Elżbieta Musiał - wiersze

 

E. Musiał 

 

 

Dziennik intymny, czyli nie opuściło mnie życie

 

Znów nów, za chwilę wzejdzie puszczyk.

Zdejmij piszczele z moich, muszę wysuszyć koronki.

Cały dzień padało. A ten liść zaledwie tydzień temu przez wiatr porwany

w mistrzowskim akcie przeobraził się w rzemiosło. Spójrz na misternie tkany

nerw, opadł na łono. Leży jak garść

powietrza. I jeszcze szeleści pieśń swoją.

Florystyka w funeralnym wydaniu: ponad prochy wynieść życie.

Wprost trudno wymarzyć sobie piękniejszą ozdobę.

Jak u Ewy Crancha. Ja Ewa,

ty Adam, a drzewo mroczne

z oczami węża utkwionymi we mnie.

O tak, przesuń się trochę albo obejmij. Niż baryczny

zakłócił spokój. Odezwały się żebra złamane

w dwóch miejscach. Jak dziś pamiętam, nie mogłam nosić plecaka,

a teraz dźwigam na barkach świat cały. A nawet dwa światy

w krainie cienia, gdzie ręce wciąż pełne są roboty.

Tu wieczne żniwa. Udały się zbiory. Ziemia tłusta

i gęsto od kości. Jak długo leżysz obok?

Znasz już mój zapach? Od lat go nie zmieniam,

zmieniają się tylko pory.

Ale wróćmy do dwóch światów tak naocznych teraz.

Portal strzelisty nam je otworzył i złączył w jedno.

 

 

Dziennik intymny, czyli już bardziej czuć nie można

 

Życie pozbawiło mnie ciała. Za bardzo pozbawiło.

Weszłam w mowę ziemi, gdzie lęk nie sięga. Na dobre weszłam.

Już nie spłoszy mnie na wróble strach. Porwać może ciemność,

bo ona we mnie, bo ona nade mną. Coraz mniej ciasno,

jakoś tak ogromniej. Moje życie przestronne teraz

i przeciągłe, i nadzwyczaj jasne w niejasności wielkiej.

Korzeń przegryzł mi biodro i przypomniał nagle

o czym zapomniałam, że nie cała jestem,

ale wszędzie. Rozproszył mnie obrót.

 

Przytul liść olszyny, a ja będę. Przesiej w palcach wodę i pod kamieniem mnie

znajdziesz. Jestem zdobywcą żywiołów, jestem ziemią, drzewem, oddycha mną

powietrze. Mogę być ogniem.

Życie pozbawiło mnie ciała. Stop. Stop. Może inaczej:

już bardziej czuć go nie można.

 

 

Dziennik intymny, czyli pestka

 

Jabłka wyjadałam do ostatniej pestki.

Gorycz trzeba łagodzić gorzkim. Nieznane nakarmić,

niewiedzę leczyć. Mnie też dolega

rozpamiętywanie. Włos zawsze da się podzielić

na czworo. Ta kronika jakby nie miała się skończyć. Powtarzam

zza zachodu nieziemskie pacierze. Zagapię się od czasu do czasu

na czas. Zadam mu niewygodne pytanie, czy cierpi, że jest czasem.

Poszłam tam, poszłam w piątą stronę.

Jeśli chcesz, o pestce opowiem ci jeszcze… a drzewo rozsadziło piach.

Domyślasz się, że to nie bajka

o pięciu żywiołach. Nieżywa

do woli mogę jeść księżyc i karmić czarne łabędzie na stawie.

Och, nieistnienie dopiero tu nie uwiera. Bacikiem nie smaga czas,

chociaż jest.

 

 

Dziennik intymny, czyli deszczowa niedziela

 

Daleko do siebie, a nawet osobno.

Paruję skarpety. Nic wielkiego. I tak kiedyś trzeba to zrobić.

Zmniejszam odległość. Od tygodni

nie było nas. Nigdzie razem.

Popatrz, zawsze jedna się chowa przed drugą.

Spróbuj założyć ponownie. A przecież każda

w zestawieniu z inną jest tylko nie do pary.

Nie potrafią się upilnować. Znamienne.

Nic wielkiego. To tylko deszczowa niedziela. Bez słów.

 

 

Dziennik intymny, czyli hireptorologia

 

Policzmy na cztery ręce, policzmy dziś nietoperze,

zsumujmy ich hibernacje, uwierzmy w hireptologię.

Jakież we śnie one bardzo, jak z sobą nagie i obok siebie.

Już prawie ludzkie, do nas podobne, tylko ta ciemność wokoło.

 

 

Gry do-słowne, czyli daktyloskopia

 

Nie wiadomo, czy zostaną linie papilarne

odciśnięte wszędzie. Bo wszędzie też nie zostaje.

Co najwyżej myśl złapana za zakrętem na gorącym uczynku. Za rzeki zakrętem.

Woda ma dobrą pamięć, ale żeby zaraz linie papilarne?

Siedem i trzy dziesiąte miliarda nas plus my za zakrętem. I żaden przypadek

nie może się powtórzyć. Trwa spór o prawa autorskie. Glify,

ich rozwidlenia i haczyki. Bez kopii zapasowych i się starzeją. Nauka

odpowiada z wolnej stopy: temperatura, wilgoć i światło pozostawione

na wolności aż do prawomocnego ukończenia postępowania.

