ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Anna Mikos, Maciej Henryk Modzelewski, Władysław Mścichowski,
Piotr Müldner-Nieckowski, Anna Musiał

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

Anna Mikos

 

Krynica

 

Ta sama woda lecz inna.

Szczęśliwi stojący gdy przepływa.

Zabiera ich radość, zabiera słowa

Płynie...

 

Szum księżycowy w ciszy.

Zapatrzeni na góry odpoczywają.

Woda niesie ich miłość w czasie

Płynie...

 

Weszli do tej rzeki dwa razy.

Zwariowali sobą uniesieni.

Ta sama woda lecz inna

Płynie...

 

 

Poprad

 

Romeo i Julia nie boją się burzy.

Bryza przez dach autobusu nad Poprad

przy odrobinie wyobraźni przenosi ich do Barcelony.

Jadą z kocykiem spragnieni siebie.

 

Romeo i Julia nie boją się rzeki.

Dwa wiosła odpychają ich od kamieni.

Chcą przycumować swój ponton do ziemi.

On niebieskooki a Ona w zieleni.

 

Serca, które pytają o przyjemność.

Romeo i Julia niestrudzeni i wierni

w jednym oddechu, uścisku, pocałunku

zdjęli z siebie wszystko – nadzy przed Bogiem

 

Romeo i Julia dopłynęli...

 

 

Siła

 

Od jakiegoś czasu idę bez taty pod wiatr gwałtowny i zimny.

Żyję na przekór nienawiści, żeby marzyć o poranku.

 

Wschodzi słońce w oknie zielonego domu.

Ogrzewa chłodne i ciemne kształty, które mają swoją nazwę.

 

Mocą nadziei błądzę nie wiedząc, czy sobie poradzę.

Takie zabawne przedstawienie w mojej wyobraźni.

 

Tato – dałeś mi najpiękniejsze buty:

Wrażliwą skórę, obcasy z pracy,

Futro z miłości – Twoja siła.

 

 

Jesteś

 

Jesteś promieniem

zapalającym most

pomiędzy codzienną chmurą

a moim marzeniem

niedokończonym.

 

Jesteś parasolem otwartym

nad kruchymi ciałami

błękitnych cieni

Nas idących

przez park.

 

Jesteś marzeniem,

kwiatem słów,

łagodnym uśmiechem

palców poszukujących

spełnienia.

 

Nie umiem dogonić czasu

i rozpędzić go

aby zatrzymał się

przy Twoim ramieniu

bramie.

 

Kiedy tam dotrę...

Uczeszę w dłoniach

niebieski szron włosów,

wyszepczę obietnicę

Twoim silnym skroniom

pulsującym.

 

03.01.2017 r.

 

 

Marzenie

 

Zapisany w gwiazdach początek rozlał się czasem i życiem.

Zawieszone w Kosmosie opowieści – nieskończone.

 

Tyle tu pytań i emocji wybuchających w pyle.

Zawiązanych węzłów bez rozwiązania.

 

Myślę dziś o babci rozmarzona.

Podawała mi truskawki ze śmietaną

Gdy leżałam na trawie w Jej ogrodzie.

Babciu, chcę być jak Ty – nieskończona.

 

04.08.2016 r.

 

 

 

Maciej Henryk Modzelewski

 

***

inspirowany obrazem „Kobieta czytająca list” Vermeera

 

Czekała.

I to czekanie pokrywało się kurzem.

Odwracała się na widok każdego posłańca.

Przecież on spoglądał na nią tak jak nikt inny,

Nawet gdy spuściła oczy, czuła jego wzrok – wzrok niebieskich oczu,

Niepowtarzalnych.

Oddychała, a oddech rwał się na strzępki, ledwie płukał tlenem płuca,

A ona potrzebowała powietrza więcej i więcej, paliło ją gorąco.

Unosił ją sen wspomnień, pierzaste chmury przyglądały się jej przez okno.

Nawet wachlarz drgający malowidłami nie chłodził rozpalonej twarzy.

Podniósł jej chusteczkę i podał, batyst i jego ręka muskająca jej dłoń.

I grała na klawesynie i śpiewała. Dla siebie. Nie – dla niego.

A on nie słyszał tej pieśni.

Ten kawałek papieru skrywa całe lata jej przyszłego życia.

Z niego płynie tajemnica, słowa miłości – łagodzą gorycz rozstania.

