ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Elżbieta Musiał, Anna Maria Musz, Aleksander Nawrocki

Joachim Neander, Stanisław Nyczaj

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

Elżbieta Musiał 

 

 

Anatomiczny szczegół

 

Na pierwszy rzut oka jest silna. Zdolna nosić drzewo do lasu. Takiej ręki

nie powstydzi się drwal.

Przyznałby się do niej Dawid z Florencji, ale więzi go marmur,

i niechybnie Myśliciel, ten od Rodina.

Właśnie trzyma mikrofon. Jest przy głosie. Co powie, ciałem stać się może.

 

Pulsuje Basilic vein, anatomiczny szczegół, zwykle skrywany pod rękawem

męskiej koszuli. Nad wyraz prywatny, że pożyczyć się nie da. Leży jak ulał.

Wspina się od łokcia i rzeźbi wypukły korytarz lewego przedramienia. 

Przetacza nieokiełznanie. Potrąca dziewiąty zmysł, który mam

na usługach. Świadomość ciała jest ważna w tej grze.

Domyślam się smaku. Czerwień schowana przed wzrokiem,

a jednak nie tonie w głębiach osobliwego płynu. Wyłącznie ciemna strona

przeciśnie się przez światło żyły, lecz nie trójkąt. Chyba że

jest już oszlifowanym kamieniem.

A więc to może być prawda. Wtedy pomiędzy jego i moją skórą

nie wyschnie choćby zrodzona kropla potu.

 

Przedramię to zaledwie ręka niecała, a układa się w pełną frazę

nieprzyzwoicie realnego obrazu. Nie kończmy. Jeszcze nie pora.

Zanim zwątpienie – nagość objawiona niech będzie.

Zanim nagłość przyjdzie ostudzić.

 

 

Granica przyjdzie z wysoka

 

I

Przyszła do mnie granica. Przyszła z daleka.

Jeszcze musiało się tlić pole z moim krokiem

dożywotnim.

Nadmiar przestrzeni. Wiatr. Samotność wiatru, samotność w wietrze,

wiatr porwany przez siebie. Przestrzeń niczyja.

Tu wszystko przypomina wszystko. Wszyscy mówią o wszystkim.

Do wszystkich. Miliony słów, których nie otworzą.

Kontekst przepada.

Może tylko gadatliwość wróbli i TO miejsce.

Tylko ONO nie może odczepić się od ciebie – główny wymiar

posiadania. Punkt odniesienia i ułuda odnalezienia siebie.

Czy można być bliżej niewiadomego?

 

Należy zadać pytanie, czy to jest teraźniejszość?

To hic et nunc.

 

Nim jeszcze jestem polem, po którym chodzą moje nogi…

One sieją kroki, ale nic nie wschodzi. Taki skandal

peregrynacji.

Dopóki jednak zostawiają ślady –

 

II

Upewniają się, co do swojej tożsamości. Ćwiczą

pamięć, bo może uda się przechować przeszłość… pod powieką, na kartce,

w genach, które nawet siebie przewidzieć nie mogą.

Kwitnie przemysł pamięci. Lecz nic nie przybliża mnie bardziej do siebie,

niż ten gadatliwy wróbel.

 

 

Fragm. poematu „To jedno” (2016)

Już pozostaniesz młoda. Tak chciała fotografia. Gdyby nie Man Ray[1], och, gdyby nie on. I to światło przebijające się przez ciało i nieodgadniona w oku przepowiednia. Małoobrazkowa leica w jego ręku i ikoniczny wizerunek dopełnił początku. Och, gdyby nie te kilka klatek wymuszonych spustem migawki, na naszych oczach w nieskończoność składałabyś rozsypaną siebie. Po kawałku, po fragmencie. Kwadrat do trójkąta. A one skleić się nie chcą nawet linią falującą. I kto by wilgotne i nieobecne oczy rozpoznał? O kolorze czasu. Już wtedy dostrzegłaś bezmiar? Tę drogę i podróż bez powrotu odbite w spojrzeniu, przez które potem setki razy siadałaś na obdrapanym krześle, by on, siepacz i geniusz[2], ciebie malował[3].

