ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Tomasz Snarski, Kazimierz Sopuch, Maryla Stelmach,
Agnieszka Syska, Kazimiera Szczykutowicz

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

Tomasz Snarski

 

 

Okno przezpatrzenia

 

Spoglądam przez okno i widzę świat:

Prawdy nie są podstawami

Bóg nie jest zasadą

Ludzie niby bryłki ziemi się kruszą

I chowają się w twierdzach

Po ulicach wiatr lęku

Głębią piwnice

Gdzie rozpacz wkłuwa się w żyły.

 

I mam dwie myśli, zupełnie inne:

Gdy umyję to okno, to zobaczę wyraźnie.

I to będzie prawa strona

Jasności geometrii,

Przejrzystych kodeksów

I wiernych przysiąg.

Gdzie nie ma błędu i nie wolno się mylić

Pod karą więzienia.

 

A myśl druga podjudza:

Zamaluj na czarno, uszczelnij szmatami,

Bądź w sobie i sobą.

I staniesz się wędrowcem ciemnych labiryntów,

Odgadniesz znaki,

Stworzysz nowe systemy,

Wygubisz niewiernych.

 

Nie chcę takich światów.

Muszę stłuc to okno,

Lecz się boję.

To będzie bolało.

 

Odwracam się plecami,

Ukrywam twarz w dłoniach.

Ale ono tam nadal jest

I pokazuje

Ciebie wątpiącego, ciebie zmierzonego,

Ciebie w tobie.

I tak trwasz,

Nie mogąc podjąć decyzji

Ani zrozumieć.

Myślisz, że coś odkryłeś.

 

Świat pewnie nadal jest

I okna też są.

 

 

Zasady procesowe w Jeruzalem

 

Sędzia patrzy z góry, spod przymkniętych powiek,

Nie obchodzą go konflikty podbitej ludności

Ani jakieś Pismo.

Ceni zasady procesowe,

Prawo – jego mądrość i wieczność.

A cóż ten arogancki obdartus poniżej jego tronu

I jego sprawa.

Sędzia może wszystko. Jest bogiem. Panem życia i śmierci.

Ale nie chce się mieszać. Zaraz więc da znak zmarszczoną brwią

I przyniosą mu misę z wodą.

To tylko chwila

Jak życie tego, który nie spuszcza z niego wzroku.

Sędzia więc umywa ręce.

A tamten jest skazany.

Sędzia nie wie jeszcze, że oto stał się nieśmiertelny.

Ofiarowano mu życie wieczne

I przebaczenie. Lejcie mu wodę na dłonie.

 

Czy tak być musiało?

A gdyby

Wątpliwości rozstrzygać na korzyść oskarżonego,

Postępowanie sądowe co najmniej dwuinstancyjne,

Kary stosuje się z uwzględnieniem zasad humanitaryzmu,

A w szczególności z poszanowaniem godności człowieka.

 

I oto sędzia wyciera ręce: Nie widzę winy w tym człowieku.

I mówi Jezus do sędziego: Nie zostaniesz rozgrzeszony.

 

 

Ja to wszyscy

 

Jestem stąd i stamtąd.

Zatoka łagodnym łukiem obejmuje moje życie.

Statki płyną w powietrzu

ze stoczni, którą zaorał pług czasu.

 

Przyniosłem ze sobą szum dalekich puszcz,

które rosną wciąż gęstsze w księgach do historii,

tam potrzaskane nagrobki i obcy alfabet.

 

Dostałem też w spadku twardą mowę,

której nie chce mój język

i ucho rozpoznaje wroga,

ale to ja.

 

Tu, gdzie jestem teraz, są piaski,

kości, muszle, bursztyn i suszone ryby.

I powtarzam: teraz ja.

I jeszcze są tamci,

wciąż krzyczą:

Jesteś obwiniony, krzywdzisz, odpowiesz za to.

I czują się dobrze, jak u siebie.

 

Tu na skrzyżowaniu, gdzie tyle ludzi idzie przeze mnie,

jest mój dom.

Nie wzniósł go mój ojciec,

starsi z rodu to tylko dokumenty z pieczątką i krzyżykiem.