Tu jest pieczenie chleba,

Krzyki dzieci i gorące pocałunki na powitanie i pożegnanie.

Blada skóra z perłami wilgoci. Sączy się ciemność pokoju,

Pełgają zapomniane promienie, wzdyma się zasłona,

Słowa niczym wieże strzeliste wynoszą skrzydlate marzenia,

Zaplatają tkanki skupienia na twarzy.

Kocha. Tylko to jest ważne.

 

 

***


inspirowany obrazem „Kobieta z perłą” pędzla Camille’a Corota

 

Przed chwilą jakby wołała: – Spójrzcie na mnie! Skakała i kręciła baletne piruety, bo chłopak z rozwianą czupryną wyznał jej miłość.

A teraz skromnie spuszcza oczy, gdy on chce ją malować.

Te oczy o barwie łupiny orzecha polanej roztopioną, błyszczącą czekoladą

i ta skóra batystowa i gładka, nawet maleńkiego pryszcza nie uświadczysz.

Włosy już zdążyła ręką przygładzić, znalazła na ich niesforność sposób.

Przyjmując pozę pomyślała: – Może to on zapewni mi nieśmiertelność?

I złożyła ręce w geście Mony Lisy. Szczuplejsze i z pierścionkiem.

 

– Piękną Pan sobie wybrał, Corot, oj piękną, niewiastę z perłą.

 

 

***

inspirowany obrazem „Mleczarka” Vermeera

 

Kobieto w białym czepku

spod którego nie wysuwają się gładko uczesane włosy,

w skupieniu przelewasz cienką strużką mleko do kamiennego garnka.

Gliniany dzban – pękaty, skrywa biel w swych czeluściach,

miodowy kaftan i fartuch mnożący się fałdami –

ogrom materii gra światłocieniem. Nazywają cię Mleczarką.

W koszu chleb z popękaną skórką, powietrze chrzęści rozgryzanymi ziarnami,

pędzi czas z domieszką codzienności, połykają pajdy z mlekiem.

Nieskrępowane zadowolenie – nielimitowane mlaśnięcia pacholąt.

Potwierdza się domniemanie

 

o dobroci zwyczajnego śniadania.

 

 

To tu chmury chodzą po błękicie

 

Gdzie

chmury po błękicie chodzą

Elik Aimee

 

Spójrz na ten obłok i znajdź dla niego imię,

Wiatr zaskomli, powtórzy je po wielokroć.

Ptak narysuje na błękicie magiczne esy-floresy,

A one pozostaną na zawsze w moich oczach zapisane.

 

Stara grusza stoi samotnie na miedzy,

Podryguje na wietrze,

Przygarnęła wróbla – skaczącą kulkę,

A on obdziela radością każdą gałązkę bezlistną jeszcze.

 

Spójrz na niebo przybrane koronką gałęzi

z uwieszonym supłem skręconego poszarzałego liścia.

 

Potrząsają pustą głową stare osty,

Chrzęszczą kolankami uschnięte trawy z porwanymi pajęczynami –

Czarnymi, potarganymi przez wiatr,

Brudnymi wisiorami z przyklejonymi paprochami –

wydawać by się mogło, że z całego pola zebranymi…

 

I tylko ten błękit i te obłoki.

 

Skłębione jeżyny wystawiają haczyki.

 

Czekają na wachlarze seledynowych liści.

 

 

W Pińczowie. Prolongata pamiętania

 

pińczowskie obrazy odbijają się w lustrze wspomnień

żydówka Estera o błyszczących oczach

co pracowała w fabryce sukna Rosenberga

i te dołki w policzkach

a chłopak z farbiarni Bernsteina wypatrywał oczy

czarne oczy błyszczące czekoladą i te iskierki zapalone jak chochliki

poplamione spodnie

nie ochronił ich zbyt obszerny fartuch

kołysały się odgarniane brudną ręką pejsy

wymykające się spod czarnej zniszczonej jarmułki

szabat drgał świecami modlitwami śpiewanymi i kidusz

pogryzał macę i koszerny czulent zrobiony przez mame

rabin czytał Torę i wodził jadem by nie dotknąć zwojów świętej księgi

suknia Estery falowała fałdami – aksamit zielony pełgał czasem

zmęczone powieki tkały obrazy zamarzone

kurz się kłębił zmywała go Nida

okrywała włosy kraciastą chustą i zerkała wstydliwie na chłopaka

przechodząc nieopodal

oddechy równym rytmem grały

pozostały zapisane w ceglanym murze Starej Synagogi

śniły sny kamienie i zmierzchy rdzawe liśćmi

szlochały wiatry rozbiegane w cztery świata strony

nie wyśniły szoah

 

