Wiersze tygodnia - Mieczysław Czychowski,

Krzysztof Gąsiorowski, Zbigniew Jerzyna, Roman Śliwonik

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 Mieczysław Czychowski 

 

Życie

 

Oślepia go -

ale nie zaślepia.

Rani mocno -

lecz nie zabija.

Okaleczony -

żyje przecież.

Tamponami zatyka

cięte rany.

Upada -

ale się podnosi.

Pęknięte związuje -

i to się zrasta.

Cały jest

z blizn i narośli.

Wasz bliźni -

człowiek

który się nie podda.

 

 

Palenie w piecu

 

Pozbierałem rozrzucone:

rozrzuciłem obumarłe.

Ile trzeba się natrudzić,

żeby zlepić z prochów – garnek.

 

Garnek w domu – rzecz potrzebna,

na miód pszczeli i gorczycę.

Siedzę teraz. W piecu palę.

I u ręki palce liczę.

 

Liczyć palce – rzecz okrutna.

Łatwa. I ogromnie smutna.

 

Napisałem list do matki -

Jakbym z kwiatu otrząsł jabłoń.

W głowie mi zakotłowało -

tak wysoko i bezdomnie.

I upadłem twarzą na dno.

Żółty mnie podziobał dzwoniec.

 

Upaść na dno – rzecz okrutna.

Łatwa. I ogromnie smutna.

 

Drogi mi się zagubiły,

jakby wszystkie z wiatru były.

Obróciłem się na wiatr:

Jakie drogi – taki świat.

 

Nie mieć drogi – rzecz okrutna.

Ludzka.

I ogromnie smutna.

 

Napiętnowana

 

Kobieta bierze kąpiel.

Dziecko zbiegło do snu.

Cóż mi tu ze mnie, po mnie.

Tam byłem - a jestem tu.

 

Mówią: rzecz ma dwie strony.

Ma ich o wiele więcej.

Jestem niepocieszony.

Ż życia zrobiono klęcznik.

 

No to przyklęknij sobie -

mówią - lub - nie bądź głupi.

I tak w jednej osobie

jestem tu. Chcę się upić.

 

Zycie plwociną gardło

zarasta; Zmienia się w żużel.

Napiętnowana pogardą -

milcząc - stoi przy murze

 

 

Krzysztof Gąsiorowski

 


Po całym mieszkaniu...
 

Po całym mieszkaniu, po

sufitach i po ścianach

nocami spaceruje

moja stara,

naga

maszyna do pisania

i wystukuje urywane zdania:

nieposkromiony żal...

samotność nie do pokonania...

ironia przemijania...

I są to tylko słowa.

Słowa. Tylko że o takich słowach

ludzie pisują długie

i smutne powieści

o jedynym, ostatnim życiu oraz

o niezliczonej śmierci.

     (1975)
 

 

Abym
 

Abym – zdążył
 

wysupłał się

z zobowiązań, przebrnął zaległości, dopisał,

skrócił, wyrzucił

poczęte książki, zaciągnął nowe

długi i miłostki,

 

przemyślał kilka podejrzeń

co do istoty rzeczy, przypomniał sobie

przeszłe, a nawet przebiegłe kobiety...

 

- musiałbym chyba być bożą trzodą

ośmiornic,

 

którym obcy jest Grzech Pierworodny,

grzech osobności i skończoności;

 

które nie śpią, nie jedzą;

za to, popijają morze i niestrudzenie

kartkują falę za falą.

(2005)

 

                        ***

Jeszcze przed świtaniem,

oby cichutko, aby nie zbudzić

dzieci i utyskiwań żony,

 

nie płosząc wiernego krzesła,

co dotąd czekało przy biurku,

aż zdrzemnęło się w drzewie,

 

wstać i podejść do okna i

dotknąć ciemności.

    

A potem zawrócić do lustra

i zobaczyć w nim – tę pustą noc,

i pokój, i w jego ciemnych oknach

za sobą jarzące się

światełko.

 

I tak stać, nieruchomo,

jeszcze przez chwilę,

niemal wierząc,

że lustro się zabliźni.

     (2001)

 

Językoznawstwo na poziomie elementarnym

 

Zaprawdę, powiadam Wam, tam

w dzieciństwie, a nawet w młodości, wśród

przymiotników i przysłówków niema jeszcze

rzeczy i ludzi.

 

Z widnokręgu rodziców, których zobaczymy

najpóźniej, wyłaniają się – rodzą się w bólach

rzeczowniki: laska ze srebrną gałką – czyli ciotka,

ołówek i okulary z nauczyciela, Tadzik to piłka,

Agatka – płacz z piegami...

 

Z czasem wszystko staje się coraz mniej

niewinne. Świat zaczyna poruszać się. Czasowniki.

Goni nas miejscowy osiłek. Adiunkt zezuje.

 

Krystyna stale się spóźnia. Pomińmy, dyszącą,

podstarzałą, stale podpitą Wandę, z jej rozpalonym

do białości brzuchem i jej czasownik.

 

Bardzo, bardzo mozolnie lepimy

coś sensownego z tych części mowy. Toporny

Golem wciąż sprząta nasze podwórko, donosi

wodę i bywa, z braku kogoś lepszego – kochany...

 

Któregoś dnia cały ten wszechświat

nagle się zapada. Wracają do słownika,

który był na początku – nasze miłości,

małżeństwa, dyplomy, ordery, choroby,

lęki i urazy. I odzyskują porządek

alfabetyczny.

 

Idziesz potem zatłoczoną ulicą, rozglądasz się,

patrzysz na pomijających cię ludzi...I zagarniają cię

nieodparte abstrakcje: odraza, litość i współczucie.

