Kalina Izabela Zioła

Wiersze ormiańskie

 

 

ziola wiersze ormianskie

 

 

 

Jezioro Sevan

 

lśniące jak diament

w koronkowej oprawie gór

pełne tajemnic

i tysiącletnich zdarzeń

 

ono pamięta wyspę

której już nie ma

która zmieniła się dawno

w półwysep

 

wokół jeziora

nie ma starych rybaków

łowiących srebrne ryby

w przezroczystej wodzie

 

dzisiaj tylko poeci

patrzą na modre fale

płynące pod parasolem chmur

i piszą o nich wiersze

 

tylko poeci

nie zapominają

 

Armenia

 

łagodne zbocza gór

w fioletowej poświacie mgły

jak na tajemniczych płótnach Saryana

piaszczyste wierzchołki

błyszczą w słońcu

 

droga wznosi się coraz wyżej

wije się jak jaszczurka

 

co mnie czeka

za następnym zakrętem

za następnym mijającym dniem?

 

Ściskam w dłoni

lśniący odłamek obsydianu

i czekam

 

 Droga do Dilijanu

 

zachodzące słońce

spływa złotymi strumieniami

po zboczach gór

błękitne niebo haftowane bielą obłoków

 

powiał wiatr

 

przejrzyste pasma chmur

przybrały kształt anielskich skrzydeł

otulających ciepłym cieniem

ormiańską ziemię

 

pod taką opieką

nie może zdarzyć się

nic złego

 

 Dilijan

 

siedzę sama w hotelowym pokoju

za oknami ciemno

deszcz uderza o szyby

w rytmie ormiańskiej piosenki

 

góry ukryły się

wśród kosmatych chmur

tylko rozjarzone okna wiosek

błyszczą niby wilcze oczy

 

myślę o tobie

niby bliskim a jakże dalekim

 

bardziej odległym

niż te mrugające

pośród nocy światełka

 

Pośmiertna maska Komitasa

 

uśmiechasz się teraz mnichu

ze swej pośmiertnej maski

dlaczego?

 

całe swe pracowite życie

poświęciłeś muzyce

poezji i ludziom

którzy ci byli najdrożsi

i którym ty byłeś drogi

 

zbierałeś piosenki i pieśni

po cichych wsiach

wpisywałeś je w swoje utwory

by dźwięczały śmiechem i smutkiem

 

ukochałeś ormiański lud i ziemię

zielone doliny i wysokie góry

każde dziecko i każdego starca

 

nie dano ci umrzeć spokojnie

pośród kolorów i kwiatów

pośród przyjaznych spojrzeń

 

okrutna rzeź Ormian

zgotowana przez Turków

zakryła żałobnym kirem

twoje niebo

 

krzyki gwałconych kobiet

i zarzynanych niemowląt

skargi niewinnych ludzi

otoczyły cię ciasnych kokonem

z którego nie potrafiłeś już wyjść

 

uciekłeś w milczący obłęd

w głęboką katatonię

żeby niczego nie widzieć

niczego nie słyszeć

i niczego nie czuć

 

nikt jednak nie wie

jakie myśli krążyły

w twoim chorym umyśle

jakie obrazy widziałeś

pod zamkniętymi powiekami

 

dwadzieścia długich lat

walczyłeś z demonami

w paryskim szpitalu

gdzie z uśmiechem

powitałeś śmierć

 

teraz nie musisz pamiętać

nie musisz z nikim walczyć

wreszcie możesz odpocząć

 

uśmiechasz się Komitasie

ze swej pośmiertnej maski

bo śmierć darowała ci wolność

 

NA DROGACH ARMENII

 

samochód pędzi pośród gór

w oddali pokryte śniegiem

wysokie skały

oplatasz palcami moją dłoń

rozgrzewasz mnie

tym dotykiem

za oknami lśniące

wierzchołki Araratu

Erewań coraz bliżej

na wyciągnięcie ręki

co mnie tam czeka?