 

Dlaczego chciał widzieć w tobie rozpacz? Jakby mu do sztuki wciąż mało i mało było okrucieństwa. Twarz pokrojona, twarz w rozbitym zwierciadle. Destrukcję do smaku posypywał lukrem kalejdoskopu.

 

A wyjmował cię z krajobrazu doskonałą. Zraniony palec przecież nie jest uszczerbkiem. Nie mogę dotrzeć do informacji, w jakim kolorze były tego dnia stoliki w kawiarni przy Saint-Germain, gdy kaleczyłaś blat nożem[4]. Paryska zima 1936 roku. Śnieg nie mógł padać. To by dopiero była sceneria: nieskazitelność bieli, czarne rękawiczki w czerwone róże i skrwawiona kropla. Żywa inspiracja. Zaledwie 28-letnia. Jeszcze zjawiskowa, jeszcze cała, poczęta. Kto czekał na kogo w zaaranżowanym czasie? Podszedł i poprosił o splamioną rękawiczkę. Tę jedną. I nic więcej.

 

Od krwi zaczynał, od pulsu, od wnętrza. Reszta ciała przyszła potem. I stanęłaś spodziewanego dnia w bramie, i odżegnać się nie mogłaś od tego miejsca. Było nim naznaczone.

Fotografowałaś zapach jaśminu i każdy detal domu. Zniewolona nagle przestrzenią. Gdybym była Nusch lub Eluardem[5], bo to im towarzyszyłaś wtedy, albo ptakiem gdybym była, widziałabym z nieba, jak elektryzujesz powietrze i płyniesz z kąta w kąt. Jak osaczasz czarne oczy wodzące za tobą. Czyżbyś posiadła genetyczny sekret ćmy? Tylko… kto w tej grze był myśliwym? Stojąc za aparatem, zawsze wysuwałaś do przodu biodra, co przypominało permanentne porody fotografii. Ten ruch dostrzegł pierwszy.

 

 

Fragm. poematu „na śmierć zegarka przejechanego
zimą przez samochód” (2008)

 

XIV

Kim jesteś, że nie jesteś słowem,

choć ciałem się stajesz.

Uschłym ciałem tatuowanym surową filozofią wiatru.

Ciałem,

     co wyparło się siebie.

 

Jestem swoją skórą,

która zdąża w przyszłość.

 

Myliłam się,

     moja skóra

nigdy nie należała do mnie.

Tak jak moim nie był każdy dzień

ani dom,

     ani książka,

tym bardziej obraz.

Przychodzą nie wiedzieć skąd,

pomieszkają w nas trochę

i odchodzą.

 

XV

Pytał mnie poematem: Kim jest

ten trzeci, który ciągle idzie obok ciebie[6].

     Właśnie siedziałam na wygrzanej ławce października

                 samotna.

Gdy liczyć nas jesteśmy tylko ty i ja[7].

Jaki zabawny rachunek.

Jak ostatecznie układa się w nieistnienie

na tej „ziemi jałowej”.

 

Cień słów,

ciało bez cienia

i wiekuisty pochód ziaren piasku.

 

I piach w oku.

 

Eliocie,

miałam plażę w sobie

rozległą po brzegi czasu

i nigdy nie miała rozstać się ze mną.

Nie myślałam o braku,

o braku czegokolwiek, choć zgubiłam,

zgubiłam czas z oczu.

 

Nie należało wspominać o Trzecim.

Nie potrzebowałam przecież niczego

na pustkowiu miasta.

     Byłam cicha

obok twojej niemej wiedzy.

Potem spadł liść

i jasna stała się ponad moją głową

wasza rozmowa. Twoja z Trzecim.

A nie trzeba było zachwiać

tego spokoju na pustkowiu miasta.

Lepiej było nie powiedzieć. Lepiej. 

