Krzysztof Bencal - wiersze

 

Albrecht Dürer
Albrecht Dürer

 

 

 

Krzysztof B. na grobie menela

 

W marcu skończyłem 35 lat. Nie zaliczam się

    już do poetów młodych. Tamten fantastyczny finisz

        Chrystusa niewiele znaczy dla sztubaka, który wie,

            iż to właśnie gołąb – zanim spadł na ziemię nieżywy –

 

wniebowstąpieniu tempo nadawał. Och, matko, ojcze,

    nie odchodźcie jeszcze! Chociaż obce jest mi wskrzeszanie

        czy zabijanie, chcę z wami modlić się, aż mistrz Jacek

            będzie trzymał czapkę w taki sposób na Blake'a grobie,

 

jak gdyby własne serduszko miało mu do niej wskoczyć...

    W dniu końca świata może nawet deszcz bez przerwy padać.

        Ważne, żeby teraz umieć rozpoznawać łzy Pana.

 

            Tylko dla obcokrajowców i kobiet bywam dobry.

To dobrze, że ten, kto wie, myśli, iż sam się nie dowiem.

To dobrze, że wszystko się zmienia, lecz mogłoby – wolniej.

 

 

 

Żywią Y Bronią

 

Dzisiaj pokochałem babcię Henrykę.

Dzisiaj, kilkanaście lat po jej

przedwczesnej śmierci, pokochałem ją!

 

 

Będąc maluchem, nie skończyłem w bębnie pralki

    ani w piekarniku. Nie razili mnie starzy

        prądem. Nie wiem też zgoła, czym jest dotyk zły.

            Pan Bóg, obchodząc co sekundę wieczność i „nic”,

 

odbija dwa punkty kontrolne: moje oczy.

    I, zaprawdę, jeszcze nie zdarzyło się tutaj,

        żeby ktoś cokolwiek ukradł. Na początku lat

            osiemdziesiątych, kiedym znowu się urodził,

 

odeszło wielu poetów. Wcale nie jestem

    inkarnacją jednego z nich lub naraz kilku.

        Anioł, który od zawsze egzystuje we mnie,

 

            mawia tak: „Uspokój się, Jezu Chryste, Żydku,

i wytłumacz nam, o co ci chodzi w tym wszystkim,

aby i drugi łotr nie widział w tobie winy”.

 

 

 

 

Żywią Y Bronią 2

 

Sprzedawałem butelki po piwie, winie, wódce,

aż zebrałem forsę na komiks o Batmanie,

który został wydany w Polsce po raz pierwszy.

 

 

Ten zaś, który też egzystuje we mnie – szatan

    mówi do Marii, iż gdyby była mężczyzną,

        z liścia w mordę raz w raz by odeń dostawała,

            tak jak przed laty dostawał wieszcz Bencal Krzysztof,

 

albowiem nie chciał kupować wina młodemu

    miejskiemu żulowi, znanemu z polewania

        sobie rąk woskiem w Święto Zmarłych na cmentarzach...

            Szybuje stadko ptaków o znanym imieniu.

 

Niezbyt wysoko. Najwyraźniej na południe.

    Określam to na podstawie miejsca zachodu

        słońca. A gdzieś indziej poeta cieszy się znowu,

 

            że dzisiaj nie jest menelem i opisuje

to, to, czemu tak daleko jeszcze do szczęścia

najmniejszego. „Idzie Pan...”. Obym w nim zamieszkał.

 

 

 

 

Henryk Pokrzywa

 

Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.

 

M. Świetlicki

 

 

Pan Henryk Pokrzywa, Marcinie, nie czuł wcale odrazy

    do bluźnierczych landszaftów. Nie wiem, dlaczego pewnego dnia

        przestał już sobie parzyć kawę, herbatę oraz zioła.

            W skoki królika zmieniły się jego zaległe raty!

 

Pierdolnę coś po harcersku. Wówczas moja dalsza mowa

    zostanie zagłuszona przez pijaną, żołnierską wiarę.

        Czy sądzisz, że licząc potrawy na wigilijnych stołach,

            winniśmy pomijać opłatek i pamiętać o sianie?

 

Za popielniczkę służy mi czasem puszka po konserwie

    lub nakrętka słoika. Mój oddech zaś jest częścią wiatru

         wiejącego w niebie, gdzie na młynie czy wiejskim wiatraku

 

             ukrzyżowano Jezusa. Będzie tak wirował wiecznie,

rzygając. Nie powołuj się na mnie, albowiem tylko ja,

który nic nie pamiętam, mógłbym ogródek uratować.