 

 

Władysław Mścichowski

 

Znak

Matce

 

Urodziłeś się przebity promieniem drogi –

po wewnętrznej stronie światła –

gdzie wszystko jest wiadome

od początku wzniesienia

 

Chór obłoków wędrujący z wyrazami olśnień

wybrzmiewa w górach ojczystej mowy –

bez naleciałości sztucznych dźwięków –

gdyż w nich dojrzewają dla ciebie słowa

w porytych błyskawicami krajobrazach świadomości

 

W korytarzach przemalowywanej pamięci

prześwietla się wiekopomna wiara –

brzaskiem świeżo migocących

przezroczystościami obrazów

 

Zmagasz się z czymś niewiarygodnym –

czego za zjawiskową chwilę

już nigdy nie zobaczysz –

jedynie zawsze poczujesz –

stopami buntu

 

Zmierzasz uparcie ku czemuś –

co podsłuchiwałeś w sobie –

Wywołany smugami czasu – biegniesz –

po lotnych krawędziach półprawd

 

Niewidzialne pułapki ciszy czekają –

w wytrwałej kolejce –

by cię odpowiednio wyprostować

na rozdrożach wolności

 

W końcu – strzeżony magią popiołów – przenikasz –

poza dni uciążliwej warty

i noce świadka czuwania –

w zaszyfrowaną rzeczywistość

 

Wczoraj był bogobojny znak –

żeby zgodzić się na wszystko –

bez żadnych zbędnych już gestów

ku cwałującym symfoniom pól i łąk –

utkanym kośćmi niepokonanych –

spulchnionych patriotycznym powietrzem –

gdzie pod otchłanią ogrodów pamięci –

czysty kurz

 

 

Szpital

 

To państwo – jest rozległym szpitalem

w którym leczy się zawsze zdrowych –

oczywiście na wszelki wypadek –

gdy nie powiodą się wdrażane zmiany zmian

 

Aby kolejny już raz nie zapadli

na tylko tutaj znane choroby –

nieuleczalne i powikłane –

dla władz tego bezsilnego ośrodka

 

Choćby tęsknotę do zwiększonej dawki wolności

lub manię nieco poprawniejszej demokracji –

czy świrowanie na tle stale wirtualnej sprawiedliwości –

a nawet samorealizacji narodowych dążeń i celów

 

Wszyscy w nim – zapobiegliwie wyleczeni –

czyli zredukowani do nieznanej im roli

nieustannie biernych mechanizmów –

na zawsze są już odpowiednio seryjnie zdrowi

 

Tacy pacjenci przestają samodzielnie myśleć

jedynie mogą teraz głośniej krzyczeć –

reagując na polecenia – sprania kolorów z wyobraźni –

w każdej nienormalnie zastałej sytuacji –

wymagającej sterowanego wyboru

 

Mogą też dłużej wypowiadać się – za obiecanymi dobrami –

choć nieoficjalnie – zakamuflowanych szachrajstwem –

bo zbyt późno – na białych ścianach wyczuwają

skierowany przeciw obywatelowi

szaro-bury bezsens – zaplanowanych posunięć

 

Niektórzy zdrowi – podejrzewają u siebie – nowe choroby –

bardziej zorganizowane – od poprzednich –

gdyż nigdy nie widzieli testów czy raportów –

a nawet – cienia odpowiedzialności – za doświadczenia

 

To kwestia wewnętrznego przekonania –

gdyż być dla nich dzisiaj świadomym człowiekiem –

oznacza zaistnienie nim całkowicie lub wcale –

przeciwko chorowitym lekarzom i prawnikom

 

Bezwzględne – lecz tylko uczciwe dążenia –

chociaż ponownie z rytualnym uderzaniem –

głowami zamętu – w te same zjełczałe mury betonu –

zaczyna budzić coraz większą i szerszą świadomość –

w innych – zdrowszych inaczej – pacjentach

 

Pobudza do autentycznego wyzwolenia –

popychając w kierunku stanowczej ucieczki –

od fałszowanej demokracji czy równości –

pod bielejącymi płaszczykami –

aby móc wreszcie wybrać –

samodzielnie – po wytrzeźwieniu z serii leków –

tą najwłaściwszą – swoją drogę –

wyleczenia – głównie – od Kłamstwa!

