ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Tomasz Kowalczyk, Benedykt Kozieł, Zbigniew Kresowaty ps. Krezbi,

Stanisław Kruszewski, Małgorzata Kulisiewicz

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

 

Tomasz Kowalczyk

 

***

 

Zakłady psychiatryczne mają dużą wprawę w leczeniu

Einsteinów, Newtonów, Möbiusów i innych odkrywców

metali lżejszych od powietrza z układania przesłań do

potomności, które daremnie próbowano przełożyć na

języki ogólnoludzkie. Pacjenci lubią siedzieć po ciemku;

 

opowieści o świetlnym tunelu nikt nie traktuje poważnie,

za to wszyscy wiedzą, że coś musi być we wzroku

utkwionym w jeden punkt. Nikt nie przełamał trajektorii

takich spojrzeń. Salowi wolą robić uniki, zanim nobliści

i Napoleonowie zaczną wyrywać podwładnym włosy oraz

 

wsadzać palce w oczy. Kiedy depozytariusze światowych

tajemnic otaczają się milczeniem, opiekunowie dostają

szału. Tej formy porozumiewania nie udało się rozszyfrować

do dziś. Z zemsty niszczą dokumentacje wynalazków, jakie

wręczają im tutejsi geniusze.

 

 

***

 

Na zdjęciu sprzed roku pojawia się postać, której już

nie pamiętam, chociaż hipnoza wydusiłaby pewnie       

to i owo. Niestety, ciało migdałowate nie posiada

opcji zapominania na życzenie. Intruz przenika przez

 

firewalla w najmniej oczekiwanym momencie. Zachodzę

w głowę, skąd zna hasła dostępu: przecież je zmieniam

po każdej porażce. Najbardziej przeraża maska otoczona

    

przerzedzonymi pasmami tłustych włosów malowanych

na rudo. Ze śmierdzącym oddechem można zawrzeć

kompromis, byle odeprzeć spojrzenie pełne zmurszałego

 

cienia. Muszę stanąć naprzeciw niego twarzą w twarz

jak bokser przed walką. Nie zachowam zbyt długo

zimnej krwi. Udam chorobę psychiczną, może wzbudzę

 

litość. Wstrzymuję oddech. Przez głowę przebiega myśl,

że z zamkniętymi oczami będzie mniej bolało. Koszmar

zaciska pięść, ale nie po to, żeby zrobić ze mną żółwika.

 

 

***

 

Krzyki w nocy dawno spowszedniały sąsiadom. Przestali

podejrzewać u mnie chorobę alkoholową. Po ludzku kiwają

głowami, nie wiedząc, do kogo adresować współczucie.

Mijam ich z miną nurka, który zszedł zbyt głęboko, po

czym gwałtownie wynurzył się na powierzchnię. Ściana

 

nie pozwala rozpłynąć się po podłodze. Skutecznie broni

dostępu do niższego poziomu. Przy odrobinie szczęścia

ukryje komunikaty rozgłośni radiowej rządzącej w sypialni.

Inne dźwięki zbiera mikrofon podrzucony przez sprytnego

prawnika. Część prawdy schowana gdzieś za szafą będzie

 

pod ręką w razie konieczności zaliczenia czystego sumienia

do dowodów sądowych, ale to wierzchołek góry lodowej.

Reszta jest raczej nieosiągalna i nie można zrobić z niej

użytku. Śmiałkowi grozi zamarznięcie. Wszyscy wolą

położyć palec na ustach niż ratować bezimienne jednostki.

 

Niewielu czyta książki. W obawie przed naruszeniem

poprawności filmy lub plotki przekażą najpotrzebniejsze

wiadomości. Nadmierna dociekliwość wpływa negatywnie

na uzyskanie świętego spokoju, dlatego skulony trwam na

 

półoddechu gotowy do ucieczki przed światłem. Przestaję

tłumaczyć się z przypalonych potraw oraz niezapłaconych

rachunków. Twarz nie wytrzymuje całodziennej postawy

na baczność. Kiedy nikt nie widzi, łagodnieje.