 

Wciąż idą, krzyżują się tropy,

pochylam się, by odczytać:

jest tylko ślad moich stóp

na ziemi.

 

Jest nasza, twoja, ich, niczyja;

wiatr rozsypuje wgniecenia,

woda zmywa obojętnie

i cierpliwie.

 

 

Odejście Boga

 

Odszedł.

 

Zabrał ze sobą

Tylko siebie,

Garstkę aniołów i paru świętych.

Potoczyły się za nim kamienie kościołów,

Wyruszyły procesje kapłanów i pielgrzymki mnichów.

 

Pozostał świat i ty sam wobec niego:

Cierpiące oczy,

Bolesne usta,

Krzyki w ciemności.

 

Ciała spętane,

Zakrwawione dusze

Szarpią się w przeciwne strony jak dwugłowe dziecko.

 

Jesteś bezbronny.

 

Nad cuchnącą mogiłą tego czasu

Zbrodniarze triumfują.

 

Więc odszedł.

I choć nie zabrał twojej duszy

Czujesz, że jej nie masz.

 

To cierpienie nie jest na twoją miarę

Ani też na moją.

 

Wróć. Weź za wszystko odpowiedzialność

Tylko Ty możesz to udźwignąć.

 

 

W sprawie Ikara

 

Jesteś silnym człowiekiem,

sklejasz tysiące białych piór,

śledząc trasy ptaków po niebie.

 

Oni poszli już spać,

śniąc o jędrnych pośladkach

i kształtnych piersiach.

 

Musisz jeszcze pokonać przestrzeń,

mrużąc oczy, by zmierzyć

odległość do Słońca.

 

Budzą się, przecierają oczy:

białe pióra rozsypane na skałach brzegu.

Słońce oślepia,

ale rozumieją,

że trwasz.

Nie próbują osiągnąć

nieśmiertelności,

im wystarczy przykład

i białe pióra na skałach.

 

A ty wciąż się wzbijasz,

stale i od nowa

z trzepotem stóp ponad falami,

uparcie, udoskonalając i mierząc.

 

Oni wciąż pochyleni

i ciężko śpią po tłustym jedzeniu.

Ikarze,

zrezygnuj z latania.

 

Pozostań tylko człowiekiem,

może trochę silniejszym

od innych.

Może

na jakiś czas.

 

 

 

Kazimierz Sopuch

 

 

Abelard i Heloiza

 

x x x

Jak ją omamiłeś

swoim widokiem

jakie dawałeś nauki

że tak wlepiliście się w siebie

nieuleczalni

niewidoczni

zamknięci w obłoku

 

x x x

Noc i dzień

dzień i noc

odurzeni sobą

obcy dla świata

między piekłem i niebem

Zawsze gotowi na siebie

w uniesieniu

od błysku światła

do błysku

W tchnieniu tak zwiewnym

jak pajęczyna na wietrze

pojawił się Astrolabiusz

dany od gwiazd

 

Ile trzeba było pychy

i ile mocy

by tak nazwać

czarci pomiot

 

 

x x x

Stali krzycząc

Apage satanas

apage

apage

 

 

x x x 

Wynaturzyli cię z człowieczeństwa

zabrali Heloizę

W norach klasztornych siedzicie

na czarno ubrani

wy – miłośnicy wieczni

z żarem pod habitami

zdolni już tylko

do ronienia łez

którymi czas

żłobi wam twarze

 

 

x x x

Cisza się do celi wciska

coraz cichsza

i cichsza

i cichsza...

 

23.03.12–8.04.12

 

 

Powołanie

 

Pójdź za mną

 

Powiedziałem –

pójdź za mną

A ty stałaś

wpatrzona w swoją praktyczność

Myślałem –

ruszę cię

w kierunku jasności 

rozjarzę światła 

których nie dostrzegasz

A ty stoisz

bo praktyczność cię nęci

Ta zwiewność 

która unosiła Chopina

nie została ci dana

Myślałem –

obudzę ją w tobie

pokażę najwyższe

wcielenie miłości

Stałaś odwrócona

twarzą do ziemi

Zrozumiałem –

moja siła 

ciebie nie zbudzi

 

x x x

Stoisz nieruchoma

jak most

Zrzuć z siebie ten ciężar

podnieś ramiona

i wzleć

Co cię tu trzyma?