 

Młyny wzór mielą, wzór mielą…

Głęboka dermabrazja.

 

A jednak

w niedotknięciu czai się dotyk.

I skąd linie papilarne wiedzą, na której skórze

staną się wierszem, przecisną się przez ogień, nim wyjdą w powietrze?

To nie przypadek obraca w palcach piach i ziarno.

Kości nasze obijają się o siebie. Ich gra na membranie czasu

to zrządzenie. Kto powiedział, że ślepe, nawet gdy błądzi

ku niebu.

 

Zabije mnie kiedyś nostalgia.

 

 

 

Gry do-słowne, czyli wokół Houellebecqa

 

Wzywasz mnie z niebytu. Wzywasz słowem słodkim, które za wargami już staje

się cierpkie. Nie mówię dziś o winie, jedynie o kształcie. Pierś niepokorna bywa

i swawolna. Miałaby wybiec i szukać dotyku? Z uścisku jednego wpaść w

drugi? Więc tak wyodrębnić chcesz mnie z nicości. Sukienkę ubrać w doczesny

wymiar. Gdybyś choć esencję podać chciał, gdybyś. Wlać ją w kształt bytu, bo

kształt obowiązkiem dopóki ciało. Ty z niebytu wzywasz mnie po nową

śmiertelność? Gdzie nic wieczne, ani życie, ani jego powidoki, tym bardziej co z

nas stworzone. Tak naocznie nietrwałe, a jak pyszni się przesada na grządce, jak

wszystko siebie przerasta, i taki ból za wielki. Houellebecq tylko nicość ocalił

od kiczu. Nie wiem, po jakiej nitce do kłębka szedł, ale doszedł.

 

 

Gry do-słowne, czyli a wszystko to

 

Musi być motyw, potem mgnienie kończące się jednym. Początki,

dziewicza bezdeń otwarta na kondygnacje. Stoję na uskoku, może krawędzi,

puszczam łódkę z gazety na głębokie (woda plum plum).

Zanim w nią wsiądę, muszę zadrzeć głowę do góry,

bo nie daj boże z mansardy Picasso rzuci na mnie urok.

Rodin też może Pocałunkiem. Nieszczęście gotowe.

Samosterowne słowa, hologram.

Zepchnięta w otchłań egzystencja. Samo strawna. No cóż,

żadna poznana wersja estetyki nie ma tu zastosowania. Już prędzej prehistoria.

Łódka podsiąka wilgocią. Wciąż płynę. Za mną aleja Szopena. Naprzeciw

wychodzi węzeł księżycowy. Rahu. Czy mam mówić dalej? Mam? A zatem

tłumaczę: jest głowa demona, musi być i ogon, nazwano go Ketu. Dwie strony

medalu (raz, dwa, trzy wychodź ty). Łódka tonie. Wszystko gna do mety.

Metaforyka, metafizyka, metonika, tektonika i zaćmienie słońca.

Żaden klucz… proszę mi wierzyć.

(Rzecz dzieje się bez halucynogennych grzybów tra la la).

 

 

 

 

Gry do-słowne, czyli ach ten Szekspir

 

Na zdjęciu trzymali się za ręce, widocznie za długo. ONA w czerwonej sukience

to tamta JA. Zabawne, nadal mam imię. MELA – niby zwyczajne, a jednak nie.

Na peryferiach doświadczam teraz metafizyki, albo inaczej: uzdatniam ziemię

prowincji, w niej rodzą się kamienie. Kamień musi znać swoje miejsce.

Człowiek musi znać. Jestem kamieniem, jestem ziemią. Jestem

kamieniem ziemi, jestem u szyi. Jaki miałam wybór gdy…

gdy gubiłam wylinkę. Ale skoro już tu jestem,

muszę sprawdzić, czy wciąż pielęgnuje się higienę rasy, a widok skóry

w kolorze poblakłej sukienki kieruje kciuk w dół. Powtarzali, że ten przylądek

– przychodzi mi do głowy takie ciche słowo – i że przygarnie wszystkich.

Oni tu pochowali się w sobie, pochowali nawet cienie. Gdzie jest mój?

Weszłam do wnętrza siebie, jakby mnie dawno nie było.

Potwierdzam w niebycie byt. Właśnie całowałam nierzeczywiste

gdy… zabolało katońskie: człowiek to jego wybór!

Mocno powiedziane i jaka pewność w głosie.

Ale selekcja, co z nią? To jeszcze możliwość

zmieszana w jednym worku z wyborem lub dobór naturalny już?

Lubię Einsteina, zawsze chciał wiedzieć. Tak bez ogródek

spytał kiedyś Boga, czy miał wybór przy tworzeniu świata?

Nie wiem, co usłyszał, ale w uszach pobrzękuje Szekspir

i ten jego zmysł oceny: Niewielki jest wybór wśród zgniłych jabłek.

O ironio, leżę jak należy – jaki miałam wybór – pod złotą renetą

o korze pomarszczonej na przegubie nikłej ręki. Ona też

z wyżu demograficznego, opętańczo płodzi co drugi rok. Owoc?

Ma smak ziemi, słońca

i mnie. Nienadaremnie tu jestem.

 

 

Pin It