Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -
Marek Wawrzkiewicz


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska



Pekin, szósta rano

 

Smog poranny troskliwie otula miasto.

Słońce jest raczej w domyśle niż w niebie.

Bezlistna gałąź uschniętego drzewa

Przypomina – jakżeby inaczej! – chińską grafikę

Z przełomu siódmego i ósmego wieku.

 

Dwie kobiety w żółtych kamizelkach

Nieśpiesznie jadą na rowerach. Łysy staruszek

Wspiera laską chybotliwy marsz i ciekawi się światem,

Który od wczoraj trochę się zmienił. To już coś.

 

Taki poranek wygasza namiętności

I coś równie mglistego jak smog,

Co w innych warunkach atmosferycznych

Nazwalibyśmy tęsknotą. Oklapły kolorowe baloniki

Zdobiące limuzynę, która wczoraj wiozła nowożeńców.

Nie ma w tym obrazie żadnej aluzji,

Poza tym, że smogiem zaczyna się codzienność.

 

No, dobrze. A ta przystająca pod sklepową witryną

Dziewczyna o twarzy rozkapryszonego dziecka,

Kilkunasto – a może trzydziestoletnia,

(Chinki nie mają wieku, chyba że po sześćdziesiątce),

Spod jakiej jest z pięciu chińskich gwiazd,

Która jej nocą spadła?

 

Noc była parna i upalna. Zapamiętał to

Mój sen.

 

A teraz jest poranek. Zapewne gdzieś wysoko

Płyną łaskawe obłoki. Zapewne za Wielkim Murem

Przyczaił się wiatr. On kiedyś na chwilę

Zdmuchnie smog i grymas z twarzy dziewczyny

I spotęguje zdziwienie żyjące w kulawym staruszku.

 

Zapewne w tej chwili z warszawskiego nieba

Spadła właśnie (sześć godzin różnicy)

Zwyczajna gwiazda. Czyżby moja?

 

W gruncie rzeczy po to tu jestem – bo daleko.

Tutaj nocą wpadają w smog

Nie moje gwiazdy.

 

Sierpień, 2011




Na Krymie

 

Rankiem trudno wstać. Do późnej nocy

Nawracano mnie na pansłowiańską ideę.

Zgadzali się na nią nawet Gruzini i Kazachowie.

Właściwie jestem za, choć potem trudno się wstaje.

 

Niedaleko, sto, a może dwieście metrów dalej

Za rachitycznymi zaroślami wdycha nieśmiało

Zielonkawe Morze Czarne. Jeśli wziąć głębszy oddech

Poczuje się zapach wodorostów i zgnilizny.

Można tam pójść jarmarczną alejką

O tej porze jeszcze prawie pustą i spotkać niechcący

Dwie nieładne dziewczyny w bujnych wiankach

Ledwie rozkwitłych wrzosów. Idą walcząc ze snem.

Pewnie też je namawiano do jakiejś idei.

 

Jesień jest tu powolna. We wrześniu

Dźwięczy jeszcze sierpniem, a ten dźwięk

Spada łagodnie z białych obłoków.

 

Po południu pod dziwacznymi jesionami

Na podwórku obok domu Wołoszyna

Grzmią z megafonów gniewne głosy poetów

Przekonanych, że ich wiersze są niezbędne jak powietrze.

Właściwie jestem za, choć to wymaga

Sporej dawki pobłażliwości i zgody na to

Że nazajutrz trudno się wstaje.

 

Myślę jednak, że gdyby to była prawda,

Ktoś by napisał przynajmniej jeden sonet krymski.

Ale powietrze nie pachnie sonetem. I tylko

Dzieje się jeszcze jedna jesień,

Daremna choć konieczna.

Morze cichnie i stygnie.

 

Wrzesień, 2011 r



*   *   *

 

Bardzo mnie szanują w Chinach,

Choć niczym szczególnym na to nie zasłużyłem.

Ale przecież mam siedemdziesiąt pięć lat,

A to budzi szacunek i rodzaj grozy.

 

Mało mnie szanują w moim kraju,

Choć niekiedy udają, że jest inaczej.

Ale ten udawany szacunek wynika

Z mimowolnego spojrzenia w stronę cmentarza.

 

Październik, 2011 r




Podobna do Chopina

 

Pamięci Jadzi Ś.

 

Kobieta podobna do Chopina nie ma prawa

Być ładna. Czoło Chopina, nos, profil

I kaszel Chopina – wszystko w jednej kobiecie.

Nadmiar. Nieładne było siedem i osiemnaście lat,

Brzydkie dwadzieścia cztery i czterdzieści dwa,

I potem też. Trzeba było cos z tym robić.

A to niełatwe, gdy odrzuci się szminki, pudry i kremy.

 

To twarz i głowa. Ale jaki tułów,

Jakie biodra i nogi miał Fryderyk Chopin,

To, co ukryte za fortepianem? Takie jak

Aktorzy, którzy go odtwarzają?

Wszystko jest domysłem i popiersiem.

A kto odtworzy Jadzine fragmenty?

Nie ma posągów, ról, a pamięć się kruszy.

 

Dusza – to co innego. Ale jej nie widać.

Jest niedotykalna, co najwyżej mglista.

Coś, co jest między Jadzią, a Chopinem.

A co to jest słowo? Coś,  co bywa muzyką.

A muzyka? Coś, co nie rani powietrza

I ciszy. Może to jest słyszalne milczenie,

Oczekiwanie dźwięku. Dusza?

 

Chopin też byłby brzydki

Gdyby był kobietą.

A mimo to byłby Chopinem.

 

 Wrzesień, 2011 r



 

Z portretu

 

Szyja i to miejsce, w którym zaczynają się krąglić piersi

Wypływają z sukni w kolorze zachmurzonego morza.

Łagodne fale włosów okalających wysokie czoło.

Kolczyk pulsujący u prawego, widocznego ucha.

 

Ona. Patrzy z portretu. Na mnie. To jest wyraźne.

Wiem, minęły przynajmniej trzy wieki.

Patrzyła na dziesiątki mężczyzn, ale tak

Jakby czekała, żeby spojrzeć na mnie.

 

Usta jeszcze zamknięte. Ale rozchylą się

Żeby powiedzieć: nie patrzę już na tamtych,

Minionych. Patrzę na ciebie, bo ty także

Już dzielisz ich los.

 

To jasne. Jednak, mimo wszystko,

Wszyscy ocaleliśmy w jej spojrzeniu.

 

 Październik, 2011 r




 

*   *   *


Jak miała na imię Henia?

Chyba Henia, ale nie dam za to głowy.

Wtedy, późną jesienią, przy szkole numer 6

W  parku, gdzie zimą wylewano ślizgawkę

Z górką do karkołomnego zjazdu na łyżwach,

W najśmielszej pieszczocie dotknąłem jej ręki.

Naprawdę nie pamiętam, jak miała na imię Henia,

Ale moja dłoń do dziś pamięta ten dotyk.

 

Październik, 2011r


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

 

refleksje katyńske

 

Rękodzieło

 

 

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

 

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

 

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

 

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

 

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

 

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

 

- ten Katyń.

 

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

 

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

 

Nie tylko ona.

 

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

 

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

 

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

 

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It