 

 

***

 

Samotność otrzymana w podarunku jest jak koń

trojański; niespodziewanie wyprowadza cios, po

którym głowę da się podnieść co najwyżej do

wysokości kolan. Czasem jednak coś pójdzie wbrew

 

utartemu schematowi: zamiast przekleństwa na wieki

wieków amen, los zagra odwróconą kartą, zdziwioną

tak szybką zmianą nastroju u figuranta. Codziennie

znika jakieś przyzwyczajenie. Wkrótce zabłyśnie

dumnie tabula rasa z zaledwie kilkoma zarysowaniami

niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Alkohol znowu

 

prawidłowo zakrzywia czasoprzestrzeń. Proces

trzeźwienia trwa tyle, ile powinien: bez transfuzji

u życzliwego kolegi. Znowu klin stawia na nogi

a nie jak dotychczas przepełnia czarę goryczy. Cieszą

 

powroty dawno nieużywanych słów, zamkniętych

do niedawna w ciszy przeźroczystej niczym powietrze

ostemplowane mijającą właśnie datą przydatności do

spożycia. Kiedy kalendarz cofnie się do granicy

 

wyznaczonej przez déjà vu, urojenie przejdzie

niepostrzeżenie w rzeczywistość.

 

 

***

 

Nie odgrywa monodramu. Zawsze liczy na szerszą

publiczność. Wciąga do gry aktorów, którzy jak

zahipnotyzowani odczytują przeznaczone im role,

po czym znikają ze sceny. Kiedy napięcie sięgnie

 

zenitu, zamyka ofiarom oczy i uszy. Nieświeży oddech

nie pozwala zrozumieć ani słowa. Balansowanie na

granicy utraty przytomności odbiera zbyt wiele sił,

aby podjąć skuteczną obronę. Nie pomoże odwrócenie

 

głowy: wszyscy zgodzą się na każdy kompromis, byle

tylko nie zostać zauważonym. Zakwita tylko raz kwiatem

o intensywnych barwach oraz woni brudnych narkotyków.

Po kilku tygodniach płatki opadają, pozostaje kikut,

który nie jest biodegradowalny. Umiejętnie pielęgnowany

 

pomyślnie przeżywa okres hibernacji, zaskakując

kwiatostanem w najmniej oczekiwanym momencie.

Obumiera z chwilą śmierci nosiciela.

 

 

 

Benedykt Kozieł

 

Kalendarz

 

Dostałem kalendarz

na kolejny rok

 

przeglądam kartki

przyglądam się drodze

 

dni pracy

dni świętowania

 

w wytyczonym szlaku

giełdy pragnień

listy zleceń

otwarte udziały

 

akcje

Bożej koniunktury

 

 

Na dworcu

 

Stoję

w zatrzymanym czasie

względności obrotu sfer

doświadczeniu iluzji zdarzeń

 

poranne dziewczyny

opowiadają

bohaterów wczorajszych spotkań

wracają

w spojrzenia uśmiechy wyobrażenia

rosną

w słowach

 

uruchomione zegary

otwierają miejsca

codziennej podróży

 

wiatr

strzępi języki

słupów ogłoszeniowych

 

 

Patrzyłem w ścianę lasu

 

Miałem kilka lat

z bezpiecznego podwórka

patrzyłem

w ścianę lasu

w brzeg świata

 

drzewa przemawiały

jasnym horyzontem

w ich koronach

chciałem czytać

wypatrzone znaki

 

nie znałem alfabetu

pytałem tatę

co napisał las

 

w przeczuwanych słowach

prześwity nieba

zapisywały moją ciekawość

 

 

Pamiętam

 

Pamiętam wieś

sad zaplątany

w linie piłkarskich boisk

 

pamiętam łąkę

pełną

lekkoatletycznych turniejów

wakacyjnych reprezentacji

Mielca Tarnobrzega Niekurzy

 

wierzbowe oszczepy

sosnowe dyski

szybowały

w wakacyjne rekordy

sięgały

marzeń o zwycięstwie

 

drzewa

przyglądały się

popisom

przesądzającym liczbom

 

nieustające zawody

przegrywały jedynie

z niepokojem żniw

 

 

Z dwojga dobrego

 

Narodzony

z dwojga dobrego

niosę kody niewiadomych

 

w kategoriach wolności

szukam

dalszego ciągu

 

w możliwości wyboru

odnajduję

uświadomioną niepewność

 

błądzę

w złotym środku

 

każde określenie się

chce budować

nieistniejący model

 

system zerojedynkowy

 

 

 

Zbigniew Kresowaty ps. Krezbi

 

