Wiersze tygodnia - Bohdan Wrocławski 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Studium w szarości

 

Mężczyzna siedzi przy stole

książki na parapecie przysłaniają mu światło

 

W półmroku czyta wiersz Roberta Lovella o umieraniu

od dłuższego czasu próbuje zrozumieć swoją śmierć – rozpisuje ją

nieomal w sposób sceniczny

jakby stawiał znaki interpunkcyjne przy każdym oddechu

 

już wie że można być scenarzystą reżyserem i aktorem

a gra w każdym akcie komedii

jest niczym wpływanie małego strumienia

w ciszę oceanu

 

zauważył że znajomi telefonują do niego coraz rzadziej

w gruncie rzeczy

nie przeszkadza mu to - odczytuje jako znak umykającego czasu

 

 

W wyobraźni stara odnaleźć siebie dawnego

słucha grającą na trąbce IL Silenzio  Melisse Veneme

aż do tego momentu

w którym orkiestra włącza się w krwiobieg utworu

 

powraca do książki Lovella

szelest kartek wytrąca równowagę w pokoju

powietrze przepływa spokojnie przez jego wyciągniętą dłoń

 

i ginie gdzieś w zupełnie nieokreślonej przestrzeni

za otwartym oknem

 

Kiedyś myślał że śmierć nigdy nie będzie jego udziałem

 

dziś dostrzega – każdego dnia jakaś maluteńka część ciała

opuszcza go

przemierza ogromne przestrzenie kosmosu

 

pozbawiona jego oddechu

przerażona ginie w cisza nie do zaakceptowania

 

to codzienność i jej tło

odczytane jakby znajdowało się za brudną szybą

którą swoją obecnością

pokaleczyły liczne sztormy krzyki mijających pór roku

 

nadal próbuje odnaleźć nieodległe przecież fragmenty młodości

i dzieciństwa do których chce się uśmiechnąć

ale wargi zaledwie wykrzywiają się

w jakimś niezrozumiałym szaleńczym grymasie niepokoju

 

mężczyzna odkłada książkę na stolik

przez chwilę zatrzymuje dłoń na jej okładkach – jest w tym czułość

całej biologicznej potęgi wszechświata

 

powrót do muzyki wydaje mu się zbyt śmiały

 

dlatego odwraca się do światła

i przez moment kieruje wyobraźnię

do pobytu Norwida w Domu Świętego Kazimierza w Ivry

być może przywołuje kogoś jakiegoś Michała Zaleskiego

 

czuje narastający ucisk w piersi

próbuje podnieść dłoń na wysokość serca

 

słyszy coraz głośniejszą muzykę

natrętność grającej trąbki wydaje mu się nie do wytrzymania

 

il Silenzio wyszeptuje

chcąc wzrokiem odnaleźć płaszcz którym mógłby się przykryć

 

trąbka milknie

 

dłoń podniesiona do serca opada takim gestem

który wyrównuje wszystkie niedoskonałości naszego świata

 

 

Patrzenie z klifu

 

Zrozumiałem - moja rzeka
pełna oczeretów wykrotów z bliznami
które nie chcą się zrastać dotarła do morza

wypiętrzyły ją 
morskie fale a każde przepływanie krwi
dotychczas pełne leków i wątpliwości
dziś stało się aż nazbyt nierozsądne
abyś zechciał je zaakceptować

W tym miejscu już wiemy ty i ja 
że bezbolesne wyjście na żółty piasek plaży
stało się koniecznością

na brzegu odpoczywa kobieta
jej oczy o głębokości światła w zerwanej czereśni
zdają się być bardziej bolesne
niż nasz wieczny sen o prawdzie

nieporadnie rysujesz na piasku swoje hasła
pełne zatrwożeń dziecięcych kontestacji

i wraz z nimi nagle zrozumiałeś

to nie koniec wieńczy dzieło
ale jego przetrwanie
ten ułamek rozkoszy i szaleństwa
w którym pozwolono ci trwać

oddychasz spokojnie widzisz przelatujące niebem
klucze przemarzniętych żurawi

aby być bliżej nich wchodzisz na nadbrzeżny klif
starasz się obserwować siebie

 

wciąż odległego od wczorajszych pragnień
i własnej dojrzałości

 

 

Bohdan Wrocławski – jeden wiersz (Kwiaty magnolii)

 

Przez szparę w uchylonych drzwiach wpada smuga światła

i muzyka mówię wyraźnie nie przepadam za rock’n’rollem

w okresie początkowego szaleństwa słuchałem Edith Piaf

Louisa Armstronga szwendałem się po piwnicach z muzyką jazzową

Wzruszali mnie trzej panowie na głoskę sz: Szopen Schumann i

Schubert

 

Zbierałem płyty z nagraniami Orkiestry Drezdeńskiej

Do dziś szeroko otwieram oczy kiedy na bazarkach z starociami

dostrzegam okładki tych płyt

 

