Untitled Document

{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -
Stefan Jurkowski

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

Paradoksy

 

boże muzyko

ponad językiem

mowo absolutna

mitem nie skażona

 

wibracje powietrza

co w ruch wprawiają niebo

złoty deszcz –

kamień gdy tylko dotknie ziemi

 

niewidzialna obecna

milcząca pomiędzy dźwiękami

zmartwychwstajesz

choć nie cichniesz – w ciszy

 

boże muzyko

nie domagasz się wiary

ale wierzyć w ciebie

to przechodzić granice nieskończonych światów

 

 

 

Jesiennie

 

 

„Plejady to gwiazdozbiór już październikowy.”

                               Jarosław Iwaszkiewicz

 

 

                                           …miłośnik jesieni

która we mnie wzbiera i ciemne światło

rodzi bo jeszcze nie ciemność

– staję na wierzchołku października

jak na kładce a gwiazdy szumią nade mną

tyle tych październików a każdy jakby ostatni

jakby pierwszy i nigdy nie wiadomo

czy można liczyć na listopad i grudzień

bo przestrzeń woła tak samo i bawi się

ludzką niepewnością zaprasza mleczna droga

chwilowo daremnie – noc twierdzą wieczności

którą zdobędzie jutrzejszy dzień –

a potem

cóż potem

zapewne

plejady

 

 


Jeszcze jeden

 

zdarzył ci się dzień

w jego fałdach znowu zgubiłeś okulary

ukryłeś ból zapomniałeś nazwiska znajomego

 

ale się zdarzył jest i trochę będzie

niczym tęcza na ciemniejącym niebie

 

pełen zakamarków tajemnic niedomówień

rozjaśniasz go zapamiętanym słońcem

które unicestwia gniew

i ożywia w tobie zapomniane twarze

już rozpoznajesz każdą odrzucasz ból

znajdujesz okulary wyciągasz rękę

by uchwycić się czegokolwiek

jak bariery chroniącej przed ciemnością

 

 

 

 

*                    *                   *

 

 

bóg ojciec zgolił brodę

chrystus krzyż połamał

gołębicę zjedli apostołowie

matka była zwyczajna

żyła i umarła

ziemia wciąż rozciąga orbitę

ma dużo miejsca

odkąd z mitu na wolność uciekła

wszystko krąży

wierzy tylko w przestrzeń

umyka prostym zależnościom

 

jest

 

 

 

Symbole

 

 

dwie linie

dwa drewienka

odwrócony cień powietrza

jak człowiek w zwierciadle

niczym własna śmierć

ciemna ściana

nieskończoność

nic

 

przekraczanie siebie

wyprzedzanie

niewypowiedzianych myśli

szybszych od krzyku

 

skrzyżowanie równorzędne

krwi

płynącej z różnych kierunków

poprzez planetę dalej dalej

 

w ogniu

śniegu

dwie linie dwa

drewienka

 

*                              *                               *

 

 

pozwól uwierzyć że cię spotkam

choć w innym czasie przebywamy

ale jesteśmy gdzieś tam w tłumie

ulicznym autobusie metrze

i w odległościach niewymiernych

o których ciągle nic nie wiemy

 

pozwól uwierzyć że istniejesz

w świetle w ciemności poza wzrokiem

bo widzę ciebie – choć nie widzę –

taką jak niegdyś zobaczyłem

 

pozwól uwierzyć głupią wiarą

że znów powróci co nie było

i że istniałem w mgnieniu oka

aby tę chwilę w wieczność zmienić

 

 

 

Fotografia

 

spojrzałem na swoją fotografię –

był to ktoś obcy

czy on jeszcze żyje

czy go znałem

co on właściwie robi

 

przecież sobą jesteśmy tylko dla siebie

a ten daleki facet

obojętnie czy s.j. albo nn

jest za zewnątrz mnie

może to kolega którego nie lubię

znajomy z widzenia

albo wróg bo uwiódł moja kobietę

 

zupełnie zapomniałem

kim jest – pamięć to tylko ślady

świadczące na nasza niekorzyść

zdradzają najskrytsze wędrówki do miejsc

które chcielibyśmy zachować wyłącznie dla siebie

 

nie czuję nic wspólnego z tą fotografią

ona – bezczelnie

chce mnie

przeżyć

 

 


Blisko coraz dalej

 

 

znowu to samo

znowu

chcesz mi wykrzyczeć że jesteś

słyszę – pojawiasz się

niczym gwiazda na pobladłym niebie

którą widzę tylko ja

                          i rozmyślnie ślepnę

 

niebo coraz wyżej

obracam się w serpentynach powietrza

obijam o każdy dźwięk

boli mnie każde słowo

a bardziej – milczenie

 

lepiej oddal się

coraz ciszej wołaj

– albo odważnie

daj znać że cię nie ma

 

 

  

*                         *                         *

 

 

pewnie już nie żyję

poszerzają się widnokręgi

lęku wyobraźni szklanki piwa

siedzę piję i czekam choć nie ma na kogo

nie przyjdziesz w porę

nie wskrzesisz ani jednej komórki

choć może się zbliżasz

                                   a ja tego nie wiem

pewnie już nie żyję

na twoją nieobecność

 

 

 

Przez telefon

 

 

po co się spotykać – powiada ona –

telefon przy uchu bryłą lodu

a ucho czeka na cieplejszy promień

 

po co – jej głos na moment łagodnieje –

telefon się rozgrzewa

krążę po mglistych widnokręgach

w znowu stygnącej zamieci

niczym w kosmicznym pyle

słów

które spadają w głąb nieskończoności

 

nie znaczą nic

dzień się przechyla jakby miał upaść

pogrzebać pod sobą świat

słowa –

po co się spotykać

i nas

niedopowiedzianych do końca

uboższych o jedno spojrzenie

o jedno ocalenie




Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

 

refleksje katyńske

 

Rękodzieło

 

 

Wiesz, Ewo, mówi mi starszy pan,

z którym współżyję, to jednak największe

europejskie rękodzieło

w całym tym pięknym wieku.

 

Pomyśl, niemal bez technicznych

udogodnień lub pomocy przyrody. Nic

poza kawałkiem drutu na przegubach

i niewielkim metalowym przyrządem,

 

niemal sam na sam, jak człowiek z człowiekiem. A taki efekt.

 

Żadnych tam bomb, cekaemów, czołgów,

komór gazowych, uszczelnionych samochodów,

głodu i mrozu, rozwścieczonego tłumu.

 

I ponad dwadzieścia dwa tysiące

osobiście, ręcznie wykonanych egzemplarzy,

pojedyńczo, jeden za drugim ...;

prawdziwa sztuka śmierci.

 

To jednak chyba największe,

w tym stuleciu, na europejskim kontynencie

rękodzieło

 

- ten Katyń.

 

Tak mówi, a potem patrzy w ścianę.

 

Ech - odpowiada mu zeń jego nieludzki cień

z czarnym wywalonym językiem - minęło

kilkadziesiąt lat a ta kaźń wciąż trwa.

 

Nie tylko ona.

 

A ubój Ormian ? A ludożerczy głód

na Ukrainie? A łagry, i ich śniegi ? A miasta i wsie ,

i ich ruiny ? A rzezie na Wołyniu ?

A getta, obozy, krematoria dymiące włosami ?

I inne korony cierniowe / A..., A...?!

 

Ech, że też śmierć musi nas tak żreć ,

abyśmy stali się podobni bogom.

 

Czy umarli kiedyś nas pogodzą ?

 

2009. pierwsza wersja 2001,

Pin It