 

 

 

Anna Maria Musz

 

Noc

 

nie patrz tam nie patrz miły

tam się świat odmienia

chociaż to nadal nasza stara ziemia

nad którą noc nadciąga

– kochany, żadna z naszych nocy –

więc nie patrz 

by się nam od ciemności nie zajęły oczy

 

ten mrok jeszcze głębiej wytrawia

niż ogień – nie nas

inną nocą wypalanych w sobie –

ale tych którzy w niego uwierzą

– tym wchodzi pod powieki

i w dotąd żywych zasiewa śmiertelność jak sporysz

– byle mi obcą ciemnością ciebie nie zamroczył

nie patrz tam miły. patrzmy sobie w oczy

 

 

***

twoje nakręcanie zegarów: 

ta codzienna troska 

o nieczuły mechanizm –

żywa myśl o martwych

śrubkach i kołach zębatych 

 

zegary idą – piszesz

zegary poszły –

 

wolisz zawsze 

wskrzeszać je zawczasu

choć mógłbyś kiedykolwiek 

 

ech z takim człowiekiem

chcę na całe życie 

 

tylko z takim

 

 

Kosmogonia

 

zawsze jest święto gdy tak patrzysz przed siebie:

w oczach masz wielką przestrzeń i historię gwiazd.

brzegi prakontynentu rwą się na strzępy.

słowa szukają rzeczy. wszystkie filozofie

pną się różnymi drogami lecz na ten sam szczyt

i płynie w nadmorskiej mgle mały obłok wiedzy

naszej – o nas

 

aż w końcu na którejś mapie

zjawiają się postacie

tak jednomyślne

jakby sobie wzajemnie użyczały cieni 

 

– tak musiał patrzeć On

wieczorem w szóstym dniu stworzenia

choć teraz mniej prawdziwy

niż my w tej chwili

 

 

Czarno-biały wiersz

 

Pamięci Tadeusza Różewicza

 

przynoszą wiadomość że umarł poeta

poeta prostych i surowych słów 

 

nagle odkrywam ile rzeczy wokół

jest czarno-białych: 

 

białe naczynie które trzymam w ręce

obrzeżone czarnym paskiem

konkretnym jak żałoba 

 

czarne wiersze na białym papierze 

 

biały wiersz w czarnej plamie wszechświata

 

 

Rozmowa wieczorna

 

mówisz że życie składasz w moje ręce

zaczynam się bać o ciebie

za ciebie 

 

w ciemności tej nocy

widzę obcą wartę

ktoś liczy srebrniki coś błyszczy jak ostrze

tłucze o futrynę okno – przez kogo otwarte 

 

jestem bezsilna z miłości

a będę cię chronić 

 

to jakby wszechświat otoczyć

ciasnym wnętrzem dłoni:

zbiorę wszystko twoje

i ustawię w sobie

ale najpierw – 

 

najpierw wyszukam w tobie lęk i ból

– te schowam najgłębiej

 

 

 

Aleksander Nawrocki

 

 

11 III 2017

 

Wolę Spartakusa niż Marka Krassusa.

 

Buta i okrucieństwo tego drugiego

budzą odrazę.

 

Jesteśmy Spartakusami

pod władzą kolejnych Krassusów,

których jednak dobrowolnie wybieramy

od lat.

Dajemy im prawa,

sobie zostawiając

wieczną pieśń o wolności.

W zamian

oni niekiedy nas krzyżują,

ale my odpuszczamy im winy.

Lubimy te ukrzyżowania,

bo mają nas zbawiać;

oni też, z wiarą,

że ich umacniają.

I tak będzie zawsze.

 

Chrystusa wyparli się jego dwaj uczniowie,

pozostali uciekli.

A Spartakus?

Nikt nie chciał go wydać.

Wszyscy pragnęli za niego umrzeć…

Potem? „Wystarczy, że jeden powie: nie

i Rzym się boi”.

Dlatego nikt nie opłakuje śmierci Krassusa –

za rozszerzanie chwały wiecznego miasta.

Natomiast żyje legenda –

Spartakus.

 

 

11 III 2017

 

Zanim przyjdą żołdacy Krassusa,

ukrzyżuj się sam.

Nie dasz mu satysfakcji,

a ich ocalisz

od brudnej roboty.

 

Ale dlaczego masz to zrobić?

Przecież masz łuk i strzały –

nieśmiertelne wiersze

z ostrymi grotami.

 

 

Witaj smutku

 

Miałem wtedy 25 lat.

Był maj

i chyba kino Świat,

w Śródmieściu

/nie ma go już,

tego kina/.