Podobno w Central Parku pod koniec pierwszej dekady lipca opadły

liście z krzaków magnolii

i opadały nadal

gdy na cmentarzu Al. Hibbler z wysoko uniesioną twarzą na

której szkliły się w lipcowym słońcu łzy i kropelki potu

zaśpiewał Nobody Knows the Trouble l’ve Seen

 

To było w tym momencie kiedy Fred Robbins

zauważył że zmieniając marynarkę

nie przełożył kartki z mową którą miał wygłosić na pogrzebie Louisa

 

Nie pamiętam gdzie wtedy stali Bing Crosby i Ela Fitzgerald

 

Jak też nie mogę odgadnąć kto oprócz żony i Johannesa Brahmsa

odwiedzał Schumanna w zakładzie dla nerwowo chorych w Enderlich

koło Bonn

 

To wtedy w parku w Bonn w ostatnich dniach lipca zwiędły krzewy

magnolii

Widział je siedzący na ławce Albrecht Dietrich chmurzyło się tego

sierpniowego dnia więc z niepokojem patrzył w niebo

I słuchał muzykę chmur zawieszonych nad nieodległym przecież

cmentarzem

 

Nie wiem, czy w grudniowy dzień sześćdziesiątego trzeciego roku

Ubiegłego wieku ktoś położył kwiat magnolii na grobie Edith

na cmentarzu Pere Lachaise

 

Być może nikt z czterdziestu tysięcy zgromadzonych nie widział jej

starego zdjęcia z tym kwiatem we włosach

 

Kiedy w Ivry grzebano Cypriana Kamila Norwida

na poboczu cmentarza pod jego murem właśnie kwitły magnolie

 

dziś trudno mi powiedzieć czy choć jeden kwiat znalazł się na żółtym

piasku świeżo wykopanej mogiły

 

 

Pierwsze kroki

Jestem zupełnie przekonany 
w okresie kultury Etrusków
udało mi się postawić pierwsze kroki

do dziś w pełni niewybrzmiałe wykrzykujące swój bunt

błądzące w nieokreślonej przestrzeni
nutka po nutce litera po literze

 

ciągle wdzierają się w najintymniejsze miejsca
naszego alfabetu
połówki ćwiartki ósemki pełne niecierpliwości
wpatrują się w leżącą na pulpicie batutę

i obok ja - ogień 


lawa wypływająca
z nieodległych przecież wzgórz
pochłaniający historyczną cierpliwość Greków 
odwiedzający beczkę wypełnioną filozoficznymi zdziwieniami

ja - zwycięzca poznający w ustach cierpki smak cykuty
odczytujący
gniewne pomruki zgromadzonych na Agorze tłumów

ciągle ten sam 
schodzący między szarościami góry Masada
wśród drwiących spojrzeń legionistów
w miejscu w którym przestrzeń bielejących od strachu skał
łagodnie łączyła się z kolorem togi 
narzuconej na półpancerz Flawiusza Silwy

odgadujący
niezwykłą muzykę mieczy rzymskich legionistów
gdzieś na gnijących od mgieł brzegach Bretanii

przed chwilą obserwowałem modlącego się pod Poitiers
Ab ar- Rahmana jego łukowate wygięte do ziemi plecy
słowa wyszeptywane z prośbą o zwycięstwo
koralik do koralika

wiem zostałem pokonany w wszystkich bitwach świata
jestem syntezą klęsk
zwycięstwa omijały moją ulicę szerokim łukiem

dziś trafiłem na jarmark staroci
wypełniony dziełami Platona Thomasa Morusa
Tomasza z Akwinu

dziełami początku i środka

na zewnątrz słyszałem gwar bitwy
niecierpliwy stukot kopyt końskich, szum husarskich skrzydeł
docierających do przestrzeni pól otaczających Gersthof

pobladłego Kara Mustafę na tle kolorowych namiotów

zaczynam rozumieć – znów musimy tam powrócić

zaczynam wam mówić - znów musicie tam powrócić

tymczasem staram się odczytać samego siebie
zagubionego w bibliotecznych salach
pełnych ciszy i skupienia

ja –ciągle zbuntowany dzieciak peryferii

przez całe życie 
biegnący w połatanym pragnieniami i nadzieją swetrze

ja - pożar wszystkich sumień
obserwujący konającego Woltera
jego krzyk błagający o ostatnią spowiedź życia

ja prostytuujący swoją wyobraźnię

oszukujący i oszukiwany


w ciągłej podróży i modlitwie
między wyspami dzieciństwa i wiecznej starości.