Konwenans

poczucie grzechu?

Nie bój się –

twój Kościół cię nie wyklnie

bo już jest wyklęty

Jego aniołowie 

latają nisko

 

Myślałem –

chcesz być przy mnie

wśród burz i zawiei

niewidoczna pajęczyna

piękna jak moja starość

uwięziona w obłoku

 

x x x 

Boisz się obnażyć piękno?

Przeraża cię klątwa

stojących na dole?

Uwierz –

będziemy jak zorza

wtopieni w czerwień

coraz mniej widoczni

przeistoczeni w wieczność

A ci na dole

nie zaistnieją -

spopieleni

zatruci dymem

niewidzialni

 

x x x

Stoisz nieruchoma

nie odpowiadasz

Co mam z tobą począć

bez możliwości poczęcia?

Skłonić głowę i odejść

jak czyniło wielu?

A może rozgrzeszyć

jak czyni twój Kościół

– Idź w pokoju

i nie grzesz więcej –

Przecież wiem –

boisz się grzechu

 

A może chcesz 

zasnąć przy mnie na mogile?

 

Odwracasz się

Odchodzisz

 

Nie mogę cię zatrzymać

― ― ―

― ― ―

 

Zapraszam cię

w mgłę oddalenia ubraną

na pogrzeb nadziei

Nie lękaj się 

Proch

uwięziony w urnie 

nie zerwie z ciebie

mgły oddalenia

 

Zawada, 7.10.15 r.

 

 

Perełki różańca

 

Żonie

 

x x x

Przesuwam twoje dłonie

w moich 

perełki różańca 

które zakwitły

jak stary pień wierzby

późną jesienią

Czy uda się nam

uniknąć tajemnicy bolesnej

i tak przejść

z perłami w dłoniach

na Górę Przemienienia?

 

Pozbawieni wiedzy

musimy uwierzyć

 

x x x

Wiele trzeba zapomnieć

zanim nie zapomnimy

siebie

Powoli głuchnę

na dźwięki tego świata

Czy gdy już tam dojdę 

odzyskam słuch?

Jest mi potrzebna wielkość

taka ludzka ziemska wielkość

przed odejściem

bo wtedy i tam

będę wielki

Mówię o tym normalnie –

nie wyśmiewajcie mnie

gdy już jesteście wielcy

 

x x x

Idę

a nie spieszy mi się

Idę pod górę

a góry nie ma

I świata już nie ma

tylko ja

wstępujący w niebo

o którym wiem tyle

ile robak

o piorunach

 

x x x

Odmawiamy 

nasz pacierz

składamy dłonie

łączymy je

rozłączamy

i płynie nasza melodia

doliną pragnień

która pod nami

innych zaspokaja

 

x x x

Jak mam ponownie

wyczarować nasz świat

 

... ptak nad wodą

Ptak

i jego cień

 

x x x

Czy to ty?

– To ja

i nasza droga

– Moja jest piękniejsza – 

Ale tu wrócisz?

– Wrócę jak wraca mgła

nad dolinę –

I nie będzie ci żal

wracać z daleka?

– Nie

wszystko zapomnimy

Zostanie mgła

 

x x x

Najwięksi bogowie świata

mówią

że nie ma wieczności 

na ziemi

Gdy pytam 

gdzie jest

przemawiają przez proroków

i wizjonerów –

ludzi z tego świata

 

Moja dobra –

już się zrywa

nieziemski wiatr

Wyniesieni przez siebie

idziemy

pełni nadziei

 

x x x

Różaniec

rozsypuje się

perełki

nie odnajdują palców

Otuliła nas cisza

i niepewność

 

Płomień

wszystko pochłonie

 

x x x

Nie ocaliłem

mojego Rzymu

i już go nie odbuduję

 

Na jego zgliszczach 

zaśpiewam ostatnią pieśń

wołając przez wieki –

Galilaee vicisti!