 

 

Dom

 

Ojcu

 

Kadry rozpięte prześwitami pyłu

krążą wolno – wokół ciebie i mnie –

powleczone bielmami zimnych czasów –

pozornie się przemieniają

rozpadaniem zapamiętań prochów

 

Jeszcze istniejemy w nich i w sobie

okrywani trwalszymi cudami okien –

i pod próg wspomnień wlepieni –

gdy na stos zwalone już księgi życia

 

Mamy więc jeszcze własne okiennice wiatru

i piski przedwojennych drzwi –

lecz nie jest to już nasz tutejszy dom –

kręcimy się w wyrwanych nam przestrzeniach

odziedziczając tu tylko ziemski niepokój

 

Przez zamykane powiekami przodków korytarze

zaglądamy do wyblakłych mazowieckich sadów –

w tym wciąż kolonialnym krajobrazie –

domalowując swoje miejsca niepodległe

 

Chociaż wszystko na około – od dawna się kurczy –

to my będziemy nawarstwiani w przeznaczenia –

poprzez nasze wiecznie rzeźbione światłocienie –

do wszechmocnych ujawnień nicości

 

Przesuwają nas niesprawiedliwie wygnanych

ociemniałymi kamieniami ich złosądów –

już bez mrzonek – o równym lub swobodnym rytmie –

gdyż jeszcze w tej poniżanej ostateczności

może nam się bezdomnie udać

 

Prywatnie w y j ś ć

tylko na swoje –

niepoprawnie rozłożone –

k o n s t e l a c j e

 

 

Pamięć świtów

 

Pamięci Janusza Krupskiego

 

Z pamięci przenikliwych świtów

ofiarnie wezwani –

spoglądali zamiast gwiazd –

na wilgotne powieki ziemi

 

Krajobraz unosząc Polski

w pęknięte wybuchami nieba –

gdzie nie ma horyzontów

i ogrodników sztucznych mgieł

 

Wybrani miarą przestrzeni –

rozwiesili płomienie wiary

 

Wymknęli się w przeczucia

bolesnej konieczności –

na honorowe zgłoszenie –

ostatecznej postawy

 

Tylko wspinaczka po rozrzuconych prawdach

została oświetlona bezsenną wolnością –

gdy miejsca po nich już wyplatane –

brzegami wieczności

 

Milczenia przenikają modlitwą –

między tchnieniami powietrza

 

Przez gniazda ostatnich myśli

przelatują poczerniałe powidoki –

i wybielane łzą cienie –

nieskończoności śladów

 

W strzaskanych ciszach dzwonu –

dopełnia się wartości cel

 

Rozsypani odbiciami czasu –

wrócili do niebieskich okien –

by spełniany sen ojczyzny –

rozsiewał niedokończone kroki

 

 

Wieczna pielgrzymka

 

Wizjonerze niepokonanego ludu –

p i e l g r z y m u j ą c e g o

ze sponiewieranego kraju –

i splamionego terrorem morza –

gdzie znów znaleźć wodę ukojenia –

którą obmyjemy nasze oczy

 

Modlitwy do planet przemijają –

za opętanymi krawędziami

biesowatego świata

 

Podstawieni wczoraj zachłanni władcy

dzisiejszego sztucznego raju –

wytaczają sobie nowe hybrydowe wojny –

upaprani w bitwach komercyjnych i medialnych

 

Znów koczujemy – rozdarci zorzami oporu –

z przybłąkanymi okruchami wszechrzeczy –

przed nie swoim już jestestwem

 

Niech nas chociaż buntowniczo poniosą

cudzoziemskie rozkołysane tchnienia –

do lądów zespolonych korzeniami –

których nie można nigdy zatruć i wyrwać

 

Powieki nasze wielokształtnie tam popłyną –

odwrócone zagubionym zdumieniem –

za pochopne nasze oczekiwania

i życie zamilkłych planet urojeń

 

Pod dachami wiecznych wypatrywań –

brzask rozdaje nam dziś niespodziewanie –

zadziwioną mgłę w całunach wiary –

aby ponownie nikt jej nie zranił –

brzemienną –

w cud ciszy

 

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Tren suchy

 

Umarła Małgosia, żona Piotra.