Po filmie

wyszedłem wstrząśnięty

w ciemny wieczór z myślą o kobiecie,

jakiejkolwiek,

byle podobnej do tej krótkowłosej

blond aktorki;

utkwiła mi w pamięci

do dzisiaj –

kiedy znów zobaczyłem ten film:

bogatych ludzi o płaskim życiu

bez sensu.

Dziś ta 17-latka,

trochę za tłusta na dziś,

wzrusza – moimi ramionami.

A film?

Została z niego światłoczuła tafla morza,

spontaniczna śmierć jednej z bohaterek,

która wzięła uczucia na poważnie

i tamten ja,

którego dziś nie rozumiem.

 

17 III 2017 r.

 

 

Kolęda – ostrzeżenie – z leśnej szopki

*

W miastach tyle reklam, a żadna o Tobie.

Każdy czeka na prezent, a mało na Ciebie.

U nas pola szerokie i serca głębokie,

a gwiazdy na sosnach szepcą: On jeszcze jest w niebie.

 

W miastach pełno Judaszy, Herodów i – Piłat,

tu śnieżny obrus, dusze jak z opłatka

wierzą, że jesteś, na pewno. I modlą się – przybądź;

już dzieci Ci wieszają na choince jabłka…

 

**

Nie idź, Dziecię, do miasta. Tam tyle Herodów,

fałszywych proroków i dresiarzy sumień,

tam Cię wyśmieją, zadepcą, zapomną,

albo przypną do klapy jak wygodny gadżet.

 

Niektórzy Cię do swoich drużyn będą wciągać,

a kiedy nie zechcesz, odrzucą z niesmakiem,

albo nawet oskarżą, zaszczują na amen,

postraszą życiorysem z nieprawego łoża.

 

Nie idź, Dziecię, do miasta, tam mają swe racje,

a Twoje, na opłatku, za kruche, nie dla nich.

Oni nigdy nie mieli Biblii w lepkich łapach,

dlatego tacy pewni, z belką w chytrych oczach.

 

***

Nie idź, Dziecię, do miasta. Zaduszą Cię w tłoku,

omamią reklamą i świętem – dla siebie.

Nie będziesz celebrytą na modnych salonach

i internet nie wspomni o przyszłym proroku.

Dzieci Ci nie pozwolą tknąć swoich zabawek,

w parlamentu poprawkach nie zagościsz wcale.

Może tylko żebrak pozna Cię o zmroku,

kiedy w swoim barłogu spojrzy w oczy gwieździe

i westchnie z głębi serca: Ty też jesteś biedny

i bezradny jak wszyscy, którzy dobra pragną:

takie w aureoli na pokaz dziwadło.

 

12.12.2011 r.

 

 

 

Joachim Neander

 

 

Nie będzie tablic

 

dla naszego pokolenia

nie będzie tablic pamiątkowych

na elewacjach kamienic

W tym domu urodził się...

W tym domu umarł...

 

już nie rodzimy się

ani umieramy

w gronie rodziny

i przyjaciół

 

nasz pobyt na świecie

zaczynamy i kończymy

w gronie lekarzy

i pielęgniarek

 

szklane elewacje

nowoczesnych szpitali

nie nadają się

do montowania

marmurowych tablic

 

i już tylko

na scenie operowej

Mimi i Violetta umierają

na mansardzie

w ramionach kochanka

 

 

Sąd nad przeszłością

 

przywykliśmy do osądzania

postaci historii

według dzisiejszych

zasad moralności

 

potępiamy na przykład

Szekspira za poglądy antysemickie

Kanta za obronę kolonializmu

Waszyngtona za trzymanie niewolników

 

a cóż dopiero wodzowie aliantów:

Roosevelt był kobieciarzem

de Gaulle nie znosił psów

Stalin pił jak szewc

Churchill palił jak smok i zjadał

z przyjemnością krwawe befsztyki

 

zaś Hitler miał tylko

jedną jedyną Ewę Braun

kochał swojego psa

nie palił nie pił

i odżywiał się

ściśle po wegetariańsku

 

czyż nie powinniśmy przemyśleć

naszej opinii o liderach narodów

drugiej wojny światowej?