 

x x x

Wszystkie tajemnice różańca

są w nas

 

To jakby cień

po rosie szedł

i grał na fletni

 

20.01–13.10.07

 

 

Żonie – na wieczność

 

Taka się ciemność przy nas snuje –

gniecie mi serce 

Niedługo się w nią cały wtulę 

choć wiem że nie chcę

 

Nie patrz tak na mnie – przecież idę 

do ciebie i od ciebie razem

W tę naszą ciemność się owinę

na wieczność z pojaśniałą twarzą

 

To się tak szybko tu zakończy

że nawet nie wyszepczę – przebacz! 

Razem ruszymy ku tym słońcom

aby odnaleźć nasze niebo

 

 

Maryla Stelmach

 

 

zanim połknę światło

 

kruszą mi się dłonie zbieram suche włosy

mówisz śmierć się spóźnia zanieś mnie pod drzewo

będę piła soki z życiodajnych źródeł

aż mi spuchną oczy popękają piersi

 

powiedz coś kochanie odezwij się do mnie

na bezlistnym drzewie namaluję usta

mieszkam pod korzeniem nasłuchując kroków

wyjdziesz warunkowo za wycięcie bluszczu

 

słowa gasną w ciżbie choć nie umiem milczeć

boję się omszenia muszę pić pod krzewem

połknę promień słońca będzie cieplej w słoju

już nie w naszym domu żyję w cudzym ciele

 

 

w norweskiej Hytte

 

w lesie podczas suszy w norweskiej hytte

stawiamy na stole świece krótkiego dnia

tutaj o każdej porze roku w Finse

wiatry naśladują głosy opętanych jezior

wysokie szczyty domów olbrzyma

uderzają w niebo ponad linię drzew

w lesie podczas suszy w norweskich hytte

modlę się o ciebie w niebieskiej krainie

 

tu świerki srebrne są chore zimą wkładają szaty

lata długie kochliwe róże kochają i trawy

wiosny krzykliwe zielone szykują przyloty ptaków

a ptaki krwistą czerwienią spadają na dachy lasów

jesienne złe wichry przychodzą

i oczy zieleni są smutne. drogi wymarłe puste

do krzyży modlitwy przykute

 

 

w Stavanger

 

małe uliczki prowadzą nas do portu. nad

starym miastem plejada hiad czesze srebrne

warkocze. odbija w ciemnych szybach minioną epokę

świta. to miejsce zmienia ludzi. ktoś zatrzymuje

kadr. po wodzie krążą zagubione światełka. kiedy się

dotykają woda ma przyśpieszony oddech. z daleka

słychać dzwon. mały nur próbuje wzbić się ponad

gniazdo. dotykasz mojego brzucha

– to cały nasz świat

 

 

synowi

 

lekko pochylasz głowę do bieli czułych dłoni.

jesteś moją miłością. i jeśli nawet upadną lądy

zawsze będziesz wielką nadzieją.

 

przybyłeś spowity w listopad. ziarnkiem

pieprzu czekałeś w kołysce cierpliwej. wzięłam

chłopca niewidomego by śpiewem kołysać na ziemi

obiecanej a kiedy zaszeleści nad ranem nocą

zmęczoną na łzę jego opadać szczęśliwa.

 

a gdybym była ślepcem we wszystkich

oczach ludzi zobaczę Ciebie. bo jesteś moją

miłością we wszystkich spojrzeniach świata.

 

 

wiersz bez połogu

 

dzień w środku lata melancholijny. mokry.

noce ciężkie od czekania na poród.

w kawiarence za rogiem księżyc pokryty

platynowym zmierzchem. mało brakowało

a wiersz urodziłby się bezchmurny. umierał

nie poznając siły białych liter. dokąd odchodzą

wersy spalając się na popiół? zamknięte

w ciemnej książce zajmują mało miejsca.

 

w ósmym miesiącu ciąży nie donosiła wiersza.