 

 

 

Zdjęcie z autografem

 

Zaparkowałem na niewielkim klifie

wszechstronne morze wdzierało się szarym kolorem

w górę aż do nieba z nisko zawieszonymi chmurami

 

listopad otwierał swój dwudziesty pierwszy dzień 2017 roku

 

W Apollo Theater w nowojorskim Harlemie 21 listopada

w kulisach niewyraźnie rysuje się postać Chicka Webba 

zaplątany między oświetleniowcami i akustykami z bólem głowy

po wczorajszym przyjęciu

 

zastanawia się po jaką cholerę przyjechał do teatru

miast siedzieć w domu i szykować program dla swojej orkiestry

na sylwestrowe zakończenie wkrótce mijającego 1934 roku

 

Wkładam kasetę do samochodowego radia

Ella Fitzgerald and Her Famous Orchestra

 

To debiutującą Ellę Fitzgerald

słuchał w kulisach nowojorskiego teatru w Harlemie Chick Weeb

 

mimo bolącej głowy czarna dziewczyna wydała mu się objawieniem

krwią która powinna pulsować najlepszymi rytmami

w prowadzonej przez niego orkiestrze

 

Po jego śmierci ona przejęła orkiestrę

 

W dziesięć lat później

w czasie powstania warszawskiego w nieodległym Milanówku

urodziłem się ja

słuchając zupełnie innych rytmów brzmiących na zewnątrz

 

W latach siedemdziesiątych na aukcji kupiłem zdjęcie Elli z jej autografem

nie było już jej na tym świecie

 

na fotografii stała prosto z  dłonią odstającą od reszty ciała

 

jakby chciała jeszcze wykrzyczeć wyśpiewać zamkniętą przestrzeń zdjęcia

być może powiedzieć tylko mi coś bardzo ważnego artystycznie

zaskoczyć tym razem nie śpiewem ale gestem uskrzydlającym scenę i jej kulisy

 

jakiś matowy cień zarysowany na fragmencie kurtyny

ostro kontrastował z sukienką pełną kolorowych kwiatów

autografem napisanym niedbale cienką szminką do ust

który wdzierał się na wysokie czoło

w uplecione do góry włosy spięte szeroką jedwabną opaską

 

W młodości wyobrażałem sobie że odwiedzę kiedyś Newport News pójdę

brzegiem James aż do tego miejsca w którym wpada ona do zatoki Chespeake

i w małych drewnianych butwiejących ze starości domkach odnajdę tamten

świat i rytm nieodległej przecież murzyńskiej muzyki

 

Nie odwiedziłem Newport News ani Beverly Hills

ani Stanów Zjednoczonych

 

w licznych przeprowadzkach gdzieś zginęło zdjęcie Elli

 

Jest rok 2017 klif na brzegu Bałtyku pośród sosnowych drzew na parkingu

w starym samochodzie siedzi siwy mężczyzna

słucha śpiewającej Elli Fitzgerald

 

i jak mały chłopiec oddaje się ciągle wszechobecnym w nim marzeniom.

Przez szparę w uchylonych drzwiach wpada smuga światła

i muzyka mówię wyraźnie nie przepadam za rock’n’rollem

w okresie początkowego szaleństwa słuchałem Edith Piaf

Louisa Armstronga szwendałem się po piwnicach z muzyką jazzową

Wzruszali mnie trzej panowie na głoskę sz: Szopen Schumann i

Schubert

 

Zbierałem płyty z nagraniami Orkiestry Drezdeńskiej

Do dziś szeroko otwieram oczy kiedy na bazarkach z starociami

dostrzegam okładki tych płyt

 

Podobno w Central Parku pod koniec pierwszej dekady lipca opadły

liście z krzaków magnolii

i opadały nadal

gdy na cmentarzu Al. Hibbler z wysoko uniesioną twarzą na

której szkliły się w lipcowym słońcu łzy i kropelki potu

zaśpiewał Nobody Knows the Trouble l’ve Seen

 

To było w tym momencie kiedy Fred Robbins

zauważył że zmieniając marynarkę

nie przełożył kartki z mową którą miał wygłosić na pogrzebie Louisa

 

Nie pamiętam gdzie wtedy stali Bing Crosby i Ela Fitzgerald

 

Jak też nie mogę odgadnąć kto oprócz żony i Johannesa Brahmsa

odwiedzał Schumanna w zakładzie dla nerwowo chorych w Enderlich

koło Bonn

 

To wtedy w parku w Bonn w ostatnich dniach lipca zwiędły krzewy

magnolii

Widział je siedzący na ławce Albrecht Dietrich chmurzyło się tego

sierpniowego dnia więc z niepokojem patrzył w niebo

I słuchał muzykę chmur zawieszonych nad nieodległym przecież

cmentarzem

 

Nie wiem, czy w grudniowy dzień sześćdziesiątego trzeciego roku

Ubiegłego wieku ktoś położył kwiat magnolii na grobie Edith

na cmentarzu Pere Lachaise

 

Być może nikt z czterdziestu tysięcy zgromadzonych nie widział jej

starego zdjęcia z tym kwiatem we włosach

 

Kiedy w Ivry grzebano Cypriana Kamila Norwida

na poboczu cmentarza pod jego murem właśnie kwitły magnolie

 

dziś trudno mi powiedzieć czy choć jeden kwiat znalazł się na żółtym

piasku świeżo wykopanej mogiły

Pin It