Tren dla psa

 

na boku drogi leżał

z oczami anioła

jak kamień przydrożny

rzucony niezdarnie płaski otoczak

co po polu błądził za Janem uf Koleś

ale kiedyś nie poprowadził Go podwinięty

do przodu ogon ani podaj łapę

przejechało tędy Volvo i usunął się

z pieska oddech ufny przedostatni

odwagą niestroniący jęk

i

usiadł na nim zaraz płowy

przyjaciel wróbelek dotykając

dziobem jego chmurki

chciał wziąć jej puch

jako przyjaciel co ongiś z miseczki

kolory mu wyjadał u budy poranka

zlatując odważnie jak duch świergot

na „kiedy ranne” i wstawały zorze

i jak czasownik leciał za nim w pole

wtedy przechodził tędy kosiarz

poeta chwili patrzył na niego jeszcze

wczoraj a dziś zapisał: „oto pieczęć

twierdzenia chwili przyjaźni

zaświadczająca o krętej wstędze

ufnej bez uwięzi”

– I wtedy płowy

wróbelek odleciał

 

 

najpierw jest jaskółka

 

 niski lot ją niesie

a później wiadomość

niespodzianka i treść gorsza

niż sztylet i wojna

 

jaskółka uwolniona

ze źdźbłem tytanu w oczach

ze źdźbłem błota w dziobie

niesie nagłą chwilę wiedzy

na swoje gniazdo i twój dom

 

czasem spada w serce łąki

ziemią czarną w dwie antenki

jak sztylet z rękojeścią mocną

i słyszysz szczebiot

 

A później pada deszcz

żółte dzioby nakarmione gąsieniczka

biel skrzydlona do końskiej obory

i znów nie ma jaskółki jest ulepiona

u sufitu ostoja na czas przyszły

 

 

próba bycia

 

gdybym był aniołem

którego sobie przypomnieć nie mogę

gdybym był chmurą siną pełną

bez płci bez serca pełną wody

albo gdybym archaniołem Urielem

uszedł z napisanej przeze mnie ikony

jakąś granicą wersem nad dachem

nieznanego domu bym pozostał

 

to pewnie byłbym miedzianą blachą

wiszącą nad ulicą nad czyimiś rombem

nad krokami pewnie po mnie pisałby deszcz

i zefir wycierałby mi kąty piąte

pewnie ogień smaliłby w czas pożaru

trącałaby gałąź uniżenie pochylona

 

gdybym był aniołem innego spojrzenia

bez koloru bez granicy sinej

bramy do mnie nie znalazłbyś

ze śniedzi jest moje przeznaczenie

z dzwonienia jest moja poezja

z kwasu jest moja śmierć

z kwiatów bezkrwistych jest moja noc

ze snu wije się po mnie nocny Neon

gdy wiszę nad labiryntem miasta

z sekretnego muru wystaję

za horyzontem siódmym bezkresne

równiny strzępiące się miasto

którego nazwy jeszcze nie znam

 

 

nie ma sensu

 

nie ma sensu niczego

planować może tylko koncert

gdzie chcesz wyśpiewać psalmy

albo opowiedzieć sonety krymskie

nie ma sensu niczego siłą odbierać

co jakiś czas zakwitają Majdany

nie planować chyba że kochać

wolność ale najpierw trzeba pytać

jaka to jest chwila – Kto to jest bo

nie będzie sensu niczego wymyślać

ponad stan nawet super modlitwy

lepiej wiersz bliźniego zrozumieć

wycie psa do nogi przywołać

głaskać i nucić melodię bliźnim

nie patrzeć rankiem w obce okno

po śnie prawdziwym zakrwawionym

bo wszystko zapomnisz

 

 

poeta Kawafis mówi

 

przychodzę z tamtych widm

tutaj stanąć chcę jeszcze raz

chcę się łudzić jak w miłości chwila

chcę się pieścić ciałem z Logos

 

skoro tylu patrzy mędrców

tłum cały zagląda w ciemność

niech stanę i ja w mrokach

nim podniesie się słońce

koniec świtu czy koniec świata?

jakąś argejską pieśń wciąż słyszę

jakby o mężobójcach

 

Królu Priamie wiem

że nic ci już nie ofiaruję

nic przy sercu mi nie zostało

jedynie rzeczy tych co odpłynęli

za nas za sen w ciepłych trumienkach

po nową śmierć jeszcze syk filozofii

po wodzie się niesie Ezop bawi nowe dzieci

syk z białych węży szyj łabędzich i

nic się nie dzieje

 

jedynie zza pleców dobija się jęk

zdyszany umysł tajemnicy wciąż tworzy mity

jakaś Glossa wśród podejrzeń dnia

między oczami zamkniętymi senny dźwięk

ból utrąconych nosów palców rąk – A

na moście na zbutwiałych deskach

ludzie wspominają Aleksandrię zwoje

nadziei

– czy to inna zupełnie klęska piękniejsza?