 

chyba że coś

przeoczyliśmy

z Hitlerem

 

 

Czas odwiedzin

 

przed wejściem do szpitala

dziewczyna rozdaje ulotki

z reklamą zakładu

pogrzebowego vis-à-vis

 

super promocja

dwadzieścia procent na wszystkie

usługi pogrzebowe

z wyjątkiem kościelnych

 

oferta ważna do końca

listopada

lub do wyczerpania

zasobów

 

wokół nieprzytomnego

staruszka pod kroplówką

krewni studiują ulotkę

szepczą

 

gdyby wujek

do końca tego miesiąca

 

tobyśmy oszczędzili

dobrych pięć stówek

 

módlmy się

 

 

Mała historia górnośląskiej ulicy

 

Motto: Nic nie się zmienia szybciej niż przeszłość

M. Geller, rosyjski historyk

 

pradziadek urodził się

przed Wielką Wojną

w pięknej kamienicy

na Kaiser-Wilhelm-Straße

 

wojna przegrana

Kaiser uciekł

pozostawił za sobą

Wilhelmstraße

 

wybuchło powstanie

urodził się dziadek

na Piastowskiej

po śmierci Marszałka

Piłsudskiego

 

wkroczyło wojsko niemieckie

dziadka zaciągnięto do Wehrmachtu

kartę powołania wysłano

na Adolf-Hitler-Straße

 

wojna przegrana

Hitler kaput

urodził się ojciec

na Feliksa Kona

po marcu sześćdziesiąt osiem

Generała Świerczewskiego

 

nadeszła Solidarność

upadła komuna

urodził się syn

na Jana Pawła II

 

syn ma małe przedsiębiorstwo

wydał dużo na papier listowy

ulotki pieczątki szyld reklamowy

 

i boi się laicyzacji

 

 

Stay connected – nie wylogowuj się!

 

(motto internetowych portali społecznościowych)

 

młoda para na ulicy

trzyma się za ręce

na koszulkach napis

stay connected

 

nie patrzą na siebie

mają włączone smartfony

są połączeni z setkami

wirtualnych przyjaciół

 

idą naprzód

dążąc do lepszego jutra

nieskończonej ilości

połączeń wirtualnych

 

kiedy już nie trzeba będzie

patrzeć sobie w oczy

i trzymać się za ręce

aby się połączyć

 

 

Stanisław Nyczaj

 

Intymna podróż

 

Szalona noc,

rozpędzony mózg

rozszyfrowuje najcięższe enigmy,

gdy jak raz tu

niestrudzonymi ani na chwilę

szynami twych czujnych rąk i nóg

mkną dalekobieżnie obłaskawiane

moje biodra, lędźwie,

cały tułów i kark.

Kołysany przezornymi zwrotnicami kręgosłup,

na resorach żeber w takt poskrzypuje,

że nie pojmując już nic,

powszechczuję.

 

 

Zwinięty sztandar

 

Tym, co nie umieją się w sobie

z Historią pogodzić

 

– Sztandar

Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej

wyprowadzić!

A jeszcze tak niedawno

wnoszony przez poczty kolejnych zjazdów

łopotał u podniebnych pował wielkich sal

w wichrze gromkich braw.

Teraz

Pierwszy Sekretarz – motorniczy (zło)dziejów

oznacza ostatni kurs tramwaju

tablicą: ZJAZD DO BAZY.

Na przystankach

tłumy (tłumoków?) po pochodzie

już weń nie wsiądą –

chyba że komuś po drodze donikąd?

Zwinięty (zmięty) sztandar partii

jeszcze odwijającym się koniuszkiem

tu i tam

     chwacko-żałośnie

                 powiewa.

 

 

Niestrudzeni

I

Mimo odwołań,

a nawet prób wykreślenia z rozkładu,

nadal kursuje moja ciuchcia-serce

pordzewiałymi torami żył,

choć czasem ledwo się kolebie

na skrzypiących resorach.

Najbliżej do stacji Lewa Dłoń.

Lecz jak pokonać zasieki nerwów,

chaszcze zwątpienia,

mroczniejsze od tuneli

czeluście lęków?

Rozcieram ramię, łokieć, przegub.

Na peronie Dłoni ciuchcia odpoczywa,

przetacza nadzieję w końcówki palców.

