ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017: 

Renata Klamerus ps. Renalamer, Janusz Kliś, Tadeusz Knyziak „Coobus”,

Kazimierz Kochański, Krystyna Konecka

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

 Renata Klamerus ps. Renalamer

 

Skrawek zamyślenia (Wolna przestrzeń)

 

Dziękuję, że zostawiasz

mi wolność –

ten maleńki skrawek

zamyślenia,

kiedy jestem sama

ze sobą.

Jeżeli zechcesz opowiem

Ci później,

gdzie byłam, co odkryłam,

ale tam gdzie podążam

mogę być wyłącznie

sama.

Dziękuję Ci zatem,

że zostawiasz mnie samą

na spłachetku mego

zamyślenia.

 

 

Halny – da capo al fine

 

Tak jak ty nie gra nikt.

Szeptem wchodzisz między nas

snując lento i adagio.

Niepostrzeżenie pojawia się ciepło

i roznosi twe rzewne nuty.

Przelatujesz szukając oparcia.

Twe accelerato zwiastuje,

że nie uśpisz nas monotonią.

Kiedy pojawia się szybkość

i ożywienie, dopadasz nas,

a serca rozdziera wzburzone agitato.

Wyłaniasz się zza ciężkich kotar

i niespokojnie przekraczasz granice.

Przenikasz membrany ścian

i desperacko próbujesz

posiąść nasz dom.

Odchodzisz powoli, by powrócić

za tydzień, za miesiąc, za rok.

Tak jak ty nie gra nikt.

Da capo al fine.

 

 

Fotografia

 

Na czarno-białej fotografii

ogromne oczy Żyda.

Tłum gapiów-świadków,

i ten spokojny wyraz twarzy

oprawcy celującego w głowę.

Zastygłe twarze, wyczekiwanie

i rezygnacja w czarnych oczach.

 

Ogromnych, wystraszonych,

zrezygnowanych oczu

dawno już nie ma pośród nas,

a ja patrzę na fotografię

i łudzę się…

może jednak nie strzeli.

 

 

Halny i drewniany dom

 

Dzisiaj gada ze mną

nasz drewniany dom.

Wiatr zaburzył rytm wieczoru.

Bez światła każdy kąt

jest inny – tajemniczy.

Cisza i ciemność,

tylko raz po raz

jakiś nikt stuka

kołatką u drzwi.

Otulona szarością

i magią drewna

siedzę przy blasku świec,

których płomyki pełgają

po politurze pianina.

Halny, jak nieproszony gość

natarczywie pcha się do środka.

Skrzypią płazy, stuka wielka

płaskorzeźba zawieszona

między oknami,

jakby wielki żubr na niej

usiłował uciec w orawskie ostępy.

Gdy wiatr ucichnie pogaszę

wszystkie świece i po omacku

trafię tam, gdzie noc i twoja bliskość

uspokoi rozedrgane halnym serce.

 

 

Mała srebrna łyżeczka

 

Srebrna łyżeczka 

 

Odmierza porcje

z elegancją i wdziękiem.

W zadbanej ręce

nabiera szyku

i większego uroku.

Biały, czy brązowy kryształ

wolno zsuwa się

do porcelany

odsłaniając lśniące lico.

Ktoś zadbał by nie czerniało.

Zawsze jest tam,

gdzie bogaty aromat

unosi się w powietrzu.

Miewa piękny kształt

i grawerunek,

i koniecznie musi mieć

właściciela, a on chełpi się

swoją własnością.

Uwielbia piękne cukiernice

i koronkowe serwetki,

i koniecznie tajemnicze,

przyćmione światło,

wówczas przysłuchuje

się rozmowom i czeka

na komplement,

na swój temat.

Uważa, że jest niezbędna

i wie, że jest lubiana.

Sama nie lubi zmieniać

właściciela – mała srebrna łyżeczka.

