ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Dominika Lewicka-Klucznik, Agata Linek, Justyna Lipińska,

Monika Luque-Kurcz, Grzegorz Malecha

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

Dominika Lewicka-Klucznik

 

Najlepszy z możliwych światów

 

– Jak chciałeś, jestem.

– Wrócisz na ziemię. Pragniesz miłości, więc dam ci jej najczystszą postać.

– Człowiek?

– Tak. Urodzisz się jako druga dziewczynka. Masz jeszcze chwilę. Za siedem miesięcy poczujesz cały świat maleńkim ciałem.

– Jaki on będzie?

– Twój to najbliżsi, reszta nie będzie ważna. Miejsce to dom, osiedle, małe miasto w południowej Polsce. Zielono, niezbyt głośno, wystarczająco, by spokojnie żyć.

– A oni?

– Rodzice? Ona uwielbia wysokie szpilki i gotowanie. Ma siłę dla siebie i znajdzie ją dla ciebie. Jest odpowiednio samolubna, by pokochać całym sercem. Zobaczysz świat jej oczami, poczujesz życie jej dłońmi. Będzie walczyć o każdy twój dzień.

– On?

– Będzie cię nosić na rękach. Codziennie. Tańczyć będziecie przy muzyce, którą kocha. Postawi za tobą każdy krok. Dzięki niemu będziesz piękna i silna.

– Siostra.

– To twoja jedyna przyjaciółka. Narysuje ci marzenia, ustawi trudności. Będzie cię trzymać za rękę i ona jedyna będzie w stanie pozwolić ci popełniać błędy.

– A reszta?

– Każdy, kto cię spotka, obdarzy cię miłością bezgraniczną, wywołasz najszczersze odruchy serc. Sprawisz, że wielu ludzi zmieni swoje życie.

– Kim będę?

– Największym szczęściem.

– Powiedz, dlaczego pozwalasz na tyle pytań, dlaczego poświęcasz mi tyle czasu? Ostatnio nawet nie rozmawiałeś ze mną. Kim będę?

– Będziesz człowiekiem, który czuje zbyt mocno. Będziesz istotą, która wymaga cierpliwości. Twoi rodzice nigdy nie dowiedzą się, co myślisz, czy widzisz, czy słyszysz, ale stworzą ci najlepszy z możliwych światów. Bo ty możesz zdarzyć się tylko im.

– Czyli?

– Nigdy nie będziesz chodzić w szpilkach mamy.

 

 

Szczęścia nie bierze się na zeszyt

 

dzień zaczynał od mocnej kawy, ruskiego

papierosa i klina na dobry początek.

potem już tylko prasówka ograniczona

do jednostronnych komentarzy w internecie.

utwierdzały go w przekonaniu, że jedyna

słuszna, jego racja kiełkować będzie

w następnych pokoleniach.

 

historia pokazuje, że okrutniej zabija sąsiad

niż wróg w mundurze. w milionach

skazanych na szybką lub męczeńską śmierć

jest kilka milionów bijących się myśli.

czy nie lepiej byłoby zachować się nieetycznie?

 

a może etyki nie ma, gdy szczęściem dziecka

okazuje się zginąć razem z rodzicami

bez przyszłych traum, medali dla sprawiedliwych.

historia z ekranu lub książki najbardziej wstrząsa

pokoleniem ofiar, rzadko kiedy oprawców.

 

krwawe lekcje toczą się kwadratami, zahaczając

o prywatne patriotyzmy, wielkie idee.

a my tkwimy w nienawiści do tych,

którzy głosowali nie tak. wierzą inaczej.

kochają na opak.

 

 

To było na slajdach

 

po latach nie zmieniają się tylko góry.

ośrodek wygląda inaczej i dzieci na kolonii jakby inne.

nasze nie gapiły się bez przerwy w telefony

tylko w nas. drzewa urosły a ubiegłoroczna powódź

zabrała część wsi.

 

umarł właściciel pensjonatu który przyłapał ciebie

jak czuwałeś nad nagim ciałem. tak się zabiera

tajemnice. jest cmentarz gdzie po raz pierwszy

poczułam świat twoimi ustami i szczyty które zdobywaliśmy

nocą wychodząc przez małe okno w kuchni.