– czy czekanie na jakieś nowe kłamliwe wieści

o tym bardzo starym szczęściu

które pod nami płynie – nie czeka

 

 

 

Stanisław Kruszewski

Urodzony 30 marca 1954 roku w Zambrowie. Należy do grup poetyckich na Facebooku – „Ogród Poetów”, „Wers”, „Satyra”, „Poezja”. Wydał w wersji papierowej tomik „Między kuźnią a cmentarzem”. Jego wiersze można znaleźć w „Antologii Poetów Polskich 2016”, „Antologii II Grupy Poetyckiej Ogród Poetów”, „Antologii Wiosennej Grupy Poetyckiej Ogród Poetów”, „Almanachu II Zlotu Poetów Łódź 2016”, „Almanachu III Zlotu Poetów Łódź 2017”. Niektóre wiersze są też śpiewane. Z Łódzką Fabryką Snów zawędrowały nawet na Słowację.

 

 

Zawsze nie zawsze

 

Przewracam poranek na drugi

chociaż wygodniej na plecach

wybudzone myśli niechętnie podnoszą powieki

dzień zaciera obrazy uciekającego w niebyt snu

cisza

ściany dostają po uszach

za oknem chyba znów plus minus

kwiaty na szybie w srebrze

 

lubię twoje gorące usta

 

 

Niezwyczajnie

 

Zawiesiłem białe kwiaty na akacji

pośród liści lśniących w słońcu już o świcie

wiesz kochana – jeszcze gwiazdy nam nie zgasły

choć spadały bez umiaru całe życie

 

popatrz – blady księżyc oświetla nam drogę

a dzień znów się wznosi ponad bujność trawy

kiedyś szczęście – uwierz – zajrzy do nas oknem

przecież Bóg – mówiłaś – zawsze jest łaskawy

 

dzisiaj na ryneczku sprzedawca truskawek

wybrał dla mnie chyba same najczerwieńsze

może w nim jest pan Bóg – chociaż jeśli nawet

to chciałbym codziennie 

przynosić ci szczęście

 

 

Lubię te twoje

 

Przychodzisz zawsze za pięć piąta

słonecznym cieniem na firance

w szepcie co z wczoraj jeszcze został

jak deszcz co spaść miał 

(pewnie spadnie)

 

przychodzisz w słowach niezwyczajnych

jak czas wybrany z dni świątecznych 

w światłach latarni 

(nie pogasły)

wychodząc słońcu znów naprzeciw

 

w cichej nadziei że zostaniesz

choćby zapachem maja we śnie

a może słowem 

(tylko dla mnie)

lubię te twoje – jeszcze jeszcze

 

 

Modlitwa

 

Ile prawdy w nieprawdzie

i odwagi w lęku

ile drzwi zamykanych jednakowym kluczem

drogowskazów donikąd schodów i zakrętów

ile butów schodzonych ot tak za pokutę

ile rąk wyciągniętych ku niebu w potrzebie

ciągłych próśb o normalność gdy nikt ich nie słucha

ile serca w przyjaźni

tyle jadu w gniewie

i miłości gdy miłość od poczęcia głucha

ile wiary w niewierze – ktoś z błotem ją zmieszał

w zapomnianej modlitwie złączył nie te dłonie

dosyć murów – nie trzeba – brakuje powietrza

daruj przestrzeń i światło

– zanim przyjdziesz po mnie

 

 

W deszczu

 

Lubię wieczorny szelest deszczu

i pierwsze krople w nim zbłąkane

ciemność stojącą w jednym miejscu

myśli przy tobie które zapleść

 

choćby do wiersza chciałbym nocą

ale czy zdążę – pachnie burzą

słowa się pewnie rozochocą

sny w nieskończoność się wydłużą

 

zdejmując chwile z niepamięci

jak pocałunki – ty w objęciach

gdy – kocham ciebie – na uwięzi

a deszcz wciąż pada

nie chce przestać

 

gdy w każdej kropli uśmiech niesiesz

w marzeniach sięgam nawet jutra

z wierszem wejdziemy w naszą jesień

scałuję wilgoć

– masz na ustach

 

 

 

Małgorzata Kulisiewicz 

 

 

Po prostu poezja

 

Kiedyś poeci

wzywali Euterpe,

dziś powiem:

przyślij mi kurierem muślinowe głoski,

 

jedwab głosek rozerwij hektolitrem krwi,

lodowaty ogień słów owiń żarem oczu

osłupiałych od huku barw,

wiru wrażeń,

przeżyć,

snów

prawdziwych aż do

wybuchającego źródła.