Ludzie zebrali po kilka złotych

i zamówili nekrologi w gazecie,

potem poszli na mszę żałobną.

Na cmentarzu odbył się pogrzeb.

Trumnę pokryły kwiaty i wieńce.

Piotr, a za nim wszyscy obecni

rzucili grudki ziemi na drewniane pudło.

Już następnego dnia klepsydry w mieście

zaklejono informacją o śmierci

następnej osoby,

już nie Małgosi, żony Piotra.

Mijał czas.

Mijały obrazy światła i cienia.

Kiedy poszłam odwiedzić ów dom,

w którym kiedyś było wesoło,

a słowa służyły do zabawy,

w progu przywitał Piotr.

Uśmiechnięty, szczęśliwy,

oczy miał jasne, otwarte jak zawsze.

Odwrócił się i zawołał w głąb ciemnego pokoju:

Małgosiu, nastaw wodę, mamy gościa!

 

 

Tren o domu

 

Nasz dom ukrywa pewne tajemnice,

które z wysiłkiem

zaczęliśmy rozświetlać.

Nawet coraz głośniej o nich mówić.

Był dzień, kiedy zaczęliśmy krzyczeć,

żeby wszyscy słyszeli

o najskrytszych szczegółach naszego życia.

Wołaliśmy z nadzieją,

że życie nie kończy się na tym,

co ja wiem o tobie, a ty o mnie.

Jakież rozczarowanie!

Nasze gardła zaczęły milknąć.

Nikt nie słuchał.

Wszyscy od dawna wiedzieli,

że umierasz.

 

 

Tren o myśleniu

 

Oni myślą, że twoja dusza

siedzi w gałęziach.

Mówią: obserwuje nas i ocenia

każdy ruch na tej ziemi,

wszystkie okruchy pamięci.

Boją się, że ich śledzisz

w domu, piwnicy, łazience,

gdziekolwiek są, sami, ukryci.

 

 

Tren meczowy

 

Mecz!

Co za radość, siedząc w tłumie

grać oczami od siatki do siatki.

Głuchy na deszcz tracisz resztki gardła

od pięciu tych samych słów.

Gool!

A potem na nogach z waty

wylewasz się z bramek stadionu na pełne ulice,

z wianuszkiem piany

na ustach.

Z rykiem.

Tak, smak piwa jest źródłem,

w którym pękają tęcze krystalicznych lodów.

Byłem dziś na meczu, w którym zwycięża się

tysiącami.

Kilometr od boiska rzeka chłopców

już nawiedziła miasto.

Trzaskały szyby i szklanki.

Wtedy w tłumie zobaczyłem znajome włosy.

Ciepłe włosy z poduszki obok mnie.

Ciemne, zakrywały słodki karczek,

sukienka w indyjskie kwiaty,

jakich już nikt nie nosi.

Szła powiewając szalikiem,

zwykłym, dzierganym z poprutego swetra,

jak to ona, najpraktyczniejsza z nich.

Więc ruszyłem po nogach, głowach

i barkach do przodu,

pędziłem ku niej przez

łokcie i tańczące biodra,

z jednego zaułka w drugi,

mijając sklepy, rzeźby, portale.

Na Starym Mieście

nie było jej już ani w fontannach,

pod żadnym parasolem — —

nie zdążyłem jej dopaść.

 

 

Tren zielony

 

Byłem przy grobie.

Kiedy skrzywiony bólem w krzyżu

kopałem Wzgórek Przyjaźni z Dnem Ziemi,

potrąciła mnie dziewczynka.

Wypuściłem motykę z rąk.

Jasnowłosa kobietka rozogniona złością.

Zrywając liść z nachylonego drzewa

zaczęła miąć krótkimi paluszkami,

rwać na strzępy, wyciągać żyłki,

z których niczego upleść się nie da.

Targała w zębach, patrzyła w oczy,

prowokując podniesienie ręki.

Ale mój krzyk jeszcze nie był gotów,

jeszcze nie wróciłem do dawnej agresji,

wciąż w półśnie, uśmiechnąłem się lekko,

gdy ona wypluła resztki za siebie

i już spokojniejsza odeszła do matki.

 

 

 

Anna Musiał

 

reaktancja

 

wakacje zaczynamy od dziewięciu zwłok w Monachium.

płyniemy zielonym korytarzem, wszystkie dźwięki

zlewają się w jeden, wwiercają w głowę. twarzoczaszka pulsuje

do rytmu. nagłówki krzyczą o dzieciach pozbawionych rąk.