 

może to niesprawiedliwie że jak każdy przed i po

kochałeś mnie mocniej niż umiałam strawić

i być może nadal pierś idealnie mieściłaby się w twojej dłoni

ale nie byłeś wyborem ani na miłość ani na życie.

 

wiem że jesteś najważniejszym mężczyzną

na nieżycie i niemiłość. tylko nie mam czasu

na przerywane rozmowy. ciepłe gesty są ważniejsze

niż setki słów. więc wciąż jesteś.

 

 

Sukienka

 

na mojej nie ma napisu nie gwałcić

podobno takie noszą kobiety w zachodniej europie

w obawie przed klejącymi rękami tych stamtąd

moja jest długa do samej ziemi i zahaczam o jej ranty

sandałami jak spieszę się na wszystkie tu i teraz

a przecież jestem nieumalowana

nie chcę słuchać że długa a prześwituje i widać mi bieliznę

(w sumie to może dobrze że ją mam) i długie nogi i piersi

które podkreśla czerwona listonoszka od wojtka

czy to jest mój problem że podobno to podnieca mężczyzn

a może ich kręci wszystko byle tylko mieć

byle tylko zdobyć

nie będę nosić koszulki z napisem no means no

ani golfów czy za dużych spodni nie ubiorę burki

NIE jest problemem innych moim już NIE

 

 

Nie trzeba wszystkich odprowadzać na cmentarz

 

zobaczysz, jeszcze zdążymy zatańczyć

do ulubionych melodii. dokończyć

zbyt krótki pocałunek i rozmowę przerwaną

przez poranek. zimą schowam się w ramionach

i zacznę tęsknić, zanim definicje się dostosują.

do tego czasu pójdę niebieskim szlakiem.

z tęsknoty za samotnością nie będę

nocować w schroniskach. czas przed

i po puszczę w niepamięć

zdrady i kłamstwa, obchodząc

jednocześnie urodziny i rocznice.

 

 

 

Agata Linek

 

Czajnik

 

Dziadkowi Henrykowi

 

nastawił wodę

wyciągnął herbatę

i cukier…

(w domu już dawno nie ma słodzika)

 

żarówka w kuchni się przepaliła

poszedł do przedpokoju

wyłączył korki schowane za długim obrazem

i wrócił

żeby wkręcić nową

 

kuchnia znowu napełniła się światłem

jakimś innym

cień w przedpokoju

taki znajomy

ciepło się nagle robi

 

uśmiech na jego twarzy

śliska cerata kuchennego stołu na palcach

 

– Heniu! Woda się zagotowała.

– Wiesiu! Chodźmy już…

 

 

Rouen

 

drwale narąbali drzewa

chłopi ułożyli w stos

strażnicy wbili pal na środku

służący utkali linę

kat zapalił pochodnię

czekają

 

w kościele przed ołtarzem

kardynał na klęczniku

 

w celi przed zakratowanym oknem

Ona na kamieniach klęczy

 

za chwilę

wyprowadzą Ją na plac

i w imię Jezusa Chrystusa

zabiją

 

kardynał rozgrzeszy wszystkich obecnych

w imię Jezusa Chrystusa

dokona samosądu

 

z nienawiści

z zemsty

ze strachu może też

 

a jak już ich wszystkich na świecie nie będzie

ktoś nagle powie:

„Ona chyba jednak świętą była!”

 

 

Myśli przy łasiczce

 

oczy ślepo zapatrzone w dal

o czym można jeszcze myśleć

po siedmiu latach pozowania

 

przemyślane wzdłuż i wszerz

niedzielne kazania

przepisy babci na obiad

plotki usłyszane na kółku haftowania

wyznania Rafaela z naprzeciwka

 

można jeszcze tylko myśleć

kiedy mistrz już wreszcie skończy

 

ale

co ja wtedy będę robić ze sobą

nie pamiętam co było wcześniej

 

Leonardo

nie spiesz się

daj mi przemyśleć

jeszcze tylko to

najważniejsze

 

 

Niedokonany

 

dziwili się

kobieta a spokojnie stała

gdy lekarze mówili

„Nic nie dało się zrobić”