 

 

 

 

Jeszcze wielu kapłanów dostanie ode mnie po mordzie

 

Ów brak podniecenia, mężczyzno, w obecności Maryi

    oznacza właśnie niewiarę w siebie. Ona wówczas tobie

        daje wciąż odczuć, iż jesteś już zgoła nieatrakcyjny

            i sprawia, że znika wszystko, co ramieniem krzyża dotkniesz.

 

Kiedy cień to podpis nocy niepodrabiany przez gwiazdy,

    ponownie trzymam, nauczyciel, linijkę horyzontu

        i czekam, aż będę mógł wreszcie dać po promieniach słońcu.

            (Fiut kogoś, kto czaruje ołówki, jest odczarowany).

 

To, na co przymknąłem oczy, spadnie na innego stróża.

    Obszedłszy znowu obiekt, w księdze zapisałem: „Brak uwag”,

        jak gdyby Ziemia ta była letnim domkiem Pana Boga,

 

            gdzie zarówno sen, jak i jawa przypominają koszmar.

Sutenerska oferta będzie ważna do końca świata

albo do wyczerpania gwoździ, których dziś nie posiadam.

 

 

 

 

Cieć 5

 

Pod tym otwieralnym dachem budki strażniczej

    szerszenie mają gniazdo, ale się nie boję.

        Na stoliku leżą śliwki. Z nudów je liczę.

            Mylę się, zaczynam więc od początku ciągle.

 

Robotnicy schodzą na przerwę. Gdy jeden z nich,

    patrząc na mnie, spluwa, cieszę się, że mam wreszcie

        światło. I czuję się jak sam Adam Mickiewicz,

            gdyż lampa, przy której blasku pisał wnet będę,

 

wygląda zabytkowo. Kto podziwia pracę

    innych, ten nie musi wysłuchiwać ich zwierzeń,

        by nauczyć się sztuki przytulania ognia.

 

            Jedno serce dla Maryi jest tym, czym dla mnie

wszystkie komary świata ludzką pijące krew.

A pojazd pika tylko wtedy, jeśli cofa.

 

 

 

 

Kryzysowy wieczór

 

Uczynili mnie zwierzęciem

 

Lakey The Kid & 2Pac

 

 

 

Łatwo uczynili mnie jebanym zwierzęciem.

    Nie muszę myśleć. Instynkt do życia wystarczy.

        Gołąb, któremu rzucam kawałki kiełbasy,

            raz dziobie je, raz robi gdzieś kupę bezczelnie.

 

Wieczór był kryzysowy, bo każde kolejne

    zdanie mogło znów dla mnie skończyć się obłędem.

        „Wypowiem o jedno słowo za dużo, Boże,

            by później, rankiem, iść miastem w bluzie włożonej

 

na lewą stronę”. Mój penis jest jak pies bądź kot,

    który z kontenera na śmieci wylazł nocą

        i wpatrywał się długo wprost w światło latarki

            trzymanej przez jednego z prawych ochroniarzy.

Wchodzę do swego mieszkania godzinkę wcześniej,

a tu dzicz, seks, zoo w tv, w telefonie, wszędzie.

 

 

 

 

 

Kryzysowy ranek

 

Byłem bliski poznania ostatecznej prawdy,

    ale wróciło światło. A wielka poetka,

        która ponoć przemawia na wrocławskich wiecach,

            schowała się przede mną gdzieś w swojej redakcji.

 

Komu bywa „kurewsko”, „zjebanie”, „chujowo”,

    gdy Krzysztof Przemysław wchodzi w szaloną Kasię?

        W pokoju, którego drzwi wychodzą na trasę

            Sodoma-Watykan, zemdlał czart jak klon kogoś,

 

kto usnąwszy, zaczął czuć w ustach posmak spermy.

    W mojej duszy zaś – przeżywającej wciąż orgazm,

        jaki jest tym głębszy, im mniej się wie – jęknął Pan.

 

            „Zależy ci na mnie? To dasz znak jako pierwszy!”.

Znowu słychać rytmiczne tykanie zegara.

I – kakofonię. Każda myśl w niej się zapada.

 

 

 

 

Uwaga! Strefa bezpieczna

albo

Spróbuj się nie zaśmiać

 

 

W świetle siwiejącego włosa ponownie spostrzegłem

    na twarzy Jezusa duże, czerwono-białe pryszcze.

