Wioletta Ciesielska - wiersze

 

 

Franciszek Maśluszczak
Franciszek Maśluszczak

 

 

pierwsza oranżada

nie prze­tar­ta rę­ka­wem przed tym
zanim usta Małej do­tknę­ły
śladu po moich

(spoj­rze­niem w oczy po­sta­wi­ła
na bacz­ność wło­ski nie tylko na karku)

wraz z każ­dym łycz­kiem
ude­rza­ły do głowy po­my­sły
by ko­lej­ną bu­tel­kę stłuc o kant ławki
i napić się z niej do bez­de­chu

 

Czerwone jebłuszko pokrojone na trzy

Nina zagra za wę­głem
i z tym i z tam­tym
w bu­tel­kę.

Persy za­rzy­ga­ne.
Chod-ni­ki, war-ca­by, kla-wi­sze pia-ni­na!
- Ina!
- Ina!

Czyja wina, kogo wina, że ta Nina
leży za ro­giem?

*

Za­my­ka oczy i znów gra
z ko­lej­nym cie­niem w cho­wa­ne­go.

I nie ca­łu­je w usta.

 

działanie przerzutowe

wata wokół skro­ni sku­tecz­nie ukry­je
przed ćmą na karku. ła­sko­cze
aż bie­gną dresz­cze do stóp, od głowy prze­cho­dzi
na druga stro­nę ludz­kie po­ję­cie.

*

nie kiwaj się więc na krze­śle, bo bę­dzie bach.
usmar­czesz się cały.
głowa nie cegła, po­kru­szy się do środ­ka.
we­wnątrz ciem­ność ukry­wa
rze­czy, któ­rych nie chce­my wi­dzieć.

**

(i pój­dzie precz przy­czy­na wy­wo­ły­wa­nia
wil­ków do spo­wie­dzi za ciem­ną ko­ta­rą)

 

Nawka

Dzień po dniu, lu­te­ina pod język.
Dzie­ci wy­bie­ga­ły z niej w pod­sko­kach.
Spły­wa­ły po jed­nej nodze.

Bo­cia­ny bro­dzi­ły w tych ka­łu­żach.
Puste gniaz­do gniło na dachu,
choć sy­pa­ła ziar­nem z wie­czo­ra i rana.

Opa­dły nawki. Wy­dzio­ba­ły oczy.
Za­czer­ni­ły sny. Opę­ta­ły kroki.
Wy­skro­ba­ły pa­zur­ka­mi drzwi.

 

TABERNAKULUM

Ukry­ty sche­mat,
dą­że­nie do ja­sno­ści.

W środ­ku proso dla ptasz­ków,
złota otocz­ka skry­wa wa­fel­ki ku­ku­ru­ku.

Po­wy­mie­nia­my się za za­chry­stią na­klej­ka­mi ze świę­ty­mi.
Ksiądz po­zwo­li wziąć łyka z kie­li­cha.

Sta­nie­my się do­ro­śli
na bar­dzo so­lid­nych pod­sta­wach krzy­ża.

*

Na bar­dzo so­lid­nych pod­sta­wach krzy­ża,
sta­nie­my się do­ro­śli.

Ksiądz po­zwo­li wziąć łyka z kie­li­cha.
Po­wy­mie­nia­my się za za­chry­stią na­klej­ka­mi ze świę­ty­mi.

Złota otocz­ka skry­wa wa­fel­ki ku­ku­ru­ku,
w środ­ku proso dla ptasz­ków.

Dą­że­nie do ja­sno­ści,
ukry­ty sche­mat.

LUM­KU­NA­BER­TA

 

jeb

jeb na stół
wo­ło­wi­na wie­przo­wi­na sło­ni­na i ozory
w wo­sko­wa­nym pa­pie­rze
mie­lo­ne po­zo­ry świe­żo­ści. z da­le­ka
jadą na ławę na kawę i pącz­ki

go­rącz­ki do­sta­niesz od kre­mó­wek
spod lady. umy­tej
kieł­ba­sy sprzed ty­go­dnia

rady pana pod skle­pem wsadź sobie le­piej
mię­dzy jeden a drugi po­śla­dek
bę­dzie cie­plej od sfil­co­wa­nych po­gró­żek

pa­mię­taj po­dzię­ko­wać
w końcu kul­tu­ra obo­wią­zu­je nawet posła

*

po­szła kupić kilo cukru
wró­ci­ła z solą
pa­so­wa­ła jej bar­dziej do to­reb­ki
tytki ta­kiej pa­pie­ro­wej z Zary
eko­lo­gia to pod­sta­wa
prawa ko­biet mie­rzo­ne pod wy­miar
90-60-90