Wciąż jeszcze równo klebocze tłok.

Zawiadowca sprawdza długość linii serca,

daje sygnał, by – dalej!

 

II

Pędzimy na złamanie karku,

żeby zdążyć,

przedążyć…

Wóz od pośpiechu rozklekotany,

jeszcze kurczowo trzyma się drogi.

Jeszcze koła niestrudzenie nawijają

całe kilometry, miesiące, lata…

Tylko dlaczego ten las za oknem

tak jakoś dziwnie się przerzedza –

jak moje włosy?

Niedługo trzeba będzie

wysiadać…

 

III

Moi Najdrożsi,

znokautowani przez Los,

leżący bez tchu na deskach,

wyliczani do dziesięciu –

czasami i ja

po tak mocnych ciosach

wolałbym nie podnieść się na łokciach

i nie wstać z kolan.

Ale wciąż jeszcze

nie śmiem się obejrzeć

na trenera w narożniku trzymającego

ręcznik ostatecznego w y b a w i e n i a.

Wciąż jeszcze, krnąbrna, uparta nadziejo,

nie mam w sobie dość sił,

żeby się poddać.

 

IV

Nigdy nie wiadomo,

kiedy najlepiej przyjść na ten świat,

by potem zeń odejść

zwycięsko.

 

 

Mój powszedni pejzaż

 

Za palisadami dźwiękoszczelnych ekranów

oszalały świat pędzi

             nie wiadomo dokąd

aż wrze na alarm wzburzony Styks jezdni.

Od wewnątrz moje osiedlowe getto,

niedomknięte tylko na tamten świat,

bezsennie przewala się

z bloku na blok.

I tylko na beztroskim od ptasiego zgiełku

Słonecznym Wzgórzu,

jak na wyciągniętej znikąd w darze dłoni,

młody park w oczach zdumionego Czasu

mgnieniami pór roku

pyszni się, wolny,

ponad tym wszystkim

cudem ocalały.

 

 

Do rozumnych szałem

 

Ten koszmar bezlitosnej wieczności,

miłosiernej kary za życie

– jak wykazują najnowsze obliczenia –

wcale nie musi trwać

n i e s k o ń c z e n i e.

Jeśli się w sobie zaweźmiemy

każdy z osobna dla wszystkich razem,

szczęśliwie kiedyś go przetrzymamy!

I jeszcze u kresu lepszego początku

nadejdą dla nas te najprawdziwsze

– do syta upojne –

 

p o z a c z a s y.

 


 

 

Elżbieta Musiał

Poetka, eseistka, malarka, publicystka. Należy do Związku Literatów Polskich oraz Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wydała 12 książek poetyckich, m.in. „Tatuaż z obłoków” (nagrodzony Świętokrzyską Premierą Literacką za 2001 r.), poematy: „Na zdjęciu wciąż żyjemy”, „Ars moriendi…”, „3 poematy”, „To jedno”. Za „Mówię pochyloną cambrią” otrzymała 1. nagrodę w II Konkursie literackim im. Żeromskiego oraz Nagrodę im. P. Kuncewicza za książkę roku miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka zbioru esejów „Poeta patrzy na kobietę” z reprodukcjami własnych prac malarskich.

 

Anna Maria Musz

Urodzona w 1988 r., debiutowała w 1999 roku na łamach młodzieżowego czasopisma „Nowe Twarze”, teksty poetyckie publikowała m.in. w „Autografie”, „Gazecie Kulturalnej”, „Latarni Morskiej”, „Metaforze”, „Migotaniach”, „Poezji dzisiaj”, czasopiśmie „Shyhta”, „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, „sZAFie”, Kwartalniku Kulturalnym „TygiEL”. Pisze także recenzje i eseje. Stale współpracuje z jednym z największych polskich portali literackich – Pisarze.pl. Autorka czterech tomów wierszy: „Errata do trzech wymiarów” (Wydawnictwo Nowy Świat, 2010 r.), „Odrastamy z kamienia” (Wydawnictwo Pisarze.pl, 2011 r.), „Inkantacje” (wybór polsko-bułgarski, Wyd. Simolini’94, 2015 r.) oraz „Lot nad miastem” (Wyd. Zaułek Wydawniczy „Pomyłka”, 2016 r.), a także książki krytycznoliterackiej „Poeta i przestrzeń. Sylwetka twórcza Stefana Jurkowskiego” (Oficyna Wydawnicza STON2). Okazjonalnie juroruje w konkursach poetyckich oraz redaguje książki innych autorów. Należy do Oddziału Warszawskiego ZLP. Jej wiersze tłumaczone były na języki: ukraiński, rosyjski i bułgarski. Absolwentka zarządzania, a także studiów podyplomowych z zakresu nowoczesnego edytorstwa. Pracuje jako copywriter, prowadzi własną agencję reklamową.

