Ewa Kłobuch - wiersze

 

klobuch ewa

 

 

gdzieś między Piłsudskiego a komodą - pętla

 

czas uciekał spod stóp jak stopnie

lawirowały pomiędzy krokami

zdążył jeszcze pomyśleć że ewoluował

i oto jest ptakiem

a wtedy skrzydła zrzuciły balast

 

może to tylko sen

 

a może jest nim wszystko

spróbuj utrzymać dystans

tak żeby nie było nas za dużo

w przestrzeni wyznaczonej na obecność

są jeszcze inni a to zobowiązuje

 

do systematycznego kurczenia się w sobie

aż w końcu znikniesz mi z oczu

na którejś z ulic

przebiegających nocą przez pokój

 

wszystkie noszą znajome nazwy

i obco brzmiący tłum

lepiej zamknij okno

 

zanim wyprowadzą nas z ról

zanim od neonów i lamp

zajmie się sufit

 

 

zamarzają pierwsi przechodnie

 

skupmy się na jutrze

 

zapowiadają mróz a nie wróży to dobrze

wystawionym za drzwi poetom

nie przysługuje miska

nawet karton w którym mogliby owijać

zmarznięte stopy wierszami

 

wreszcie byłby z nich jakiś pożytek

coś więcej prócz tłumaczenia obecności

i modlitw przerywanych w chwili

gdy znużony Bóg odwraca głowę

wiatr wpycha słowa z powrotem do gardła

dławi nadmiarem treści w płucach

 

a oni proszą o rozgrzeszenie lub karę

byle nie stać w miejscu zająć czymś usta

to jak z czytaniem

koniecznie pod światło

kartka rzuca cień i oto są

obserwują reakcję na ból

nieuchronne zapadanie się kontynentów

choć ziąb taki że już nie sposób

wyobrazić sobie ciepła pod skórą

 

 

jak gdyby nigdy nic czekam aż przyjdziesz

 

zagramy w dwa ognie

 

jak to brzmi w kontekście krematorium

za rzeką dopalają się właśnie ostatnie ślady

krystalizuje ulotność

 

kto zrani bardziej

 

ja czy ty

wchodząc między nieuleżałe jeszcze myśli

bo i pora nie ta i przez otwarte okno wiatr

miasto przeprowadza na drugą stronę

 

więc dzwonią tramwaje

i tłum nieprzerwany ciągnie za sobą ulice

ktoś się śmieje ktoś płacze

szczekają psy a megafony nawołują do wojny o pokój

 

przy moim stole dziad z babą pod rękę siedzą

w widocznej jeszcze żałobie po życiu

 

pospołu śmierć

 

jak garstka popiołu

albo lep na muchy

coraz cięższy od gołębich skrzydeł

 

 

pandemonium

 

miałaś obrożę

miałaś też imię na które by przybiegał

nigdy psa

 

pies szczeka

 

a matka ciągle narzekała na głowę

tętniący w rozepchanej bólem czaszce

wszechświat nie obejmował czworonoga

choć z powodzeniem upychała w nim

kolejnych mężczyzn

 

nasłuchałaś się napatrzyłaś

 

i najchętniej usunęłabyś fiolet tak z tęczy

jak i z oficjalnej listy kolorów

 

zbyt dobrze pamiętasz since i zimno

przenikające ciało

wystawionego za drzwi bękarta

który wciąż pyta dlaczego

 

razem z niebem przecieka dach

gdzie jest tata

 

w czym suki są lepsze od psów

 

 

dopóki starczy światła

 

"nasze istnienia zostały odwołane"

podpływa łódź a ty po trzykroć wypierasz się czasu

 

o Bogu ani słowa

choć burta obija kolana jeszcze uciekasz spojrzeniem

omiatając przykurzone twarze

za szkłem

 

zbyt daleko by wdawać się z nimi w dyskusje

na temat wyższości dębu nad sosną

albo życia przyziemnego nad tym pod sufitem

 

czasy zaprzeszłe jak roje much

czerpiących moc z obudzonych żarówek

 

 

lekcja pokazowa

 

tego psa się nie głaszcze

jest podwórzowy

do tego suka

"najpierw obsłuży wszystkich z ulicy"

później skamle za szczeniakami

 

da pan wiarę

tego psa się nie głaszcze

bo nie zna etykiety

a tych kilka stopni do drzwi

to wie pan przepaść

 

pochylenie się grozi atakiem

nagłego współczucia albo kolki

może nawet szokiem wysokościowym

 

dlatego ostrożnie

ze wszystkim co ekstremalne

z patrzeniem w księżyc

bo wtedy nici ze spania

 

a tu świat jak na złość

spowiada się pod twoim oknem

byle jak

byle prędzej dobrnąć do końca

zapomnień dlaczego

tego psa się nie głaszcze

 

i że ze wszystkich znanych mu tworzyw

najdłużej rozkładają się słowa

 

 

cztery pory odpustów

 

trzeba nakarmić psy

 

a miski pod śniegiem

łańcuchy i budy

pogubione drogi

i żadnych świeżych tropów

 

nakarmić psy

 

goni czas a wiatr to popycha to cofa

ot tak

bez konkretnych wskazań co do kierunku

historii spisanych na straty przodków

i "Bogów cudzych przede mną"

 

jak i po mnie nic

żadnego szczekania drogowskazu

tylko śnieg przeklęty mróz i cisza

wyjęta z ram nadyma się puszy

 

zostań

 

trzeba nakarmić psy

jutro opowiem ci o ludziach

--

 

Ewa Kłobuch - mieszkanka Turza, niewielkiej wioski w województwie Wielkopolskim. Zawodowo zajmuje się opieką nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi.

Pisze od niespełna trzech lat. Wyłącznie poezję. Jej wiersze ukazały się w Herbasencji, a także na stronach Nowych Myśli.

 

Pin It