 

Ze skóry obedrzyj sztampę dziejowych burz,

by zabolały naprawdę,

utrwal tylko te trzy słowa:

umiar,

prawda,

piękno,

gdy zechcemy ze ścian Platońskiej jaskini

zdzierać rylcem kolejne warstwy życia,

aż dojdziemy do

ognistego lodu,

harmonii brzmień,

ciągle doskonalącej się istoty rzeczy.

 

Wybaw nas

od pospolitości,

wulgarności,

bełkotu,

od braku mądrości,

niedojrzałości,

szpanu.

 

Daj nam poezję,

po prostu.

 

 

Raje skamandrytów

 

Dawni poeci

sławili

deskę w podłodze,

jej  (nie)zwykłą codzienność.

 

Drzewo, z której powstała,

było święte.

 

Ja widzę

zmurszałość deski.

 

Wytężam słowa,

próbuję przemienić

otchłań pod podłogą

w błogostan

ludzko-anielskiego

nieba.

 

w spokój nieskończenie rozświetlonego

błękitu.

 

 

Szwoleżerowie

 

Hej, hej ułani

malowane dzieci,

gnacie na oślep przez historię,

skrzydlate konie strącają metafory.

W dziecięcym pokoju

snem spełnionym

zmartwychwstają żołnierzyki.

 

Ułan wniebowzięty,

na zawsze,

na ekran i na nowe życie

wiecznej historii,

która kołem się toczy,

lubi się powtarzać,

choć dwa razy się nie zdarza.

 

Dzieci polskiej historii,

część polskiego krwiobiegu,

aorta i nasze serce.

 

 

Teatralny bies

 

Żyliśmy w raju

Swinarskiego i Wajdy.

 

Teraz sufler

źle podpowiada,

za kulisami bies dekonstrukcji.

 

Gnomy wspinają się

po zmurszałej kurtynie,

 

jest ich coraz więcej i więcej,

jak szarańcza pożerają każdy kęs przestrzeni.

 

Lustra na scenie nie odbijają już aniołów,

tragizm uleciał z dymkiem kpiny.

 

Nikt nie nosi płaszcza Konrada,

córki Leara schodzą na psy.

 

Tamtego teatru już nie ma,

Tamtych nas już nie ma.

 

 

Zaczarowany Kraków

 

W klatce piersiowej

domu

spękane serce.

 

Nie ma tu i teraz.

W czasie zaprzeszłym czułe uściski,

ukradkowe pocałunki

w bramie.

 

W czasie przyszłym

ulice bez nas.

 

Ze starej kamienicy

wynoszą obrazy,

meble biedermeier,

w końcu hrabinę stuletnią.

 

Cichną śmiechy pensjonarek:

Oli z fryzurą na Kleopatrę,

wielobarwnej Róży

z teczką rysunków pod pachą.

 

Stara kamienica zostaje...

centrum biznesu.

Jej serce dawno wyfrunęło

z klatki

odczarowane.

 

 

 

 

Tomasz Kowalczyk

Urodzony w 1965 roku w Płońsku, od 1998 r. związany z Lublinem. Publikował w kilku antologiach poetyckich, m.in. „Ogrodowe portrety” (2009), „Ogrodowe pejzaże” (2010), „Ogrodowe fantazje” (2011) oraz „Ogrodowe iluzje” (2016), których był współredaktorem i wydawcą. W 2011 r. ukazał się jego debiutancki tomik pt. „Myśli jak niedokończone pacierze”, w 2013 r. światło dzienne ujrzał drugi zbiór wierszy zatytułowany „Poza granicą perswazji”. W 2015 r. drukarnię opuściła trzecia książka poetycka pt. „Portfolio mitochondrialnej Ewy”. Jest współwłaścicielem forum poetyckiego „Ogród Ciszy”.