 

(moje biegną teraz kolorowymi łąkami, zbierają kwiaty;

w ich snach jest miejsce tylko dla postaci z bajek i mamy.)

 

kładę głowę na twoim ramieniu. twoje ramię jest strefą,

w której nie ma czasu i grawitacji. w której przyrządy

do odmierzania grubości chorobotwórczych tkanek

działają tylko w wariancie remisji. zielony korytarz

cofa nas o dwanaście lat. dochodzę do siebie

dopiero na kolejnej stacji.

 

odwrócona psychologia: patrzeć w drugą stronę,

nie patrzeć. wycierać nieistniejącą plamę i liczyć,

że pieniędzy z konta wystarczy do następnego miesiąca.

potem zamknąć oczy.

 

tego słonia nie ma w pokoju, okno jest zamknięte.

na miejscu będzie niebo.

 

 

albino

 

nocami sypiemy ścieżki z białego szkła,

rano wysyłamy listy. w papierowych kopertach

chowają się małe dziewczynki (z ich imion można ułożyć

nazwy nowych planet lub nadać tytuły wszystkim wierszom

zaczynającym się od gwiazdek),

 

mają podarte rajstopy. biało-czarne grochy

świadczą o podążaniu za trendami, lecące oczka

o niemym przyzwoleniu na strach. są modne

w najbardziej oczywisty sposób i nie jest im wstyd,

 

kiedy z zimna przylegają do siebie jak porzucone zwierzęta.

jak bezdomne kociaki, które z instynktowną potrzebą

okazywania sobie ciepła, spędzają noce w kartonie.

stopniowo zamarza tam niezgodność charakterów,

na rzęsach kruszeje tusz.

 

czasami piszą o zimie, o płatkach śniegu

osiadających na przemarzniętej twarzy i rześkim powietrzu,

bez którego nie dałoby się normalnie oddychać. o ścieżkach

z białego szkła, jakimi przyszło im kiedyś wędrować

 

wmawiając sobie, że albinosi to anioły w ludzkiej skórze

przemierzający kraje, w których biel znaczy tyle,

co śmierć.

 

 

o dwudziestej drugiej

 

nadal chodzimy ulicami. zamglone latarnie wskazują,

że to jesień. odchylam się nawet miarowo,

tylko krok jakby niepewny. przechwytujesz mnie w locie

na jedną z płaskich planet. rozbijają się o nie szklanki, butelki,

słoiki i telewizory. rozbijają zwłaszcza wtedy,

kiedy panuje pogoda na rozwiązywanie małżeństw.

 

stałem kiedyś pod znajomym balkonem, w taką noc jak dziś.

słuchałem tłumionych krzyków i pisałem wiersze o kobietach,

które zamiast makijażu noszą nieustającą samotność.

o kobietach, które zawsze same malują paznokcie,

jakby jednym ruchem chciały pozacierać ślady

 

szedłem nimi w tę noc i ty szłaś obok mnie, jak zwykle

przerysowana. doganiał nas czas uprzejmych pożegnań,

czas bezalkoholowych drinków w kolorze złota,

obcego zapachu pościeli. za plecami znów tłukli butelki,

rozbijali je o szarą platformę chodnika. ja uciekałem,

 

uciekałem.

 

 

czwarte okno po prawej

 

mam pięćdziesiąt lat. włosy, których gęstość chowam

pod kapeluszami, nogi porozrywane plątaniną żył

w środku którejś z nich czai się szybka śmierć.

 

najtrudniejsze bywają poranki. po piątej zrywa się wiatr,

pędzi schodami, obija się o drzwi i wraca. uderza w twarz

na powitanie. bardziej boli już tylko samotność pustych ścian.

 

ich żółknąca biel odkłada się pod skórą;

jest jak dodatkowa warstwa ochronna, która nie działa.

nie jestem teraz sobą. wyraźnie słyszę tykanie zegara, bicie

 

serca o ton za wysoko. znów przypominam drzewo

o rozpiętych konarach. chowam w sobie świat,

chowam wszystkie gwiazdy i planety, domowe ogniska.

 

na własność mam tylko niedziele i święta.

pełny stół, poustawiane krzesła. siedzę prosto

i jak za dawnych lat trzymam złączone kolana.

