Wiersze tygodnia - Stefan Jurkowski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

O świcie

 

ciemność stołu

ciemność kartki

ciemność słowa

 

ciemność słońca

 

czeka

by zniknąć

 

kąsają owady rozrastają się wady

modlitwy romansują z przekleństwami

rany świecą nad ranem

– tak wschodzi codzienność

stołu

kartki

słów

 

słońca

 

można to przetrwać

jedynie w twoim uśmiechu

 

 

W eremie

 

samotność

zmywa wszelkie spojrzenia

z mojej twarzy

łagodzi ataki cudzych głosów unicestwia

niepokojące obecności

 

wygładza powietrze

skotłowane przez tłumy

otwiera miejsca

do których nikt

nie dotarł

nie dotrze

 

w samotności oczyszczam się

opuszczają mnie wspomnienia

ślady bez śladów

 

nareszcie nic i nikogo

 

lustro

połyka moją szklaną twarz

– pęka jak potłuczony witraż

jęczy

 

cierpi na niestrawność

 

 

Turystyka

 

wszystko zostało spełnione

w granicach ciała

 

które i tak zostanie odebrane

nie będzie już nami

 

nie ma żadnych obietnic i spełnień

świetliste korytarze wydłużają się

 

jesteśmy na początku

jednocześnie na końcu

 

kurczowo trzymamy brzytwę

– ogłupiali turyści –

 

wokół wycinamy

własne inicjały – –

 

 

*                   *                  *

 

spójrz –

za

trzymaj obraz

co drży pod powieką

 

– w nim jesteś

jaśniejsza od wszystkich przebudzeń

 

spójrz –

uchyla się ciemność

pamiętasz? tak było zawsze

i wiecznie powraca

w twojej stroskanej twarzy

schylonej

nade mną

 

 

Wiersz egoistyczny

 

biegniesz w tylko sobie znanym kierunku

 

mogę się domyślać:

 

ktoś czeka

ktoś czeka na ciebie

 

na bardzo jasne ciepło

na szklankę herbaty

na bułeczki ciepłe i jędrne

na puszysty dotyk

na życie

 

jawa się wplata w najpiękniejsze sny

– oto piszesz wiersz

za okno wyrzucasz papierowe kule

sprawdzasz czy wracają

 

trafiają cię drżącą ze zmęczenia

krążysz ustawicznie

z wierszem z herbatą z ciepłem

 

nie zamierzam ci pomóc

bo to do mnie tak biegniesz

 

 

Wycieczka do muzeum

 

patrzcie i podziwiajcie

to był wielki poeta

zbyt wielki by go czytać

zbyt mały gdy chodził wśród nas

 

to jego portret – spójrzcie na twarz przemądrą

a to sztuczna szczęka i oko ze szkła

 

a to są gacie poety – nie zdążył i

powstał wiersz – ten najbardziej znany

ze wszystkich podręczników

 

a to są papierosy

do końca go wypaliły – dzisiaj

poeta w urence

nasz ukochany pan sypki

(niestety

urny nie mamy)

 

a to są pieluchy – widać zażółcenia

nic dziwnego był już słoneczkiem ludzkości

ale wyrósł wchłonął światło w siebie

popatrzcie młodzieży i weźcie za przykład

 

a to zegarek pękła w nim sprężyna

zresztą nigdy nie chodził nie miał motywacji

niebo się obracało a stary i tak się spóźniał

 

a to są kropelki piwa: kiedy raz w nie kichnął

zasuszyło się kilka

na tym serwetki padole

 

jesteśmy szczęśliwi że z niego choć tyle zostało

może jeszcze milczenie – jest w tej oto gablotce

ale nic nie wiemy o tym eksponacie

 

 