 

 

Agnieszka Syska

 

 

stacja międzyrzec

I

wynoszą jego ciało

kock jak gwiazda

święty

wnoszę je z powrotem

idziemy po menachema mendla

z powrotem

gwiazda

nad rabinówką

józef jak chleb z judei idzie

piec lśni w gwieździe

słońca

judei kocka judei

słońca

słońca nam jak powietrza

ciało

jak oddech w słońcu

pranie na powietrzu

jak powietrza

ciało

stare skrzypi

pod podłogą

wynoszą je na powietrze

jest już słońcem

skrzypi

jak nie wpuścić słońca

do serca

trzeba go naszym ciałom

słońca

kock judea kock

idą biegną idą jak dzieci

naprzeciw

przez midrasze

wietrzą się w słońcu

jak w objawieniu

stoję z twoim ciałem

w drzwiach wynoszą je a ja je wnoszę

z twoim ciałem

mendel

nade mną

objawienie słońce

nade mną

czytam twoje drzewo

rygluję piec

w piecu róża

drzewo

płatki pył płatki w słońcu złoty święty złoty pył

drzewo

pył judei

jabłoń w sercu pod stopami

 

judei

 

z tomiku „Stacja Międzyrzec”

 

 

głos kamienia

I

było stało się słowo

ostrzejsze niż miecz obosieczny

 

zadęło na ziemi na niebie w jedną małą trąbę

 

głos

 

przebiegło jedną małą gwiazdę jedną małą drogę

 

zaczęło królowanie

 

pośród słońc króla najmniejszego pośród księżyców

 

było stało się największe

 

pośród najmniejszego

 

największe

 

całe

niech mu słońce

 

zatańczy w słonecznym układzie korowodzie układzie

 

małe

niech mu księżyc

zatańczy

 

było

 

drewno

 

jest

 

drzewo

 

słowo gwieździe

 

niech im się stanie

 

stały się ziemia która nie była bezładna

 

układne kłosy pod małym ciałem

 

niebo które nie było bezładne

 

słowo gwieździe

król to twój dom betlejemitko niebo i ziemio

 

król gwieździe 

 

z tomiku „Głos kamienia”

 

 

II

kamień zawołał pustynie piaszczyste morskie i kamieniste

wzbudził w sobie głos zamknięty przez wieki

 

głos który poprzez długie nawoływanie miał siłę kropli miał siłę ziarna

 

miał potęgę wszystkich pustyń i mórz

zebranych u jednego źródła

u jednego nawoływania

 

był to głos lat dziecięcych

 

głos wezbrany z jednej kropli usypany

z jednego ziarna

był to głos kamienia który karmił się głosem większym od niego

 

głos wzbudzony zanim stali się mężczyzną i kobietą

 

wzbudził w sobie dzieciństwo liczne jak

piaski jak pustynie jak krople jak morza

 

wzbudził w sobie siłę i potęgę mężczyzny i kobiety

wzbudził w sobie pragnienie potomstwa

wzbudził w sobie pragnienie wieczności

 

zawołał pustynie piaszczyste morskie i kamieniste

 

zawołał świadków rzeczy przeszłych teraźniejszych i przyszłych

zawołał proroków wędrownych nauczycieli wiernych

 

zawołał sarę i abrahama

kazał im usiąść u źródła

pustyń piaszczystych morskich i kamienistych

 

u jednego nawoływania

 

ziem żyznych pastwisk zielonych i pól uprawnych

 

u jednej studni z której piją wieki

mórz czerwonych mórz martwych mórz galilejskich

 

kazał im otworzyć serca dusze głos

z piersi wydobyć zamknięte dziecię

mężczyznę i kobietę siłę i potęgę spadania i drążenia głosu większego

 

z tomiku „Głos kamienia”

 

III

wiersze bez rymów szczęśliwych

 

 

brakuje im stu lat

 

nikogo im nie brakuje

 

rymów

 

rymują się ze sobą

 

mali najmniejsi goli jak dzieci biali i czarni jak kobieta i mężczyzna

 

przetańczyli stulecie

 

na młodość stali się wierszami

prości jak wiersze rymowane szczęśliwe

 

stali się sarą i abrahamem

 

mają potomstwo liczne jak piasek morski

 

stali się czarni i biali

 

jak wiersze

 

z tomiku „Głos kamienia”

 