 

dziwili się

gdy żadna kropla

nie spłynęła

na trumnę

 

dziwili się

zwyczajnie pakowała

jego rzeczy

jakby robiła to codziennie

 

nie widzieli

gdy weszła do kuchni

rozpłakała się

na zielonym blacie

 

rachunek

dla niego już na zawsze

niezapłacony

 

 

Nocą

 

M. J.

 

szkoda spać

gdy cisza ogarnia miasto

poeci zbierają z gałęzi dojrzałe metafory

 

szkoda spać

gdy chodniki uwalniają się od stóp

pisarze zbierają z wyczerpanych ulic notatniki z myśli

 

szkoda po prostu spać

gdy można śnić

 

 

 

Justyna Lipińska

 

 

Śmiertelność przenoszona drogą umysłową

 

bezbariery mamią świetlanymi wizjami, które tworzą się tam,

gdzie nie ma pełnego wglądu. wzrok nie sięga tak daleko

i wszystko widziane jest percepcyjnym odrealniaczem,

wbudowanym na potrzebę nadziei

oraz na wypadek nagłej chęci powrotu.

 

przy-kazano mi żyć i wszelkie triki,

zapewniające o możliwościach szczęścia, celują jak karabiny,

wymierzone wprost proporcjonalnie do niechęci życia.

 

wiem, że jest pięknie. zależność postrzegania intensyfikuje się

pod wpływem zewnętrznych rozkapryszeń, uwolnionych bez kontroli.

cichaczem wymykają się poza, ubawione z mojej nieporadności

w radzeniu sobie z nieradzeniem.

 

zaczynam się godzić (głównie ze sobą). łatwiej być

znoszona przez ciemniste podmuchy. w głowie

wierci się tylko myśl, jaki sens ma gra, którą trzeba przegrać,

aby odnieść zwycięstwo, w nieistnieniu.

 

 

Amazońska przypowieść o bezpiersi

 

kochasz kiedy jestem cała w cukrze

pod wpływem śliny rozmywam się w roztykanych zegarach

przerwy między wskazówkami czasu budzi się prawda

a ty śpisz

 

głaszczę wtedy twoje włosy i wbijam się w serce nożem

który kupiłeś po promocyjnej cenie przewyższającej wartość

 

krwawisz ale tamuję cię na wszelki wypadek

gdybym znów zechciała sięgnąć dna

 

na nim jest bezpiecznie nie można już upaść

bardziej zostawić ślad żeby wiedzieć

gdzie jest miejsce niedoczesnego spoczynku

 

z radością spoglądasz z góry zbudowanej z przekonań

o tym co dobre dla ciebie nie dla mnie

bo nie istnieję jako wyobrażenie utkane z pobożnych życzeń

i tego co tworzy z ciebie kata

marnego pana

 

 

Pięć ciemnoświatłości tunelu

 

Weronika postanawia schudnąć

żeby w trumnie być lżejsza

i chociaż jeden raz

niesiona na rękach

 

zostanie jej wspomnienie

życia w żadnym sensie

gdy opuści martwe ciało

obudzona ze snu

 

zacznie szukać siebie

od nowa

jak najlepiej

upodobniając się do początku

 

bezcieleśnie po-woli wróci

w nieskończoność

 

gdzie nic już nie dotknie           

poza zasięgiem będzie

jedynie oddychać

schowana w przedziale tętniących komór

po torze

 

 

Za stygnienie. Toast

 

schłodniałam

w wyobraźni poniosło mnie na kratery

i wtedy topniejąca krew zalała odwnętrze

 

w zaschnięciu figura którą jestem teraz

porusza się w prawo bądź w lewo popychana

tym co spowodowało wylew

przyziemnych konfrontacji

 

gładzisz chuchaniem żeby rozgrzać

zmartwiałe członki w pozach odmiennych niż ty

jednak podmuch nieżywych słów rozwiewa

najczulsze perswazje

 

gdybym nagle ruszyła w przód zostałbyś

zasypany resztkami warstw

które nie nadążają za prędkością światła

cofając się widzę kształt swojego cienia bez wyrazu

zapadającego w podziemie

 

więc będę kołysać się między tobą a sobą

aż odetchnę z więzi którą trzymasz

desperacko w osoczu

 