 

 

 

Janusz Kliś

 

Mój dziadek i pszczoły

 

pamięci dziadka Pawła

 

tam gdzie płot drewniany

kwitnie malwami

i senny dom pod lipą ziewa

 

tam gdzie słoneczników latarnie

dojrzewają nocami

i brzoskwiniowe śpiewają drzewa

 

ubrany w kapelusz żywicznych

aromatów

i koszulę flanelowych wielokwiatów

jak Święty Ambroży

przy pasieczniku krząta się

od rana

z pszczołami szeptem rozmawia

na kolanach

 

miodowe plastry z uli wybiera

gołymi rękami

słodkim piórem zagarnia kąśliwe jady

i pyłki z nektarami

 

z brzęczących szczelin wydłubuje

kity – propolisy

nad wieczną młodością

mleczka przelewa pszczele

 

upadłe Ikary z wosku wyławia

i żądlące słońca wzruszeń

będą z nich wiersze bartnicze

co leczą ludzkie ciała

i dusze

 

 

Lawendowe wzgórza

 

odnajdę Twoje sny

na lawendowych wzgórzach

i szepty nieśmiałe

w zielonych drzewach

schowane

 

tam gdzie ciepły wiatr

nieskończonością marzeń

serca kołysze

ręką zerwę kwiat

i pochwycę duszę

 

w lawendowym uścisku

serce spragnione

łzą najczystszą napoję

łagodną i cichą

najspokojniejszą

 

na lawendowych wzgórzach

nic się nie zaczyna

nie kończy

jak dusza... trwa

i nigdy nie umierają motyle

 

 

Lato w kapeluszu

 

noszę w kapeluszu słomianym

słoneczników latarnie

miodowe

przestrzeń gorącą

na liściach zielonych

wspartą

 

i słońc przelatujących

nad słońcami

tysiące

 

noszę w kapeluszu słomianym

pszczół brzęczenie

lipcowe

pejzaż kolorowy

aromatem łąk utkany

starannie

 

i słowa ulotne

jak wróble

szare

 

noszę w kapeluszu słomianym

nieba odbicie

błękitne

dzieciństwo skrzydlate

jaskółek wiszących

pod dachem

 

i sny niewinne

jak poziomki

pachnące – upalnym latem

 

 

Madonna z kwiatami

 

zastygła w kamieniu

z zamkniętymi oczami

kwiaty rozdaje ubogim

na rozdrożu

na kłopoty

na trwogi

 

jest w kamieniu serce

żyjące nadzieją

co upadłego

z ziemi podnosi

 

jest w kamieniu światło

najczystsze

co wzniosłego

na kolana powala

 

jest w kamieniu miłość

najgorętsza

co wiecznie

w ukryciu rozkwita

 

wystarczy pokłonić się

a Ona do serca sięgnie

po różę czerwoną

bez kolców

bez słowa

bez kręcenia głową

 

 

Drzewo osobliwości

 

szorstkością kory zarysowani

w myślach

wetknięci w słoje – obręcze satelit

w zakrzywione spojrzenia kosmosu

uwikłani

odludnieni w głębi

 

podpieramy horyzont

wewnętrznej przestrzeni

chwiejnym filarem

hipotez

 

w wirze otchłani

białych i czarnych dziur

wnikamy jak rdzeń

w pulsujący pień

równoległych światów

 

wychyleni z tunelu

w objęciach życia

przelewamy się – ze słoja w słój

żywicą pragnień – słodką

jak miód

 

 

 

Tadeusz Knyziak „Coobus”

 