 

drzazga

przy po­nownym przyj­ściu
uto­nął
miał dziu­ry w sto­pach
nie wie­rzy­li
śmia­li się

*

na dnie nucił ko­ły­san­ki wie­lo­ry­bom
chciał na­kło­nić któ­re­goś by go po­łknął
roz­mna­żał po­karm dla rybek
była afera gdy za­mie­nił wodę w wino

**

spóź­nio­ny na swoje ko­lej­ne pięć minut
ster­czy na krań­ców­ce
tory dawno roz­kra­dły na tacz­kach po­kra­ki

wro­nie łapki na śnie­gu zna­czą
trop ku drze­wu po­zna­nia
głosy w gło­wie py­ta­ją o za­pał­ki
w tle już go­re­je krzew

dra­ska za uchem

 

nie było już komu wiązać kokard

szło kład­ką
nie nad rzeką
ssało kciuk
pa­trzy­ło jesz­cze
na mia­sto dołem pły­ną­ce

a nie po­win­no iść kład­ką
iść po­win­no z gwiaz­dą na ra­mie­niu
i w oczach
za rękę z są­siad­ką
z ko­kar­da­mi na koń­cach ru­dych war­ko­czy

te war­ko­cze jak wa­ha­dła
wa­ha­ją się jesz­cze
czy po­ka­zać pa­lusz­kiem
na kład­kę
czy iść pod prysz­nic

rano w Lit­zman­n­standt
nie było już komu wią­zać ko­kard

 

Nie żarówki wina, że przyciąga.
>Nie jej wina przecież, że umierasz<

Kro­pla spły­wa wolno.
Plami obrus, upstrzo­ny sza­rym we­lu­rem brzu­chów.

Pyłek ze skrzy­deł, jako świet­ny sub­sty­tut cieni.
>Twoje ce­lu­lo­idy nie mają z re­gu­ły tła<

Znik­nę­ło drze­wo i uno­sisz się nad zie­mią.
Z fi­ne­zyj­nie za­wią­za­nym kra­wa­tem.
Gry­ma­sem braku.

Siła gra­wi­ta­cji nie obo­wią­zu­je.
Ostry skal­pel pod skórą od­kry­wa ma­triosz­kę.

 

Włókiennicza

Sta­jąc na pierw­szym kaflu chod­ni­ka, włą­czasz alarm.
Z każ­dej bramy sły­chać:
- Gdzie, kurwa, le­ziesz cwelu je­ba­ny!
I już nie wiesz, czy bawić się dalej w te klasy.

Dwa do przo­du.
Jeden w bok.
Stara za­ba­wa - nie na­dep­nąć na po­ła­ma­ny chod­nik.
Patrz le­piej pod nogi, nigdy w górę,
bo z bal­ko­nu na łeb zrzu­cą tabor cy­ga­nią­tek.

Ko­chan­ko­wie z Włó­kien­ni­czej nie mają na czynsz,
na bo­ga­to żenią kosą wła­sne żebro.

 

on, ona, ono

prześwietlone klisze
przeźrocza pod powiekami
szary popiół, siwe skronie i stalowy pręt
za uchem

zarost golony brzytwą zebrany w urnę
półki grubo smarowane kurzem

męty ciała szklistego
w osobie pierwszej

trzeciej nie ma
druga pochowana
w negatywie źrenicy

 

Słyszę jak rosną mi paznokcie

Są ostre, ostre jak sztylety,
zagrzebuję się nimi w ziemi.
Byle głębiej się wgryźć, byle się schować.
Za doniczką, pod schodami, piwnicami gonić zła.

(Zostawiam ślady na plecach, pośladkach, pościeli).

W kredensie mieszka słoń bez ogona.
Wiem, że tam mieszka, tak jak wiem, że brak mu ogona -
- utrącony przy próbie sprawdzenia, co jest pod spodem.

Pod spodem ma ten słoń dziurę do środka.
Wielkości jednego grosza.
Ciężki słoń,
choć ubogi w swoim wnętrzu.

 

 

Biogram

Wioletta Ciesielska - przed debiutem.
Laureatka I Wojewódzkiego Konkursu Poetyckiego im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (1998r.).
Wyróżniona dwa razy w Ogólnopolskim Konkursie Metafizycznym (2017r.) oraz w Turnieju Jednego Wiersza "O Puchar Wina" (2017r.).

Publikowała min.w Kurierze Poetyckim, Bregart, Wytrychu,
Śląskiej Strefie Gender i Helikopterze.
Jej utwory znajdują się w kilku antologiach grup poetyckich.

 

Pin It