 

Zamarli w tysiącu i nie jednej nocy

 

zabrałeś ze mnie wszystkie dotyki

i usta wypełnione botakchceniem

rozebrana i ubrana

zostałam

żeby żaden chłód nie dotarł

do odległości

która zawiła się między (s)nami

 

w przebudzeniu szydzę

z pożerającego nie do mówienia

co bezdźwięcznie infekuje gardło

 

oczy wiście

że tę (odległość) przecież chcę

o patrz nie

byś kochał szlochał

spętlony niewidokiem

 

pełna w pokoju i pusta na boju

brak mi

w rozstrzelnicy śmierci nośnej

do punktu wejścia tam

gdzie już nie ma więcej

mnie

 

tylko ci(cho)

ot dam

 

 

 

Monika Luque-Kurcz

 

 

śmierć trwa tylko chwilę

 

w poezji nie znajduję miejsca na wstyd

banał i co ludzie powiedzą

jeśli kiedyś napiszę wiersz będzie jak

patroszona kaczka

 

obrany z piór mięsa i

ścięgien

stanie się klepsydrą

grzybem

który żywi się promieniowaniem

po bombie

 

mogę nim być

zapisać na skórze każde westchnienie

pomruki dzika na skraju lasu i burczenie

w brzuchu z głodu

 

fazy krzepnącej krwi

ulewającego się z piersi mleka i moczu

parującego na szpitalnym łóżku

 

jeśli kiedyś napiszę wiersz

 

w nim się przesypię z rąk

wprost do ziemi

 

 

monady

 

czasami zapada w nas cisza jak długi

 

korytarz o gładkich ścianach

 

strzyżony dywan tłumi kroki

słyszę wówczas łagodny przepływ krwi on

 

czyta ja piszę lub na odwrót

te chwile gdy możemy poza sobą

 

powdychać powietrza

 

ułożyć kilka warstw na zapas pozwolić

 

dojrzeć słowom

najbardziej tęsknią dłonie i

 

wiersze

świty przechodzą z różu w czerwienie kiedy czekamy

 

aż minie noc i znów wypłynie jordan

 

na spodek filiżanki

 

 

reminiscencje

 

ujęła mnie

pochylona sylwetka kobiety szorującej grób dziecka

 

była w tym akcie niewypowiedziana intymność

 

matczyna czułość skoncentrowana w tarciu szczotką

 

o płytę nagrobną

uśpiona rozpacz zastygła w nienaturalnie

 

mechanicznych ruchach przelana na twarde włosie miarowo

 

zacierała wspomnienia

każde pociągnięcie w przód to kolejne urodziny

 

gwiazdka dzień dziecka

 

pierwsza komunia

 

nowy rowerek i kaptur

naciągnięty na głowę jakby wszystko wokół od zawsze

 

milczało

 

 

stalowy wiersz

 

zanurzyć się w srebrze księżyca

 

światłem wypełnić tęczówki po brzegi

 

na wspólnym oddechu się unieść

 

gwiazdy rozpołowić

na lutni z jednego promienia

 

słońca gdy z dali oślepia

 

zagrać tak raz aż do końca

 

miłością co dech zapiera

rozstawać się tylko na długość ramienia i

 

każdej

 

różanej nocy

 

splatać z palców warkocze

 

dni te zwykłe deszczowe przemienić

 

w złocistą równinę

 

 

kadr z ciała

 

nie ma w nas pośpiechu

 

krzty zniecierpliwienia

 

czekamy

 

na rozstąpienie wód

przychodzisz pachnący ogniem

 

rozlewam się jak pełna rzeka od teraz

 

nabieramy znaczenia

 

w ciemni

zamykam oczy

 

formują się kształty i cienie

 

wilk z krwawym grzbietem

 

podnóżek i ogień a jednak

mieścimy się w słowie

 

zaledwie

 

kilku wersach

 

 

 

Grzegorz Malecha

 

 