 

stacja międzyrzec

II

stoisz na piętach

palach

baal szem tow unosi się jak nad wodami

potopu

krzny

na krznie

na palcach

dom

na palcach

mgły zawiane mgły

unoszą się

nad łąkami wylewa rzeka potop

między rzekami

potop

kruki nad wodami

szukają linii

lasu

las pogorzał

las rąk unosi się nad wodami

 

pogorzał

maggidzie

zejdź niżej

pożądamy twoich stóp

ziemi

toniemy płoniemy toniemy

ziemi

pod lasem

międzyrzec

kruków jak dusz

kruki przyleciały dusze odleciały kruki przyleciały

międzyrzec

ustami

dotykamy linii wody

każ do gęsi

jak do cytr i harf

budźcie ich jak jutrzenkę

do gęsi

ustami

przebłagasz potop

w międzyrzecu podlaskim

jak ogień

potop

a dom stoi

jak stała matka baal szem towa

senny żywy senny próg

stoi

 

drzwi

machają skrzydłami

jakby tow wlatywał i wylatywał

 

skrzydłami

 

z tomiku „Stacja Międzyrzec”

 

 

 

Kazimiera Szczykutowicz

 

 

Zaplątana myśl

 

nad ranem zimna cisza

wysnuwa z ciepła ścian dzień

mam znów na własność

rzucam na głębokie wody

 

wtulam chwilę pasującą do nas

kiedy cichły słowa

świat kłaniał się w pas

 

ze światłem mlecznej rzeki

splątany wiatr

skradł miejsca szczęśliwe

 

choć w górze gwiazdkowe gwoździe

dzierżą to samo niebo

od lat

 

oddycha uparty realizm

 

 

Krakelura

 

cięcia czasu

wymierza dłuto cierpliwe

 

pękają twarze

 

 

Pod nieobecność

 

zbieram dla ciebie słowa

jak czerwone koraliki kaliny

 

tęsknota chłód wiatru

odmieniają się przez dni

zegar i serce wystukują

 

czas pokaże czy zabłyśnie podziw

w obojętnych oknach na wieżyczkę

wyostrzoną krzyżowym kluczem

 

 

tkwi w błękicie

 

 

Wiszący most

 

senną wizją

zawsze zdążę się spóźnić przetnę falą

pustkę zamienię na słowa

 

zaczynam iść

w stronę zapalonego okna

zgarbiona pewność

pod okiem betonowych klatek

 

krzyżyki bzu

w fiolecie plącze wiatr

 

 

wesprzyj mnie mamo

spojrzę odważniej

intensywny blask oślepia

 

tyle przestrzeni nas dzieli

czy dostrzegasz mnie

z tak daleka

 

 

We mgle

 

płomień nadziei

w tej ostatniej zapałce

powstałej z drzewa

 

opierało się burzom

dzierżąc koronę

szeptało ptakom do gniazd

 

wracały by wzniecić iskrę

 

mgła osnuła żalem chłodu

skroplone drobinki

podobne do łez

 

wypadło lustro

w drobny mak obraz

rozsypał się poza dom

 

ostre szkiełka zbieram

 

ranią dłonie

obolałe od okruchów blizny

otwierają się

krwawi przeszłość


 

 

Tomasz Snarski

Urodzony 28 września 1985 roku w Gdańsku. Adwokat, nauczyciel akademicki, prawnik piszący wiersze. Jego debiutancki tomik poezji pt. „Przezpatrzenia” ukazał się w Gdańsku w 2012 roku, nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego. W 2014 roku ukazało się drugie wydanie książki. W 2016 roku w Wilnie, nakładem Stowarzyszenia Użyteczności Publicznej na Rzecz Rozwoju Kultury „Znad Wilii”, opublikował tomik pt. „Werblista”. Dotychczas publikował swoje wiersze także m.in. na łamach m.in. „Akantu”, „Blizy”, „Znad Wilii”. Dwukrotnie uczestniczył w Międzynarodowym Festiwalu Poetyckim „Maj nad Wilią”. Wiersze Tomasza Snarskiego zostały przetłumaczone na język japoński, a także na język litewski. Na Litwie zostały opublikowane w 2015 roku w prestiżowym czasopiśmie literackim „Naujoji Romuva” wydawanym przez Związek Pisarzy Litwy. W 2015 roku Tomasz Snarski zwyciężył w konkursie „Polacy Wielu Kultur”, zorganizowanym przez Kwartalnik „Znad Wilii” za tekst pt. „Wilno moich marzeń”. Z kolei w 2016 roku w Warszawie otrzymał Nagrodę im. Witolda Hulewicza między innymi za twórczość poetycką. Od 2016 roku jest stałym współpracownikiem kwartalnika „Znad Wilii”. Tomasz Snarski jest także autorem ponad stu artykułów o charakterze naukowym i popularnonaukowym, współpracuje również z prasą akademicką oraz lokalną. W latach 2010–2012 był twórcą oraz redaktorem naczelnym Gazety Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego.