 

Aleksander Nawrocki

Urodzony w 1940 roku. Absolwent filologii polskiej, węgierskiej i etnografii na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował wierszami w roku 1965. Jest autorem 16 tomów wierszy, 20 tomów wyborów wierszy wydanych za granicą, 2 tomów opowiadań, powieści „Cień jego anioła”, książki popularnonaukowej o szamanizmie syberyjskim, książki reportażowej pt. „Jak zamordowano Imre Nagya” (powstanie węgierskie 1956 r.) Tłumacz poezji z języka węgierskiego i języków słowiańskich. Laureat 15 międzynarodowych nagród literackich. Uczestnik międzynarodowych festiwali poezji. Od roku 1992 właściciel Wydawnictwa Książkowego IBiS, a od roku 1998 redaktor naczelny Pisma „POEZJA dzisiaj”. Od 2001 r. organizator Światowych Dni Poezji UNESCO i od 2008 r. Festiwalu Poezji Słowiańskiej. Uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi  oraz wysokimi odznaczeniami przez czterech prezydentów: Rzeczypospolitej Polskiej, Republiki Czeskiej, Węgierskiej i Republiki Jakuckiej. Laureat Nagrody ZAiKS-u 2015r.

 

Joachim Neander

Urodził się w 1938 roku w Sopocie, po wojnie mieszkał przeważnie w Niemczech, pewien czas we Włoszech, Francji i w USA. Jest doktorem historii, matematykiem, fizykiem, pedagogiem, znawcą Starego Testamentu, autorem wielu naukowych książek i artykułów w różnych językach. Od 1999 r. mieszka w Krakowie. Pisze krótkie opowiadania w języku portugalskim, niemieckim i polskim. Pojawiły się w antologiach w Brazylii, Niemczech i Polsce. Wiersze pisze w języku polskim. Można je znaleźć w czasopismach i antologiach literackich oraz w trzech tomikach autorskich: „Nocne widma” (Kraków, 2010 r.), „Czas odwiedzin” (Kraków, 2014 r.) i „Nie będzie tablic” (Kraków, 2016 r.). 

 

Stanisław Nyczaj

Urodzony w 1943 r. Poeta, eseista, aforysta, satyryk, edytor, animator życia literackiego. Po repatriacji z Kresów Wschodnich 1945/46 w Opolu. Debiutował w kwadransie poetyckim Opolskiej Rozgłośni PR (1960), w prasie (1964), tomikiem poetyckim „Przerwany sen” (LSW, 1968 r.). Od 1972 r. w Kielcach. Od 1996 r. prezes Kieleckiego Oddziału ZLP. Od 1997 r. red. nacz. „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”. Wydał spośród tomów poetyckich np. „Wiersze wybrane” (1994), w j. czeskim i polskim „Poezie/Poezje” (1999); „Poezje wybrane” (BP LSW, 2008 r.); „Przedążyć pęd Ziemi” (2009); „Arcymiara” (2014); wybór „Żarliwy niepokój” w j. polskim i bułgarskim oraz polskim i angielskim (2015), jak również książki eseistyczne: „Metafizyka tworzenia” (2007); „Wśród pisarzy” (2010). Tłumaczony ponadto na białoruski, grecki, rosyjski i włoski. Członek Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC), Słowiańskiej Akademii Literatury i Sztuki w Warnie. Laureat nagród m.in. im. J. Iwaszkiewicza (2008), im. W. Hulewicza (2010), Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2013). Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1998) i Medalem Gloria Artis (2014).

 

 

Pin It