***

dopiero po śmierci zacząłem traktować świat śmiertelnie poważnie

w chwili gdy rzeczy niepojęte stały się pojęte a pojęte nieważne

słowo straciło sens a chwila zastanowienia okazała się wiecznością

ciągle łudziłem się że to tylko końcowy egzamin

 

w miejscu gdzie nie spotykają się już żadne zaszczyty postawili wiadro

przyciężki cień niosącego światło

chybotał się wraz z rozdygotaniem świec

wiadro – no tak dusza potrzebuje naczynia by istnieć

 

ostatnią rzeczą o jakiej pomyślałem było to czy

moje sumienie wypełni to wiadro do połowy

czy może w połowie nadal będzie puste

 

 

brelok

 

sięgnąłem ręką głęboko

łapiąc szaleństwo za włosy

podniosłem na poziom oczu

gdy wiło się jak piskorz

natrzaskałem mu po mordzie

złagodniało

teraz

wisi grzecznie kutasem u pasa

i kiwa główką w rytm

moich kroków

 

 

przejaśnienie

 

ten deszcz to zaledwie przeczucie nadchodzącej nawałnicy

ukradzione milczenie przemoczonych prześcieradeł nasiąkniętych krwią

ich wstyd ocieka wywieszony na sznurach z bielizną

 

otwarte lufciki półotwartych snów

przepuszczają poszarpane iluzje

niedopowiedzeń sąsiedzkich kłótni

oskarżenia padają jedne po drugim

 

na mokrych stropach wewnątrz Wielkiego Ego

piętrzą się zacieki w kształcie Elvisa czy Jezusa

młode przystojne płaczące bo świat za szybko zapomniał

 

tym razem zabiorę cię w ten deszcz

słowem i uczynkiem między mokre kartki wierszy

na pohybel złym spojrzeniom zza ciemnych zasłon hipokryzji

pod rynnę aż zaświeci dla nas łuk przejaśnienia

 

 

***

poniedziałkowe poranki nie są skore do rozmów

przenikają cicho za mokrą szybą autobusów

szarym tłumem spieszącym do fabryk

czy wśród nich znajdzie się choć jeden

(z setek siermiężnych znaków zapytania

owiniętych w sreberko kanapek z salcesonem)

niosący na dłoniach zapach psa

w którego oczach wciąż

odnajduje się ślepa miłość

 

 

***

w małych osiedlowych sklepach spożywczo-przemysłowych

znudzone ekspedientki sprzedają tanie wina na przemian ze zniczami

wdowy ze łzami w oczach i czerwone nosy pijaków stoją

w długich kolejkach stąd do wieczności

 

na jednym grobie wypalony wkład i pusta butelka

 

toast wzniesiony za spokój duszy

 

 

 

Dominika Lewicka-Klucznik

Dominika Lewicka-Klucznik – 39 lat, animator, filolog. Była jednym z pomysłodawców powstania Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego. Od początku istnienia Klubu angażuje się w jego działania pisarsko oraz organizacyjnie. Od marca 2014 roku jest prezesem Stowarzyszenia „Alternatywni”, które zajmuje się organizacją wydarzeń kulturalnych w Elblągu. Jest pomysłodawcą i głównym organizatorem Festiwalu Literatury „Wielorzecze”. Jest redaktorem kilku książek wydanych przez Stowarzyszenie „Alternatywni”, autorem wstępów, recenzji oraz materiałów promocyjnych. Publikuje w antologiach, pismach literackich i kulturalnych. Jest laureatką ogólnopolskich konkursów literackich i turniejów jednego wiersza. W 2013 r. wydała debiutancki tomik poetycki „Samopas” nominowany do nagrody Orfeusz w kategorii Orfeusz Mazurski. W 2016 roku odebrała nagrodę Kreatora Kultury od Prezydenta Miasta Elbląg za dotychczasową działalność, a III Festiwal Literatury „Wielorzecze” został uhonorowany nagrodą Wydarzenie Roku. To drugi laur dla tej nowej inicjatywy Stowarzyszenia „Alternatywni”. W tym samym roku ukazał się drugi tomik autorki pt. „Limit na cuda” (Poznań).