Wiersze świadome

 

poeta umiera

a my się cieszymy:

nie zrobi już następnych

będzie więcej miejsca

dla nas napisanych

 

zostaniemy same

– akurat nas wystarczy

byśmy się wzajemnie

w tłoku nie zasłaniały

 

ciszą pomiędzy słowami

żaden wiatr nie porusza

tak właśnie przekraczamy

śmiertelność poety

 

pukamy do wyobraźni

w czaszkach czytelników

 

najlepiej zacząć misję

od tych na cmentarzu

 

wtedy nas nie zaskoczy

pustka w czaszkach żywych

w której niczym w kwasie

chwalebnie się rozpuścimy

 

 

Piosenka o Judaszu

 

judaszu judaszu

zdrajco pożyteczny

nie pierwszy w historii

ani nie ostatni

 

dał  ci chrystus w łapę

trzydzieści srebrników

opłaciło ci się

masz nagrodę w niebie

nie byłoby nie było

zbawienia bez ciebie

 

tak masz większą nagrodę

szczęście wiekuiste

opłacił ci się sznurek

oraz gałąź sucha

 

teraz siedzisz sobie

na ławce z błękitu

śmiejecie się z chrystem

ze sprytnego chwytu

 

 

Amnezja

 

sam sobie się zapodziałem

w przezroczystej pamięci

poprzez którą widać inną stronę świata

niczym przez okno może

wypadłem i lecę w dół albo w górę

obok mnie

imię i nazwisko znam je

ale nie mogę znaleźć

drogi skąd dokąd

obcy jestem

bez twarzy i słowa

 

znikąd do-

                  -nikąd

 

 

Taka sobie idylla

 

myśliwy mierzy do zwierzęcia

kolega w łeb go trafia

i obaj są szczęśliwi

 

drwal wyrąbuje drzewo

śpiewa choć burza huczy wkoło nas

drzewo pada

robi z drwala befsztyk

 

kosiarz ostrzy kosę

będzie walczył z trawą

zetnie też wszystkie kwiaty

 

betoniarz zalewa łąkę

staną tam domy i rzeźnia

w ginącej trawie pieje

odcięty łeb koguta

 

 

*                           *                         *

 

wchłaniamy powietrze

wchodzą w nas owoce i mięso

zjadamy świat

po kawałku

 

pchają się krajobrazy odległości przestrzenie

posłusznie bierzemy je w siebie

wzmacniamy się tyjemy

resztę wydalamy

 

od sztuki i poezji

nie przybieramy na wadze

myślenie wręcz przyprawia

o anemię – tego więc nie jemy

 

musimy być kaloryczni

bo nas życie pożera

 

 

*                 *                 *

 

czas przyśpiesza  –

idę powoli jakbym nie podlegał

prawom wszelakim

nie widzę zmian niczego

nie dostrzegam bo nikt mnie nie zmusza

do patrzenia

w okno

w lustro

w twarze przechodzących ludzi

nawet nie pytam

czy oni jeszcze żyją bo dobrze wiem

że nie powinni –  –

 

 

Retrospekcja

 

zawierciańska wytwórnia chemiczna

scala się z gruzów oraz dom

w którym zaprzyjaźniałem się z kubusiem puchatkiem

krasnalem hałabałą i dziećmi z leszczynowej górki

 

wstaje rodzina z prochów – balast narasta –

świat powracający szarpie się we mnie

niczym gałęzie wewnątrz wzbierającej wichury

 

warszawskie ulice rosną

wiele miejsc wypełza z ciemności

dawno zapleśniałej

 

coraz mniej miejsca:

wczoraj dodaje się do dzisiaj

lecz to nie tłok to zmiana stanu skupienia

 

kompresja nazw miejsc kontynentów

malejących

do rozmiarów dziecięcych majteczek

 

 

*               *             *

 

upadać nie przewracać się

 – upadanie ma setki znaczeń

 

przewracanie to błazenada

nikomu niepotrzebnego starca

 

upadnij młodzieńcze

twarzą  w suchą ziemię

 

przewracaj się starcze

wprost w bagniste niebo

 

Pin It