        Wtedy ktoś chory stwierdził, że jeżeli je wycisnę,

            to odzyska wnet wzrok i władzę w nogach oraz w ręce.

 

Czyimś rechotem rozpocznie się moje umieranie,

    jednakże nikt podówczas nie da się słyszeć w modlitwie,

        okazałby w tym bowiem niezdarność owej ciężarnej,

            która łka lub śpi, gdy dziecko w jej brzuchu jest aktywne.

 

Tam, gdzie nie napisano: „Uwaga! Strefa bezpieczna”,

    miejsce, na które oczy wszystkich były skierowane,

        pozostawiłem brudne. (Słońce Ziemię obwąchuje).

 

            A tu wzajemna wiedza o sobie bywa tym większa,

im mężczyźnie na widok mężczyzny częściej fiut staje.

Wiem znacznie mniej, niż myślisz, widząc, jak przymierzam suknię.

 

 

 

 

Mój grób, położony – jak wszystkie – pośród ładnych kwiatów,

 

z widokiem na otwieranie się ócz żywego Pana,

splądruje ten, który będzie miał przede mną robaka.

 

 

Zanim mordercy zaczną przedstawiać się swym ofiarom,

    księgi, w których wciąż występuję, zostaną spalone,

        a szatan, usunąwszy mnie też z pamięci zbiorowej,

            zmieni regulamin, który tylko poeci łamią.

 

By dowiedzieć się czegoś o życiu z perspektyw różnych,

    należy pozwolić na to, aby ozdobą duszy

        był wisiorek z zębami sumienia. Dojrzałe panie

            (źle je uczyli rodzice, mnie nie uczyli wcale)

 

i panowie znów udają, że zgoła nie istnieję,

    ja zaś najmłodszej z par przypisuję świata stworzenie.

        Czy woń cipy może być nad wyraz odpychająca?

 

            Usta są umalowane. Suknia jest pachnąca, piękna.

Brakuje tutaj lupanaru, który by zapewniał

dostateczną ilość wiernych w okolicznych kościołach.

 

 

 

 

Wieczny orgazm

 

kto na kogo wlazł, ten tego jebał

 

 

Albo uprawiam seks z chorą psychicznie kobietą,

    która ciągle jeszcze zmyśla, skąd może mieć dzieci,

        albo onanizuję się, Krzyś, silniejszą ręką

            i mam pewność, iż i ty stąd za to nie wylecisz.

 

A jeżeli pogodzę się z odmową najbrzydszej

    z dam i usłyszę od niej: „Jestem adoptowana”,

        to nawet Magdzie, którą sobie wyobrażam

            wciąż przed snem, rozkołysze się warkocz jak fiut w zwisie.

 

Na owo miejsce, Maryjo, orgazmu wiecznego,

    zaniesiesz mnie, zerwawszy się do lotu wraz ze mną.

        Oboje grzeszmy pychą, bo kara nie nas spotka,

 

            lecz tych, co się jednają, gdy świętują gdzieś indziej.

Nie zadawaj mi już pytania, czy nienawidzę

Józka. Ów Józek mówi, że nie wie, co filmować.

 

 

 

Cieć 4

 

Doznawszy zniewagi, nie byłem oburzony,

    bo wiedziałem, że głowa tego, który schodził,

        zmieni swoją pozycję. (Jak penisem dotknąć

            ani martwej staruszki z odsłoniętą nogą).

 

Słowa twej miłości w mym wnętrzu się rozchodzą

    i coś we mnie pada na kolana przed tobą,

        Panem Bogiem, którego tej nocy zwątpienia,

            gdy byłem jak ty, ludzie znajdowali w sercach.

 

To podwrocławskie miasto śmierdzi tylko bagnem.

    Krocząc wśród traw, baczę, by nie zdeptać ślimaka.

        Kiedy budowlańcy już skończą ciężką pracę,

 

            słupy tam, gdzie stróżuję od rana do rana,

przyciągają wciąż ptactwo cieszące się życiem.

Stróż, śpiąc, wie, iż zwolnią nie jego, lecz Marysię.

 

 

 

 

Bezdomny albatros

 

Wszystkie gniazda są zajęte. A w przedłużaczu

    innym było przebicie, toteż go zabrano.

        Może – aż do nieba? Ja, bezdomny albatros,

            kroczę dumnie i wolno po pokładach statków

 

i skrzydłem uderzam marynarzy, jednego

    po drugim, aby odlatywali daleko

        i wpadali z pluskiem do oceanów czy mórz.