 

 

Benedykt Kozieł

Urodził się w 1959 roku w Połańcu, gdzie obecnie mieszka. Jako poeta debiutował w 1981 roku. Jest autorem 7 tomików wierszy: Przestąpiłem progi patrzeń (1986), W agrafce przestrzeni (1992), Ty mówiłaś słowa wieczne (1992), To co jest (2000), W Niekurzy i gdzie indziej (2007), Otoczyła mnie miłość (2009), Słowem w wodę (2010, także w języku rumuńskim – 2014 i bułgarskim – 2017). Wiersze publikował w prasie regionalnej, ogólnopolskiej i zagranicznej, m.in. w kieleckich „Przemianach”, radomskim „Kontakcie”, rzeszowskich „Nowinach”, „Gońcu Staszowskim”, „Radarze”, „Życiu Literackim”, „Rzeczywistości”, „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, „Poezji dzisiaj”, bułgarskim piśmie „Znaki”, rumuńskim „actualitatea literara”, angielskiej „Sztuce do kwadratu”. Był publikowany w kilkudziesięciu wydawnictwach zbiorowych, także za granicą, m.in. w Anglii, Rosji, Rumunii, Grecji, Italii. Jest laureatem ogólnopolskich konkursów poetyckich: „Mikołajek nadmorski”, „O dzban czarnoleskiego miodu”, „im. Leopolda Staffa”. Należy do Związku Literatów Polskich. Jest współorganizatorem m.in. goszczących w Staszowie Światowych Dni Poezji, a także Festiwalu Poezji Słowiańskiej. Nagradzany i odznaczany za osiągnięcia twórcze oraz działania na rzecz kultury.

 

 

Zbigniew Kresowaty ps. Krezbi

Wydał 9 książek poetyckich oraz dwa tomy literatury faktu „56 rozmów artystycznych” z koryfeuszami Kultury Sztuki i Nauki polskiej – to książki dotowane przez Samorząd Wrocławia: „Między Logos a mythos” i „Między mythos a sacrum”. Wydał 3 almanachy poetycko-artystyczne poetów oraz w ubiegłym roku książkę (500 s., kolor, kreda, A-4) pt. „PORTRETOWISKO” – jest to zbiór portretów własnych z opisem literackim wybitnych postaci na 35-lecie pracy artystycznej. Nagrodzony Nagrodami Literacko-Artystycznymi m.in. Czerwonej Róży, Nagrody Klemensa Janickiego, Nagrody Metafory i Wiatraków 2007 r., Nagrody Micińskiego, Nagrody im. Herlinga-Grudzińskiego za całokształt 2014 r., inne za działalność artystyczno-plastyczną i charytatywną oraz Nagrody Ministra Kultury za 35 lat pracy artystycznej w 2016 roku. Poeta, eseista i krytyk literacko-artystyczny, z zawodu artysta malarz (PWSSP, 1978 r.), konserwator, sztukator, zajmuje się historią sztuki, renowacją dzieł sztuki, pisaniem ikon. Współpracuje z czasopismami artystyczno-literackimi, ilustruje książki poetów i czasopisma.

 

 

Stanisław Kruszewski

Urodzony 30 marca 1954 roku w Zambrowie. Należy do grup poetyckich na Facebooku – „Ogród Poetów”, „Wers”, „Satyra”, „Poezja”. Wydał w wersji papierowej tomik „Między kuźnią a cmentarzem”. Jego wiersze można znaleźć w „Antologii Poetów Polskich 2016”, „Antologii II Grupy Poetyckiej Ogród Poetów”, „Antologii Wiosennej Grupy Poetyckiej Ogród Poetów”, „Almanachu II Zlotu Poetów Łódź 2016”, „Almanachu III Zlotu Poetów Łódź 2017”. Niektóre wiersze są też śpiewane. Z Łódzką Fabryką Snów zawędrowały nawet na Słowację.

 

 

Małgorzata Kulisiewicz

Absolwentka filmoznawstwa i polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka esejów i recenzji filmowych, publikacji w prasie katolickiej i historycznej, realizatorka reportaży telewizyjnych, scenarzystka. Swoje opowiadania i wiersze drukowała w „Helikopterze”, na portalu „Pisarze.pl”, w „Gazecie Kulturalnej”, „Lirydramie” oraz w „Lamelli”, „Wyspie”, „Konspekcie”, „Dzienniku Polskim”, w Almanachu Poetyckim Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Złotą Metaforę” i „O Złotą Metaforę Szczecińską”, w Almanachu IV Konkursu Poezji im. Juliana Tuwima, w kilku antologiach (E-Literaci, Wydawnictwo Signo, „Pisarze.pl”, Wydawnictwa „Puffin”, „Notesu Poetyckiego, „Ogrodu Poetów”) oraz na portalu „Nowe Myśli”. Autorka tomiku poezji „Inni Bogowie”. Mieszka w Krakowie.

 

 

 

 

 

Pin It