Jasny obłok

 

codziennie wychodziła przed próg

tępiąc wzrok o drogę

za podszeptem cierpliwej nadziei kilka razy dziennie

podnosiła wzrokiem pobliską górę sprawdzając

czy nie przysłania widoku powracającego syna

 

ludzie różnie mówili

że pokończyły się wojny

i ten kto miał wrócić już wrócił

że minęły lata a nawet dziesięciolecia

ale kto tak naprawdę potrafi mierzyć czas

komu dziś można ufać

 

póki sił starczyło

podnosiła górę przysłaniającą horyzont

choć sama ważyła tylko pięćdziesiąt trzy kilogramy

 

właśnie po raz ostatni wsparła się na poduszce

w oknie z widokiem na wieczność

matczynym instynktem przechwyciła szelest

nadpływającego jasnego obłoku który po nią wysłano

bo tak to sobie umyśliła

 

właśnie szykuje się na spotkanie z synem

ostatnio tylko o tym marzyła

 

 

jeśli smutek starej kobiety zechce ktoś nazwać marzeniem

 

 

Park Ujazdowski

 

oczy parkowych ludzi są jasne i dobre

 

zakołysały się kasztany

pierwsze zielonobiałe krople zapachniały kurzem

zalustrzyły w tych oczach majowymi dniami

 

to miasto umierało kiedyś stojąc

tak jak zwykły umierać drzewa

potem padło pod ciosami

zapłakało

poszarpane kulami kasztany też płakały

drzewa wypalają się podobnie jak ludzkie ciała

choć można powiedzieć że jest odwrotnie

że to ludzie palą się jak drzewa

wybarwiona zieleń dogasa tym samym kolorem

co spopielone włosy

wypalone ciała i dusze

zaślepione oczodoły

 

czołgając się z połamanymi kończynami

miasto strząsnęło z siebie zwęglone wczoraj

otarło osmolone wilgotne powieki

spojrzało na słońce które bywało świadkiem

wszystkich zbrodni tego świata

w niezrozumieniu ludzi

uparcie doskonalących przez tysiąclecia

sztukę zabijania

 

zakołysały się kasztany

zasklepiły dach szerokiej alei

w ich zieleni krył się uśmiech i smutek

 

oczy parkowych ludzi są jasne i dobre

nie w nich szukać odpowiedzi na pytania

których nie zadaje się w parkach

wyrosłych z popiołów

 

 

Zapis

 

nie w źrenicach a w głębi ukrytej za nimi

zalegają zwoje pożółkłych pergaminów

nagromadzone obrazy

półprawdy utrwalane na powielaczach

 

jeszcze tyle tam porzuconych tajemnic

nieprzetłumaczonych myśli

dla których nie starcza już czasu

nawet jeśli przyjmiemy

że czas nie kończy się nigdy

i być może nigdy nie zaczyna

 

nie oddala się nie przyśpiesza nie upływa

zalega jak kamień o który potykają się

chorzy i samotni

 

tak jak i oni przysiadasz na nim zmęczony

po to czego dotychczas nie dostrzegałeś

choć w tym samym czasie

nie rozpoznajesz już własnych dłoni

ani spopielałych włosów

oprawionych w ramy lustra

 

nie w źrenicach

nie na wyschniętym pergaminie twarzy

zapisany jest bezwzględny biling

bliskich połączeń i rozłączeń

ale właśnie w tych dłoniach

 

gdy nagle stają się obce

 

 

Droga powrotna

*

mgła nostalgiczna

i słońce szczęśliwe

chwila co scala brzegi postrzępione

stopa pod palców jedwabnym dotykiem

szelest znaczący najpiękniejsze strony

 

życie gorące

na dwie filiżanki

na dwa spojrzenia podane jak dłonie

czasem prawdziwe czasem rozpuszczalne

z cukrem lub gorzkie

w łóżku lub na stole

 

jeszcze to drzewo

co korą się chroni

milczący świadek skamieniałych godzin

oplatające łapskami korzeni

zwalone głazy

błądzące jak schody

 

**

a więc to słońce soczyste jak owoc

i zapach życia

w białej porcelanie

 

chyba to właśnie zostawię za sobą

zsuwając stopy

z kamienia na kamień

 