(2001)

 

 

Zbigniew Jerzyna
 


Wielkie zdarzenie

 

Idzie za mną o kuli gwiazda wyszczerbiona...
Miłość mi upłynęła w cieniu Zbiorowej Mogiły.
Na uśmiech ciemno padła, oczy zasłoniła.
Wstałem ─ i mnie czerwona gałąź otoczyła.
Mówią: w pieluszki ognia byłeś spowijany.
Więc mam ciągle uderzać w poczerniałe skrzydła,
pod okiem cudzej śmierci, przy gromnicznej świecy?
Czy dług jest ciągle świeży? Może wina świeci?
Umarłym rośnie pamięć ─ rosną im ramiona.
Jakbym bez przerwy patrzył w wielkie puste oczy.
Martwo dni swoje wlecze moje pokolenie.
I gnuśnieje i czeka na Wielkie Zdarzenie.

 

 

Miłość obraża

 

Miłość obraża, gdy jest nazbyt wielka;
zawsze cię widzę stojącą na wzgórzu,
wzgórze zasłania mi cały horyzont.

I tylko morze w słuchu moim wzbiera,
jak szept umarłych lub nie narodzonych.
I tylko słońce oczy mi otwiera
w ziemię nieznaną — co we mnie umiera.

 


Kochanie

 

Kochał ją jak mężczyzna Jeszcze bardziej kochał
Aż do bólu w ciemności Do skazy miłości

Kochał ją w każdym ciała pięknie i cierpieniu
Szedł w nią zmysłami Myślą Tlił się w jej płomieniu

Kochał ją jak się w geście lęku dotknie Ziemi
Albo gdy spojrzysz w niebo I twarz ci odmieni

Kochał ją za miłosną lekkość jej oddechu
Za światło wewnątrz dłoni W głosie za cień grzechu

Kochał ją także w sile w słabości i w gniewie
Kochał ją pocałunku listkiem w Wielkim Drzewie

Kochał ją pośród nocy gdy w śnie się zwierzała
Że umarła Bo sama siebie pokochała

Kochał ją gdy już mieczem byli rozdzieleni
Płaczem i jak krzyk niemy rozpęknięciem ziemi

 

 

Roman Śliwonik
 
 

Wiersz na modłę lat pięćdziesiątych

W gęstej ciżbie w gęstym powietrzu
jak w skrzykniętym przez Majakowskiego ludzie
w gęstwie ale nie poetyckiej 
stoją również poeci
raczej okładki ich książek
jest gęsto od ładu smrodu i głodu

nie lubię ciżby nie wiadomo skąd padnie cios
nie wiadomo komu oddać
w tłumie okładek niektórych rozpoznaje
nie widzę Jesienina On gdzieś słucha ziemi
poznaje wysokie czoło Grochowiaka
Białoszewskiego typowego mieszkańca ulicy Poznańskiej
Cygana Bursę a raczej włosy ładne miękkie
i szlachetny owal Czycza
piękna i chyba do wzięcia śliczność Ośniałowskiego
nie widzę Broniewskiego stoi wyżej
w przeznaczonej dla niego chmurze

Na prowincji walą w bębny
i dmą w trąby poeci zaplecza
w nim zza okładek dźwięczą zdania mądre
okładki deformuje niechętny odruch ludu
a ja i ktoś tam w kolejnym pokoleniu
oczekiwałem że wstrząśnie ogrom
jak u filomatów i filaretów



* * *

Barbara i Marta wypychają mnie w żywą zieleń
której nie ma
to jest to miasto
ale błękit z chmurami z dzieciństwa
zdejmuje ze mnie powoli naskórek
delikatnie miękko jak to Błękit
ale nie wszystko da się zgarnąć
to co chore zostało
ale owa niebieska miękkość jest
może jak obietnica Ocalenia
której ledwo dotknęliśmy
jest jeszcze na opuszkach palców
niechby to był osad czegoś
choćby nieba

 

Las

Zawsze o późnym zmierzchu nocą
pamięć lub coś w nas
jest niewiadome lub to o czym
wiedzieć nie chcemy lub jeszcze nie umiemy

zawsze właśnie nocą
rzeczy chroniące się przed światłem
ukazują sprawy ukryte
zaczyna się film
pierwszym obrazem
widzianym z góry
jest mały chłopiec stojący przy oknie
patrzy jak za szybą
zachodzi za lasem wielkie czerwone słońce
i tak jest zawsze
później zaczyna widnieć prawie wszystko
zaczyna się od kobiet
dziewczynka leżąca na dywanie 
szeroko rozłożona jak kobieta
pierwsza i nie do końca wyjaśniona tajemnica
ale ważna Bo wyświetla je moje dorosłe życie
a dopiero później są konie które kocham
moje wieczne pomyłki i winy
konie różnie hodowane od karych do płowych i siwych
konie mego życia
kobiety  
aż zostaje kobieta jedna i siwy koń



Niech zdychają poeci

Stoi poeta w polu otwartym
przewiewa go słoneczność
nie wiadomo czy poeta się rozwija
Czy dojrzewa czy czeka

pisze wiersz
poeci bywają różni geniusze rodzą się na salonach
inni gdziekolwiek
To poznaje się po pisaniu

poeta stoi sztywny Czujny
czy nadleci słowik sowa
czy niwelująca wszystko ciemnym wrzaskiem wrona

poeta odziany licho lub z przepychem
czasem trzepoczą na nim strzępy
z tego poety nic nie będzie
ubóstwo nie uczy tylko z latami mędrkuje
dużo takich źle ubranych stoi na polu
komunizm ich karmił kapitalizm grzebie
to widać po czarnym prostokącie

Ciemny dół pomieści wielu
jeśli jest ich za dużo niech zdychają
zamiast straszyć na polach
dusze wrażliwe

Pin It