpęknięcie.

skórka nabrzmiewała dojrzałością.

wystarczyło lekko dotknąć zębami

i zbliżyć się do środka.

wybrałeś język, by nie kaleczyć

kruchej tkanki.

 

teraz patrzysz na mnie zza mgły,

oblizujesz palce. nie chcę na tobie

zaschnąć. lubię wilgoć.

 

 

 

God Save the Queen

 

królowa współczesnej poezji nie znosi konkurencji.

nienapisane wiersze uwierają jak zbyt ciasny

stanik. pisanie na siłę jest niemożliwe, nieosiągalne

niczym orgazm na zawołanie. a jednak próbuje,

jak na urodzoną perfekcjonistkę przystało

(po żadnym z trzech poronień nie płakała,

więc ma niezłe doświadczenie). byle tylko

piedestał był poza zasięgiem innych. więc działa.

 

szybkiego romansu z krytykiem nie wpisuje się w biogram,

ale dobra recenzja warta jest nawet tego, po czym

musi długo myć zęby. ma miliony powodów, by walczyć.

wie pani, życie jest jedno, chociaż właściwie dzieci stawiam

na pierwszym miejscu, a poezja? - i tu następuje

machnięcie ręką. takie niewymuszone, choć długo trenowała

przed lustrem. królowa współczesnej poezji kupuje regularnie

WD – 40. pieczołowicie oliwi płaszczyk swoich zasad,

gdy tylko zaczynają skrzypieć.

 

 

 

pozory mylą

 

przylatuje z Europy i cofa zegarek o godzinę. lotnisko

znane jak własne piersi (bada je co miesiąc, przejęta

odsetkiem pokonanych). lewostronny ruch przestaje

drażnić, a język wsącza się w uszy coraz łagodniej.

kiedy widzi go po raz pierwszy od trzech miesięcy,

krzepnie, na moment zastyga (jeszcze potrafi). później

 

jest fiolet pościeli i karmazyn ust – barwy niby pochodne,

ale walczą. nie jest łatwo oswoić na nowo, lecz nie osaczyć.

zatracić się – ale tak, by wciąż przy nim pozostać. kiedy

 

orgazm dogasa, bezwstydnie znajduje siebie w smaku

jego języka. nikt nie zabroni ani się nie oburzy. za kilka

godzin to i tak stanie się zmywalnym wspomnieniem. na razie

o tym nie myśli. korzysta.

po powrocie podrze na strzępki boarding pass i naklejkę z walizki.

umyje ręce, a bieliznę, którą zdejmował z niej zębami, odłoży

(wypraną z seksu) w kąt szuflady. później przekona siebie,

że zapomina, a naprawdę tylko zamarznie. poczeka z zaciśniętymi

udami na odwilż.


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

 

refleksje katyńske

 

Rękodzieło

 

 

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

 

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

 

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

 

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

 

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

 

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

 

- ten Katyń.

 

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

 

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

 

Nie tylko ona.

 

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

 

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

 

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

 

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It