 

W PŁOMIENIACH LIŚCI

 

na zboczach gór

liście drzew płoną czerwienią

czy to tylko jesień

zabarwiła je purpurą

czy jeszcze lśnią na nich

krople krwi chłopców

którzy broniąc wolności

oddali młode życie

góry Arcachu

milczą wyniośle

one wiedzą wszystko

 

CZARNE WINOGRONA

 

oczy Armena

czarne i słodkie

jak dojrzewające

w słońcu Armenii

winogrona

pod ciężkimi powiekami

ukrywają myśli

zrywam słodkie owoce

zlizuję z palców sok

i szukam smaku

zapomnianych ogrodów

oczy Armena

wtapiają się w noc

 

* * *

 

wierzyłam że pośród gór Arcachu

odnajdziemy kawałki

rozbitego lustra

że może nam się uda

nie pokaleczyć palców

zbierałam pogubione okruchy

słów i czułości

liczyłam pocałunki

tego ranka

zakwitło we mnie słońce

i trzepot

przebudzonych nagle ptaków

zapaliłam w kościele

cienką długą świecę

na szczęście

 

TIGRANAKERT

 

pod zachodzącym słońcem

jasne kamienne mury

wąskie wykusze okien

w których można się schronić

u stóp wysokiej budowli

wychylają się z ziemi

ruiny starej świątyni

i zniszczonych cmentarzy

tysiącletnie sekrety

wydzierane przeszłości

schody schody

pną się coraz wyżej

aż na szczyt stromej wieży

opieram dłonie

na krawędzi dwóch czasów

 

AGDAM

 

rozglądam się wokoło

i widzę tylko

ogromne połacie trawy

na której szare kamienie

to nie pole nie step

to ruiny starego miasta

które odeszło w niepamięć

opuszczone i martwe

tak bardzo samotne

nie ma światełek w oknach

bo nie ma okien

nikt nie siada na progu

bo nie ma progów

tylko szare kamienie

pamiętają śmiech dzieci

tylko trawa czasami

tęskni za bosą stopą

miasto Agdam

śni swój ostatni sen

 

TAŃCZĄCE DŁONIE MEDINY

 

wracamy do hotelu

samochód krztusi się pyłem

podskakuje na wybojach

dyszy ze zmęczenia

stary poeta wyciąga z kieszeni fujarkę

zaczyna grać

ludowe ormiańskie pieśni

pasażerowie podchwytują melodię

śpiewają cicho

zanurzeni we wspomnieniach

i wtedy ręce Mediny

zaczynają tańczyć

wznoszą się w górę

miękko opadają w dół

i znowu w górze krążą

jak białe gołębie

kołyszą się na skrzydłach pieśni

zachwyca mnie

ten ptasi balet rąk

na tle milczących

prastarych gór Arcachu

 

* * *

 

nad wierzchołkami gór

wiatr chmurom

rozczesuje włosy

ich platynowe pasma

zaczepiają o ostre krawędzie

puszyste pompony drzew

zielenią się na zboczach

przetykane złotem

i nieśmiałą czerwienią

za szybami samochodu

jesienna rewia przyrody

tak Górski Karabach

wita poetów

 

MŁODA LIPA

 

zasadziłam drzewo w Tigranakercie

maleńką lipę

zasypałam troskliwie jej korzenie

by nie uschła

by nie wyrwał jej wiatr

w cieniu kamiennej twierdzy

lipa wyrośnie wysoko

wyciągnie w górę ramiona

będzie się przyglądała

jasnym chmurom

będzie słuchała baśni i opowieści

pozwoli ptakom wić gniazdo

wśród zielonych gałęzi

szumem liści

da ukojenie poetom

jeśli kiedyś powrócę gnana tęsknotą

odnajdę moje drzewo moją lipę

przytulę się do jej pnia

i może zapłaczę

razem z nią

 

POEZJA I PTAKI

 

nad twierdzą w Tigranakercie

powoli zapadał zmierzch

jeszcze kontury wież

ciemniały na tle nieba

siedzieliśmy przy stołach

piliśmy ormiańskie wino

i czytaliśmy wiersze

każdy w swoim języku

albo w języku przyjaciół

lecz nagle nasze głosy

zagłuszył świergot ptaków

szum ich małych skrzydełek

poruszył liśćmi drzewa

zachwiały się gałęzie

już wiersze z ptasim śpiewem

splecione jak w warkoczu

trwał ten wieczorny spektakl

poezji i przyrody

a uśmiechnięte gwiazdy

zaglądały nam przekornie

 

w oczy 

Pin It