 

 

Kazimierz Sopuch

Urodzony 1 kwietnia 1933 r. we wsi Jawory-Wielkopole, powiat Ostrołęka. Ukończył studia wyższe (filozofia i socjologia) na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1958 r. Emerytowany profesor Uniwersytetu Gdańskiego, socjolog kultury. Debiutował w „Słowie na Warmii i Mazurach” w 1956 r. Pierwszy tom wierszy pt. „My dwoje” wydał w wydawnictwie „Pojezierze” w 1960 r., następne tomy (12) w różnych wydawnictwach oraz antologię poetów Leningradu pt. „Prawdy proste i wieczne”. Laureat wielu nagród, w tym „Czerwonej Róży” (1968 r.) i I Nagrody i Medalu Zygmunta Glogera (2000 r.). Wydał też dwa tomy „Dziennik pokładowy. Podróże” i „Dziennik pokładowy. Lata siedemdziesiąte”. Tom trzeci „Dziennik pokładowy. Lata osiemdziesiąte” ukaże się nakładem wyd. Marpress w 2017 r.

 

 

Maryla Stelmach

Urodzona w 1949 roku, poetka, socjolog. Mieszka we Wrocławiu. Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Przez wiele lat współpracowała z lokalnymi redakcjami radia i telewizji, prezentując twórczość w popularnych audycjach literackich, jak również w antologiach poetyckich. Pisze także bajki wierszowane dla dzieci, traktując je jako wielką pasję i przygodę.

 

 

Agnieszka Syska

Urodzona w Warszawie 21 stycznia 1977 roku. Pisze wiersze i poematy. Autorka przekładów i parafraz utworów poetyckich korzeni jej Matki i Ojca (z języka hebrajskiego, języków byłej Jugosławii). Magisterium w Katedrze Teologii Misji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (promotor ks. prof. dr hab. Władysław Kowalak): „Treści religijne opowieści chasydów wg. M. Bubera i D. Liftschitza”. Praca na seminarium doktoranckim (promotor ks. prof. dr hab. Władysław Kowalak): „Listy Edyty Stein”. Wydała czternaście książek poetyckich: I „krzyk przedświatów”, II „jego usta mają rogi”, III „śpiewała młoda prawda”, IV „stworzony z prawiersza”, V „wszechzdumiewało go”, VI „na ogród gorejący”, VII Slobodan Vukanović „Świetlisty owoc”, VIII Muriel Kordowicz „Kąpiel w wieczornej rzece”, IX „poznamy się po stopach”, X „abecadło strzegło”, XI Momčilo Nastasijević „matkom w krąg”, XII „drzewu różę kradnę” (księga I), XIII „drzewu różę kradnę” (księga II).

 

 

Kazimiera Szczykutowicz

Urodzona w 1948 r. w Sędku woj. świętokrzyskie. Mieszkanka Kielc, nauczycielka matematyki (obecnie na emeryturze). Debiut w 2007 roku. Pisze liryki, haiku, fraszki, poematy oraz poezję dziecięcą. Publikowała w kraju i zagranicą, między innymi w Chicago (USA). Jej poezja jest przetłumaczona na j. serbski, angielski, a książeczki dla dzieci przełożono na brajla – znajdują się w Bibliotece Ośrodka dla Dzieci Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Do tej pory wydała 12 pozycji książkowych, w tym 4 dla dzieci.

 

Pin It