            Kable (jeżeli kabluję, to nieświadomie)

 

to gady, które zaczną polować w ciemności,

    gdy wezmę je do rąk. Tymczasem, skurwysynu,

        swe młode – smugi dymu – w górze karmią prądem.

 

            (Wybacz, że byłem najsłabszy w klasie z biologii).

W upalny dzień nagrzało się oparcie krzesła.

Czułem ciepło, jakbym przez dżunglę się przedzierał.

 

 

 

 

Mój przyjaciel Franek

                   

Kto, pytam znowu, upałem – jak dłonią – świecę

    w lichtarzu przegiął nieco w stronę krucyfiksu?

        Dawniej byłem pewien, że nawet największy cud

            zostałby, suczko, niedostrzeżony przeze mnie.

 

Dziś myślę, iż żaden niczego by nie zmienił

    w Krzyśku. (Proszę, nie zabierajcie stąd tej świecy!).

        Słońce ma nowotwór i potrzebuje światła.

            Lecz miłość, dzięki której wszystko w moim wnętrzu

 

rodzi się, rośnie, dojrzewa – jest grupy innej.

    Przyszedł mężczyzna, a Boga się spodziewałaś.

        Z palcówki kroczysz ku seksowi analnemu?

 

            Choćbyś rzekła, żem nikt, dalej tę tajemnicę

będę zdradzał: jego tyłek pryszczami pała.

Nie chciałbym już usłyszeć słów „habemus papam”.

 

 

 

Zawieszony Jezus

 

Jeszcze tylko 23 kilometry do Wrocławia.

    Popatrz, z prawej, za okienkiem, stos kominkowego drewna.

        Pan Jezus za otwieranie oczu i ust na obrazach

            został zawieszony i, mówią, w kościołach już go nie ma.

 

Natomiast wietrzna pogoda, niczym imperialna armia,

    szturmując swe wnętrze, wszystko wprawia w drżenie. I od strony

        wiatraków, które kręcą przecząco głowami w mieszkaniach,

            idą podmuchy jakby dezerterzy zmarznięci, głodni.

 

Nie będę jadł posiłków przy stole ani na podłodze.

    Spróbuję to zrobić, zawisając z sufitu. Ponadto we śnie.

        Do zlewu odłożywszy ostatnie sztućce i talerze,

   

            na burdelowego kapelana wyświęcam znów słońce.

Tymczasem ktoś leży na boku i po tyłku się drapie.

Kiedy przejeżdżam głośno obok, wyciąga rękę z majtek.

 

 

 

 

Cieć 6

 

Wykonuję różne czynności, nie wyjmując

    papierosa z ust, jakbym jechał bez trzymanki

        na rowerze. I wiem: nie trzeba żyć dwa razy,

            by zarazem zejść nagle i umierać długo.

 

Petom, które długo rzucałem samowolnie

    na trawnik, inspektor BHP zrobił zdjęcie.

        Teraz boję się, że kierownik mnie wyleje

            lub na oczach murarzy każe mi je podnieść.

 

Jestem rozchełstany i widać mój gruby brzuch

    jak Boga, który pracuje na wysokości

        bez zabezpieczeń i ma czas do kupy łożyć

 

            chwile zwątpienia. Kiedy wychodzi mu znów cud,

nakłuwam gałązką niebo i sprawdzam poziom

smutku i radości w dżdżu. Kara jest nagrodą.

 

 

 

 

Muchy nad koszem

 

Wyobrażam sobie, że powracam do raju

    z ptakiem na ramieniu, na grzbiecie pięknej sarny.

       I śpiewam Bogu, by nie ukazywał swej twarzy

           martwym ni tym, których brwi świadczą przeciw światłu.

 

Nie, wcale nie muszę rozbierać się do naga.

    Na samej dłoni jest przecież tyle pysznych miejsc.

        Ale komary wciąż brzydzą się pić moją krew,

            jakby przed nimi wampirzyca ją żłopała.

 

Wzdłuż drogi siedzą aniołowie, żebrząc głośno.

    Kiedy z mojej brody skapnie kropelka mleka

        lub spadnie kilka okruszków czarnego chleba,

 

            zaczynają na śmierć i życie walczyć z sobą.

Obojętność Chrystusa to zbędna wiadomość.

 

Przesuwam palec wzdłuż boku książki Lieberta.

Pin It