 

to nie miała być modlitwa

 

ojcze mój

któryś jest w ziemi

odgrodzony metrową warstwą czasu

przechowuję imię twoje

podpieram kurczącą się pamięć

zapisem metalowej tabliczki doczepionej do krzyża

pod którym spoczywa miałkie w dotyku truchło

rozkładającego się gniewu

 

bo ten nasz chleb powszedni...

jakoś sobie radziliśmy

matka szorstką miotłą drapała chodniki

prała ludziom bieliznę

 

my przekazywaliśmy sobie znoszone buty

bo dorastaliśmy szybko i przedwcześnie

ale skąd miałbyś o tym wiedzieć

my nie pytaliśmy o ciebie

ty nie pytałeś o nas

 

wiem że nawet teraz

gdy jej skóra zmieniła się w pergamin

a kręgosłup zapłakał jak wierzba

skłonna byłaby wyszeptać

odpuść nam nasze winy,

jako i my odpuszczamy

ale ja nie wiem co miałbyś nam odpuścić

i nie chcę

 

poza zniczem spinającym życie ze śmiercią

jedyną klamrą ubogiego cyklu naszych spotkań

mam dla ciebie jeszcze tylko słowo

 

amen

 

 

Kazimierz Kochański

 

Domniemania

 

Nie ustępują mi

miejsca w tramwaju

w dyskusji w kolejce

po chleb po gazety

 

w telewizji mówią

o empatii dla psów

kotów koni starych

 

robię żabę małpę

wstydzę się osła

boję się dzieci

patrzą.

 

 

Chcesz...

 

Chcesz

zanucę ci

taką pieśń – bez słów

melodię – bez muzyki lecz zaklinam cię

na płacz wierzby

na skrzypliwy głos

wciąż niedomkniętej

furtki

na kroplę deszczu

zawieszoną

pod powieką okna zostań – nakryj

dla mnie

stół

białym obrusem bezimienna wędrowniczko

dom twój

w opuszkach

mojej nieśmiałości.

 

 

Będzie dobrze

 

Kolejny raz

włączasz czajnik

oczekujesz

na głos

 

niezawodny gwizdek

i fusy

na dnie filiżanki

 

poprawiasz serwetki

odkrywasz i przykrywasz

cukierniczkę

 

słychać dzwonek u drzwi

gubisz kapcie

są nareszcie

rachunki i ponaglenia

 

obracasz gałkę radia

komunikują

widoczną poprawę

 

ale u ciebie

już nie ten wzrok.

 

 

Czardasz Parkinsona

 

Twoje oczy zielone

od ucha uśmiech

do ucha przykładam

skrzypiec rozedrganie

a smyk kiełbasi struny

 

ręka zgięta

w łokciu kpi

z prostoty

i prostaty

 

dyg-dyg dylu-dylu

na badylu – fałsz

 

prawdą fałsz.

 

 

Nic się nie dzieje

 

Pies sąsiadów dziamoli jak zwykle

piętro niżej od pół roku trwa remont

ktoś kocha kwiaty woda leje się na mój balkon

po prostu codzienność

 

Gdzieś kogoś zabili

budżet się nie bilansuje

złapany oszust nie może doczekać się wyroku

rząd wypowiada mi prawo do działki

są wolne miejsca na księżyc

taka kolej rzeczy

 

Konflikty mają się dobrze

miłość wyobcowała się z płci

banki podejrzanie puszczają oczko

każdy ruch monitorowany

to oczywiste oznaki tętniącego życia

obok tuż.

 

 

 

Krystyna Konecka

 

Bodhisattwa

 

Nad Morzem Żółtym słońce spada jak rybitwa.

A coraz niecierpliwiej nad Morzem Japońskim.

Poza tym kruchość plaży. Koreańska wioska

i wiatr. Co mnie wkołysał w egzotyczną przystań.

 

Są jeszcze mroczne modły szamanek przed świtem.

Tajemna diamentowa świątynia nadmorska.

A gdy zamierzam odejść, dotyka mych włosów

maleńki bodhisattwa z uśmiechem z nefrytu.