 

 

niedomykalność

 

znów coś niepostrzeżenie wkradło się między żebra,

dotknęło mostka. podobno to zima wkrada się tak w człowieka

przez niedomknięte powieki, kiedy w obawie przed odejściem

mruży oczy. udaje, że śpi.

 

kolejną noc opadam więc powoli. zwijam się

na podobieństwo liścia, który przeczuwając nieuchronny koniec

kurczy się w sobie. przeobraża w użyźnioną glebę.

 

z dala od ciebie próbuję wyrwać wadliwy kawałek mięsa.

element układanki, co rozrasta się

w niesprzyjającym środowisku; w macicy, w której

współczynnik umieralności sięga dziewięćdziesięciu procent.

 

wybija połowa listopada, wkrótce przyjdzie się nam pożegnać.

zapadnę w zimowy sen bez zbędnych wyznań i deklaracji,

choć gdybym mogła, chciałabym jeszcze uzasadnić ból

 

nadać sens powtarzalności, dorysować wykres

nieprzespanych i nieprzeżytych nocy. odeprzeć wtórną

 

niedomykalność powiek.

 

 

 

Anna Mikos

Urodzona 30 grudnia 1970 roku w Otwocku. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Wiosną 2016 roku ukazał się Jej debiutancki tomik poezji pt. „Krynica” (Wydawnictwo Mawart). Od lata 2016 r. publikuje swoje wiersze w Świętokrzyskim Magazynie Kulturalno-Literackim „Ars Pro Memoria”. W czasie 45. Warszawskiej Jesieni Poezji otrzymała III nagrodę w III Turnieju Jednego Wiersza im. Jarosława Zielińskiego za wiersz pt. „Siła”.

 

 

Maciej Henryk Modzelewski

Jest laureatem licznych konkursów literackich np. Międzynarodowy Konkurs Poetycki „Młodzi Poeci” zorganizowany przez Głos Polskiej Kultury w Birmingham oraz IPPA w Londynie, Międzynarodowy Konkurs Poetycki „Sen o Karpatach”, Międzynarodowy Konkurs Poezji Chrześcijańskiej im. Jana Pawła II w Opolu, Międzynarodowy Konkurs Poetycki im. Reni Spiegel, Ogólnopolski Konkurs „O Laur Wierzbaka” w Poznaniu, Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Odkrywamy Talenty Przyszłości” w Warszawie, Ogólnopolski Konkurs na Felieton we Wrocławiu, Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Jacka Kaczmarskiego „Rytmy Nieskończoności” w Warszawie, Ogólnopolski Konkurs na Felieton we Wrocławiu, Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Jacka Kaczmarskiego „Rytmy Nieskończoności” w Warszawie, Ogólnopolski Konkurs Sienkiewicz współczesny. „Przerabianie” Sienkiewicza (UMCS w Lublinie), Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Zbigniewa Jerzyny w Warszawie. Wiersz „Muzyka puszczy” Komisja Europejska w Brukseli zamieściła w książce „Opowieści o naszych lasach” wydanej w 24 językach krajów UE. Jego wiersze zamieszczono w ponad 80 almanachach pokonkursowych i książkach z numerem ISBN i czasopismach wydanych w Polsce i za granicą np. „Szklane pióro” (Sydney, 2013 r.), międzynarodowy kwartalnik „E=SztukadoKwadratu” (Londyn, 2013 r.), „Antologia Poetów Polskich 2016”, „Rocznik Białobrzeskiego Towarzystwa Kulturalnego 2015”, „Młodzież pisze wiersze. Jugend schreibt Gedichte” (Berlin, 2015 i 2016 r.), „Almanachy” Grupy Poetyckiej Sił Powietrznych w Warszawie. Współpracuje z „Gazetą Białobrzeską”.