 

 

Agata Linek

Pochodzi ze Stalowej Woli. Absolwentka czterech fakultetów na UJ, w tym Studium Literacko-Artystycznego. Poetka, prozatorka, animatorka kultury, redaktorka tomików, recenzentka poezji, doktorantka Instytutu Filozofii UJ. Administratorka portalu literackiego Artefakty, gdzie pełni funkcję Opiekuna Poezji. Członek Związku Literatów Polskich, Stowarzyszenia Autorów Polskich, Stowarzyszenia Literackiego „Witryna” (sekretarz) oraz Grupy Poetyckiej „Feniks” (współzałożycielka). Laureatka konkursów ogólnopolskich i międzynarodowych z zakresu poezji i prozy. Debiutowała w 2002 r. w ogólnopolskim dwutygodniku „Victor” u L. Janiona. Publikowała w prasie regionalnej i ogólnopolskiej, almanachach poetyckich (także międzynarodowych), na portalach emultipoetry.eu i artefakty.pl. Jej wiersze przetłumaczono na język słowacki, angielski i rosyjski – ukazały się na Słowacji (Dotyky), Ukrainie (Krynica), w USA (Orzeł Biały), Australii (The Australia Times) i Indiach (Our Poetry Archive) – a także prezentowano je w Polskim Radiu. Wydała tomy poezji: „Jesteś elfem?” (2006, postscriptum A. Kajtochowej, Nagroda ZLP za Najlepszy Literacki Debiut Podkarpacia im. W. i A. Strumskich), „Śmiech ćmy” (2010), „Śpiew delfina” (2012, nominacja do Nagrody Kulturalnej Miasta Stalowa Wola „Gałązka Sosny”) oraz „Szept pumy” (2015, polsko-angielski, posłowie prof. Gabrieli Matuszek, „Gałązka Sosny” oraz nominacje do Nagrody Literackiej „Złota Róża” i Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego „Orfeusz”).

 

 

Justyna Lipińska

Z zawodu nauczycielka, z zamiłowania poetka. Pisze od kilku lat, publikując głównie w Internecie. Od początku związana z Portalem Pisarskim, gdzie nadal rozwija poetycką pasję. W 2014 roku ukazał się jej pierwszy zbiór wierszy „Błąd w nawigacji”, nakładem wydawnictwa Miniatura. Lubi poezję konfesyjną, niekonwencjonalną w formie, w której zwierza się czytelnikowi ze swoich emocji, przemyśleń i spostrzeżeń na temat życia. Zainteresowana nie tylko poezją, ale też prozą, psychologią, filozofią i metafizyką. Prócz wierszy ma w swoim dorobku również kilkanaście opowiadań oraz zbiór aforyzmów „Myśli zbuntowane”, wydany w 2017 roku w ramach self-publishing, w systemie wydawniczym Ridero. Obecnie mieszka za granicą, gdzie w wolnych chwilach przekłada swoje wiersze na język angielski.

 

 

Monika Luque-Kurcz

Monika Luque-Kurcz (czyt. Luke) urodziła się 5 sierpnia 1977 r. w Rzeszowie. Dotychczas publikowała wiersze w kwartalniku „Wyspa”, „Nowych Myślach”, e-tygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl” (wiersze tygodnia) oraz w „Helikopterze” wydawanym przez Ośrodek Postaw Twórczych. Również w „Obszarach Przepisanych”, „Frazie” i „sZAFie”. Ukończyła Liceum Ogólnokształcące w Ropczycach, po czym kontynuowała naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Na trzecim roku przerwała naukę, wyjechała do Hiszpanii. Aktualnie mieszka w Ropczycach na Podkarpaciu.

 

 

Grzegorz Malecha

Urodzony w 1979 r., absolwent Uniwersytetu Szczecińskiego. Z poezją związany z przerwami od 2000 roku. Pierwsze próby literackie umieszczał w Gazecie Pieszyckiej i Tygodniku Dzierżoniowskim. W październiku 2016 roku wydał debiutancki tomik „Odpisane z życia”, współautor kilku antologii poetyckich. Od 2003 roku mieszkaniec Pomorza Środkowego, od grudnia 2016 r. jego wiersze systematycznie ukazują się na łamach lokalnego Tygodnika Białogardzianin. Wraz z żoną i córkami mieszka w małej popegeerowskiej wsi w gminie Białogard.

 

 

 

 

 

Pin It