 

Po prostu nie do wiary. Lecz nie wiem – do której.

Od kogo dar przyjęłam podniebnych wędrówek?

Skąd ten wybór zszedł na mnie między milionami?

 

Po której stronie nieba szybuje mój anioł?

I w ogóle dlaczego ja a nie ktoś obok

Uśmiecham się do buddy z plaży nefrytowej.

 

 

Nad Tedong-Gang

 

O świcie który zwie się świeżością poranka

wyjdą z domów. Zaorzą zbudują urodzą

zaśpiewają zapłaczą dla wielkiego wodza

za miłość do narodu garść ryżu do garnka.

 

Może będzie nagroda. Muzea sztandary

wycieczka do kolebki wodza z przewodnikiem

bilet na młyn diabelski a może do cyrku.

Pewnego dnia odkryją że totalitaryzm.

 

Runą na barykady jeśli to możliwe

podpalą zburzą pomnik w pół krzyku polegną

krew wysączy się czarna i spłynie ulicą

 

ustanowią religię zasklepią ruiny

posadzą ryż wypalą z gliny nowe cegły

wybiorą wodza. No i – co z tego? No i co?

 

Pyongjang ’89

 

 

Budda z groty Sokkuram

 

Dotknął mnie. I zabrakło mi miejsca na oddech.

Skórę miał z alabastru a może z nefrytu

i w skośnych oczach cały bezmiar tajemnicy

Wschodu. Niezmierny bezmiar tajemnicy Wschodu.

 

Dotknęłam go. Dyskretnie. Pod dłonią zdumioną

odkryłam puls gorący. Nieśmiertelność dzieła

tak namacalnie prostą. Lecz zanim pojęłam

wymknął się z moich myśli jak spłoszony gołąb.

 

Z twarzą w kierunku morza. W granitowej grocie

za szkłem. Gdzie ogolony mnich na ziemię pada

nie śmiąc spojrzeć. Gdy ja próbuję szepnąć słowo

 

uśmiech Buddy jest ciepły i nieodgadniony.

Od tajemnicy Wschodu dzieli mnie kontynent

i ta nieprzenikniona dla niewiernych szyba.

 

Kyongju, Korea Południowa

 

 

Koreańskie szamanki

 

Góra ma w zboczu otwór. Rozpalone łono

co wydało trzech synów krwawiąc ogniem lawy.

Potem panny przybyły od morza. I z żarem

płodziły braciom synów wśród wichrów i koni.

 

Samoloty z półwyspu lądują tu co dzień.

Falliczny bożek lawy wabi młode pary

a szamanki po nocach odprawiają czary

by morze poławiaczkom dało dobry połów.

 

Wyspa jest wielką muszlą. Nagą i odkrytą.

Apoteozą słońca od świtu do świtu.

Koncertem na gwizd wiatru, płacz fal i szamanek.

 

Nocą jestem jak one. Wychodzę z Europy.

Modlę się do czarnego jak niebo wulkanu

za te, co nic nie wiedzą o miejscu potopu.

 

Cheju-do, Korea Południowa

 

 

Kiedyś w Seulu, godz. 10:30 (Obraz Krzysztofa Rapsy)

 

W oczach mam bezrękiego z Inchonu chłopczyka.

Linii demarkacyjnej grozę i ironię.

Rano – z hotelu Shilla park Namwon, co znika

w perspektywie wieżowców. Im dalej, tym stromiej.

Wczoraj wróciłam z wyspy Cheju, wypiętrzonej

z lawy. Gdzie nowożeńcom Tol haruban – bożek

falliczny sekunduje. Gdzie szamanki promy

magią przeprowadzają bezpiecznie przez morze.

Kto wiedzie mnie przez wiatry, antypody, kraje?

Budda z Kyongju – ten okruch świetlisty nefrytu?

Może z seulskich świątyń co się przygarniają

do stóp wysokościowców w ciepłej aurze świtu.