 

 

Władysław Mścichowski

Urodzony w 1947 r. w Łomży. Mieszka w Warszawie. Poeta, prozaik, malarz, grafik, kompozytor, muzyk. Debiut w 1964 r. arkuszem literacko-plastycznym „Drzeworyty”. Publikował w prasie, periodykach, almanachach, antologiach, pismach okolicznościowych, wydawnictwach towarzyszących akcjom artystycznym, radiu, telewizji, portalach internetowych. Wydał książki i e-booki, m.in. „Załomy” (1966), „Scherzo” (1968), „Malarz wolności” (1970), „Erotyki” (1974), „Postludium” (1976), „Niezłomni” (1978), „Malowana solidarność” (1980), „Światłocień” (1982), „Apnea” (1984), „Kontramarsz” (1986), „Sąd nieostateczny” (1990), „Akslop” (1994), „Niedokończona rewolucja” (1997), „Interludium” (2000), „Pieśni i piosenki” (2003), „Warkocze Narwi” (2005), „Ciszy cud” (2008), „Aforyzmy i fraszki” (2010), „Amarant” (2011), „Szeryf Łomży” (2012), „Bestiarium” (2013), „Wizjoner” (2014), „Perła i pył” (2015), „Węzeł Polski” (2016). Założył grupę literacką „Załomy” i Klub Młodych Twórców. Współtworzył Łomżyński Klub Literacki i Kameralną Orkiestrę Symfoniczną. Należał do KKMP, ŁKL. Pisał w drugim obiegu, drukował materiały konspiracyjne, organizował wydawnictwa i drukarnie podziemne – za co był represjonowany. Spora część dorobku została zniszczona podczas „rewizji” i włamań – w bezprawnym „stanie wojennym” i później – z zabieraniem maszyn do pisania, pierwodruków, materiałów. W swojej twórczości przewidział powstanie ruchu narodowo-wyzwoleńczego i Sierpień '80. Otrzymał około 50 nagród i wyróżnień w konkursach literackich.

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Urodził się 29 marca 1946 r. w Zielonej Górze. Debiutował wierszem w 1967 r. Doktor n. med., internista, profesor dr hab. językoznawstwa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ogłosił ok. 500 publikacji literackich i naukowych, m.in. poezje: „Namiot ośmiu wierszy” (1975), „Ludzki wynalazek” (1978), „Wilgoć” (1997), „Za kobietą tren” (2001), „Opaska gazowa. Poemat dyżurny” (2004), „Park” (2011), „Schody” (2015), a także powieści „Himalaje” (1979), „Czapki i niewidki” (1980), „Śpiący w mieście” (1983), „Diabeł na placu Zbawiciela” (1990), opowiadania „Proszę spać” (1978), „Raz jeden jedyny, 53 opowiadania z nieustannego stanu w.” (2007), dramaty radiowe „Piórko”, listy „Müldner & Jakób. Korespondencja literacka Lecha Jakóba i Piotra Müldnera-Nieckowskiego” (2010), ok. 80 dramatów radiowych na antenie Polskiego Radia, felietony, przekłady, książki i artykuły naukowe, w tym „Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego” (2003), „Nowy szkolny słownik frazeologiczny” (2004), „Wielki słownik skrótów i skrótowców” (2007). Przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich prowadzi warsztaty dla początkujących autorów pn. „Stajnia Literacka”. Pod adresem http://lpj.pl od 1998 r. istnieje jego internetowy poradnik językowy. Otrzymał nagrody za twórczość, m.in.: im. T. Borowskiego (1976), im. J. Korczaka (1982), Nagrodę Radiokomitetu I stopnia (1992), Medal Komisji Edukacji Narodowej (2003), Za Zasługi dla Kultury w Wojsku Polskim (2008), Nagrodę poetycką im. Cypriana Kamila Norwida (2012), nagrodę Polskiego Radia i Telewizji Polskiej „Wielki Splendor” (2013), srebrny „Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2016). Do 1983 r. należał do Związku Literatów Polskich. Jest wiceprezesem Oddziału Warszawskiego i członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego był w 1989 r. współzałożycielem. Członek Polskiego PEN-Clubu.

 

 

Anna Musiał

Urodzona w Poznaniu. Autorka tomu poezji „Pandemonium” (Wydawnictwo Eperons, Ostrogi, 2015 r.). Jej wiersze publikowały kwartalniki „Wyspa”, „sZAFa”, „Metafora” oraz „Babiniec Literacki”, „2Miesięcznik” i „Helikopter”, a także „Magazyn Literacki Minotauryda”, „Pocztówki Literackie ODRY”, „Salon Literacki”, „PKPzin”, „Kulturalnik Poznański” i „Magazyn Przestrzeń”. Zwyciężczyni w plebiscycie na Wiersz Roku „Srebrna Łyżeczka 2014” portalu Herbatka u Heleny. Jeden z wierszy autorki znalazł się również w antologii 2Miesięcznika pt. „Grała w nas gra”.

 

 

 

 

 

Pin It