Obraz z Han-gang uparcie wpełza pod powieki:

odwrócone od nieba city w nurcie rzeki.

 

 

 

 Renata Klamerus ps. Renalamer

Renata Klamerus (pseudonim Renalamer) urodziła się w Bydgoszczy, mieszka na Podhalu. Ukończyła Liceum Ogólnokształcące, następnie w Łodzi, trwające pięć i pół roku studia dzienne na Wydz. Farmacji Akademii Medycznej. Debiutowała w 1985 roku na Święcie Poezji Góralskiej w Rabie Wyżnej, ale obszerny tomik wydała dopiero w 2004 r. Jej wiersze drukowane były w „Dzienniku Polskim”, wcześniej w podhalańskim „Dunajcu”. Wiersze Renaty Klamerus znajdziemy w tomiku „Poezje babiogórskie”, w zbiorku poezji pt. „Wiersze górali”, w albumie Naczelnej Izby Aptekarskiej pt. „Apothecare necesse est...”, poza tym w publikacjach okolicznościowych „Pruszyński i S-ka” i w „Farmacji polskiej”. Jej wiersze opiniowali: Tadeusz Staich, dr Emil Kowalczyk, poeta Józef Baran, red. Jarosław Jakubowski z Bydgoszczy. Poza poezją pisze prozę. Wydawnictwo Novae Res z Gdyni wydało w 2011 r. pierwszy tom baśni „Tami z krainy pięknych Koni”, w 2014 r. drugi tom „Tami z Kapadoclandii”, w 2017 roku ukaże się trzeci tom – „Magiczna Kapadoclandia”. Drugi tom baśni recenzowała dr hab. Anna Mlekodaj. Należy do zakopiańskiego Klubu Literackiego TRAWERS. Na druk czeka kilka bajek, proza dla dorosłych oraz drugi tomik poezji.

 

 

Janusz Kliś

Urodził się w 1961 r. w Dębicy, woj. podkarpackie. Poeta, plastyk i nauczyciel. W 1978 r. za namową krakowskiego poety Tadeusza Śliwiaka debiutował jako siedemnastolatek skromnym, zawierającym 35 wierszy tomikiem poezji pt. „Księżycowy sen”. Wiersze publikuje w Polsce i USA. Autor trzech tomików poezji, współautor dwudziestu czterech antologii i książek poetyckich, dwóch płyt CD i licznych publikacji prasowych. Zdobywca nagród i wyróżnień w konkursach literackich, jego wiersze wielokrotnie gościły w audycjach radiowych i programach telewizyjnych. Ma na swoim koncie liczne spotkania autorskie. W 2015 r. jego poezja prezentowana była na Salonie Arystycznym Beaty Anny Symołon w Krakowie. Od 1998 r. mieszka i tworzy na emigracji w USA. Uczy klasy licealne w Polskiej Szkole im. Marii Skłodowskiej-Curie w Chicago. W wolnych chwilach rysuje i maluje, interesuje się życiem i kulturą Indian Ameryki Północnej. Jest członkiem ZLP w Chicago i Polish American Poets Academy w New Jersey.

 

 

Tadeusz Knyziak „Coobus”

Tadeusz Krzysztof Knyziak, ps. „Coobus” – urodzony w 1948 roku w Warszawie (mieszka tu do dziś). Autor trzech tomików wierszy („Chwile”, „Światłocienie” i „Światłoczułe słowa”) i współautor ponad trzydziestu almanachów, antologii i wydań pokonkursowych (również próbki prozy autora). Prezentowany w periodykach literackich. Publikuje pod pseudonimem artystycznym „Coobus”. W konkursach poetyckich zaznaczył swój udział wieloma nagrodami i wyróżnieniami. Zamieszcza wiersze w internetowych grupach poetyckich i na stronach literackich portali. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich, Grupy Literacko-Muzycznej Terra Poetica oraz Klubu Poszukiwaczy Słowa w Piasecznie pod Warszawą. W 2016 roku zespół rockowy Vüjekväsyl nagrał płytę opartą na wierszach Coobusa. Za sprawą konkursu poetyckiego na wiersz roku 2016 stał się honorowym członkiem Polish American Poets Academy na okres najbliższego roku. Dorobek poetycki Coobusa można prześledzić na jego blogu archiwalnym: coby99.bloog.pl.

 

 

Kazimierz Kochański

Urodził się 24 lutego 1950 r. w Zalesiu Górnym k. Piaseczna. Debiutował w „Zielonym Sztandarze”. Wiersze publikował m.in. na łamach „Okolic”, „Razem”, „Miesięcznika Literackiego”, „Zarzewia”, „Głosu Nauczycielskiego”, „Barw”, „Przemian”, „POEZJI dzisiaj”, „Akcentu”, „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”, na antenie Polskiego Radia oraz w almanachach. Jest laureatem wielu konkursów poetyckich. Juror w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Opiekun młodzieży twórczej. Recenzent prac o tematyce muzycznej. Autor tekstów piosenek z muzyką Mariusza Klimka – płyty „The drift like that”, „Gdy ziemię cichym snem” – kolędy i pastorałki, „Wierzę tylko w nas”. Autor piosenki dla Polonii „Kochanie, ja wracam” – z muzyką Piotra Pawła Kowalickiego, także piosenek dla dzieci z tym kompozytorem. Wydał zbiory wierszy: Konfesje, Kroki, Krecha, Kolekta, Kanty-Lenki; zbiory fraszek: Karambol, Kipiel, Kakofonia, Kuriozalia, Kolczyki. Retrospektywny wybór utworów „Kulminacje”. W 2015 roku opublikował wybór aforyzmów „Kartkując”. Graficznie jego książki ubogacili m.in. Jacek Frankowski i Anna Daria Merska. Ma swoją stronę internetową: http://kazimierzkochanski.republika.pl. Członek Związku Literatów Polskich – we władzach głównych.

 

 

Krystyna Konecka

Jest poetką, dziennikarką, eseistką, fotoreporterką. Autorka kilkunastu książek, wystaw fotograficznych, laureatka konkursów literackich. W poezji specjalizuje się w sonecie. Debiut: „Sonety codzienne” (1978); ponadto „Pory mroku”; „Ślady na jeziorach”; „Sonety litewskie”; „Powrót z Erolandu”; „Znad Wilii”; „Miejsca”; „A.M.”; „Cisza”; „Leśne Misteria” (w albumie W. Łapińskiego); „Ogrody Szekspira”; „Isabelle mon amour” (obydwie w tłum. Ewy Sherman na j. angielski); „Biały kruk”; album sonetów „Listy dobiegniewskie”; album poetycki „Szklana kula”, poświęcony malarstwu I. i W. Weissów; wybór sonetów „Koneksje/Connections” oraz – w roku 2016 – „Bard ze Stratfordu. Mapa sonetów” (z przekładami E. Sherman). Wiersze w zbiorowych edycjach oraz na portalach w kraju i zagranicą (m.in. w koreańskiej World Poetry, włoskiej Scalzi ma con gli speroni, esperanckiej Podlahia Antologio, litewskiej Karaliu Delnuose i amerykańskiej The Other Side of the Screen oraz na portalu Our Poetry Archive w Indiach). ZLP wydał jej album fotograficzny „Chwile i lata” na 35. Warszawską Jesień Poezji z wyborem wierszy kolegów po piórze. W 2005 r. trafiła do księgi Artyści Białegostoku – XVIII–XX w. Za dokonania twórcze Krystyna Konecka otrzymywała wysokie oceny krytyków oraz literackie nagrody. Od lat należy do the Anglo-Polish Society w Bristolu (Wielka Brytania), uczestniczy w międzynarodowych gremiach literackich.

 

 

 

 

 

Pin It