ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017:

Sylwia Kanicka, Jarosław Kapłon, Piotr Kasjas, 
Jan Stanisław Kiczor, Ewa Klajman-Gomolińska

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

 

Sylwia Kanicka 

 

 

jeruzalem

 

Nie ma życia. Jest teatr. Uczymy się roli, przechodzimy

w kolejne akty i nikt nie zagląda wstecz. Przecież jesteś

aktorem, wiesz, że wielcy nie piszą tylko komedii,

a dramaty i horrory zajmują równorzędne półki.

 

Gdy stawiałeś pierwsze kroki, nikt nie osądzał ich dokładności.

Zapisałeś kilka liter i wszyscy rozczulali się nad ich zgrabnością.

Miałeś prawo być dumny. Każdy ptak, który rozkłada skrzydła

w nowym kierunku robi to z nadzieją lotu. Gdy spada,

ma w sobie siłę, aby wszystko powtórzyć.

 

Kiedy ostatnio kąpałeś się w Jordanie? Dla oczyszczenia

warto przejść nawet po rozżarzonych węglach z wiarą,

że nie zostawią śladów na bosych stopach. Idziesz tą drogą

i zaczynasz wątpić, a przecież dawno już nauczyłeś się chodzić.

 

wrzesień 2007 r.

 

 

barykada

 

potrzebuję ciszy

milczenia

 

nie stanie obok mnie skrzydlaty brat i nie poda dłoni

tacy jak ja już dawno skazali go na straty

a teraz droga wcale nie na skróty

ciemna

boczna ulica

 

boją się mnie ludzie

strach paraliżuje niejeden różaniec

nawet nie wyciągam dłoni a myślą że potrzebuję pomocy

jestem sama dla siebie niejednym wyzwaniem

by w ciszy

odmówić pokutę

 

i jeszcze jeden toast na szczęście

i jeszcze jedno spojrzenie na chmury

i jeszcze chwila

cisza

tak

 

wyuzdanie zamyka mi oczy

 

styczeń 2009 r.

 

 

zapomniani

 

Cisza. Zaświtało, a my ciągle w rozsypce.

W pogoni za latem, zapomniani zimą.

Jesteśmy. Bez smaku piwa, bo nie wypada

rozczulać się, gdy się wylało.

 

Pamiętasz drogi wytyczane w młodości,

ze skrytymi marzeniami, pierwszym papierosem.

Tak wiem nie paliłeś,

bo grzeczni chłopcy nie trafiali do ciemnych ulic.

Tam stały samotne kobiety.

Nie żałuj. Nie znalazłbyś siebie.

 

A dziś tacy dorośli. Samotni, choć z ludźmi wokół.

Pod palcami już tylko ciche dźwięki gitar

słyszanych z miejsc, w których nas nie było.

 

styczeń 2011 r.

 

 

tylko kilka słów i jeden stłuczony talerz

 

Kupiłeś psa, miał szarość zmienić w tęczę. Puste marzenia ubrać

odrobiną czułości. Jedyny prezent, który nie zdradził i nie stanął

przeciwko, by walczyć z wściekłością na twarzy. Uczyłeś dzieci

 

sąsiadów posłuszeństwa. Nie mieliśmy własnych więc nie mogły

siadać na zawołanie. To tłumaczy smutne oczy wyglądające spod

kuchennego stołu. Wtedy bolało najmocniej każde spojrzenie.

 

Mocny uścisk miał chronić i przynosić tulipany. Tyle obietnic

i strach przygotowały do trwania przy zgaszonym świetle.

Chciałam ptaki uczyć drogi powrotnej do domu. W gnieździe

załatać stare dziury. Zabrakło miłości i kubka ciepłego kakao.

 

Dzisiaj nie kupuję życia za kartki, w kalendarzu data rozeszła się

od wspomnień. Na polach pachnie zielonym chlebem, którego

nie zabraknie do niedzielnego śniadania. Słoneczniki czarnym

okiem patrzą zadziornie przez szybę. Po prostu będę szczęśliwa.

 

 

lustro z fatamorganą

 

Wyszlifowane pazury przecinają delikatnie nadchodzący sen.

Koszmary, nie te z dzieciństwa, trwają. Nieuleczalne.

 

Suflerzy odgrywają kolejne sceny. Teatr bez desek,

słychać uderzenia kopyt w zamiast. Bezduszne owieczki

prowadzone na rzeź. Nie niewinne. Spryskane krwią.

 

Krzycz dziecko

Matka śpi bez majtek, a ojciec nieznany szaleje tej nocy.

Ktoś usłyszy.

 

Krzycz, kolejna marionetko za lustrzaną twarzą.

Oczyszczaj duszę.

Pokuta zawsze przyjęta jest z opóźnieniem.

 

sierpień 2008 r.

 

 

 

Jarosław Kapłon

 

Przejście dla pieszych

 

oni po drugiej stronie jak armia gotowa do bitwy

i ja niczym cień nierównej konfrontacji

pokoju nie będzie wojny nie będzie jedynie barykady

z samochodów poukładane w poprzek ulicy

 

głośno bije serce na powrót napełnia się wspomnieniami

zdanie matki nie wiadomo skąd napomina

spójrz w lewo w prawo jeszcze raz w lewo

 

pamięć przywodzi dziecięce wyliczanki

gry na asfaltowej jezdni wystarczy cisnąć kamyk

a nawał ruszy niezauważenie minie pasy

 

krawężnik i zniknie jak gdyby nigdy nic

 

 

Lotnisko

 

kilka zapewnień przez megafon i herbata z automatu

robi się o wiele smaczniejsza bardziej wyrazista

tkwimy tu już tyle godzin jakbyśmy nie wiedzieli dokąd iść

powracając jedynie myślami do miejsc

po których utracie człowiek zostaje bezdomnym

 

z biletami w dłoniach czekamy na głos z samej góry

na życie a ono za wielkimi szybami przemija

w głowie rodzi się coraz więcej pytań coraz więcej obaw

bo przecież moglibyśmy tu pozostać patrząc jak inni

odlatują ku światłu a my tkwimy w dużej klimatyzowanej sali

 

niczym umarli oczekujący na bezwarunkową propozycję

ostatecznie odgrywając te same scenki co żywi

 

z tym że w niezrozumiałym języku

 

 

Izolacja

 

przygotowuję posiłek siadam przy stole nie obowiązują mnie

żadne konwenanse nasłuchuję kroków

 

choćby stuknięcia bądź odgłosu moja twarz odbita w lustrze

wygląda nieznajomo znów ją odtrącam nie rozmawiam ze sobą

 

dręczy mnie myśl o samotności w telewizji Tour de Pologne

siedemset innych stacji w których życie nie nabiera tempa

 

jabłko na półmisku pomarszczyło się straciło jędrność

księżyc zdążył już sześć razy okrążyć świat

 

a ja zamiast pisać wiersze stąpam twardo po ziemi

odliczam godziny jakby to był test nuklearny lub zapowiedź

 

zimnej wojny otwieram lodówkę światło wybucha

przy nodze pojawia się kotka jonizuje powietrze

 

 

głaszcząc ją poprawiam sobie samopoczucie

 

 

Cykl

 

wszystko wraca jakby czas się cofnął

lub zatoczył koło wobec tego pytam

matko gdzie jesteś tymczasem

cisza wierci w głowie dziurę

 

czytając nekrologi wyłapuję słowa

napisane z potrzeby serca

dręczy mnie myśl o robactwie

które dociera najgłębiej

jest najniżej przy plecach

 

kiedy umrę położą mnie

w pozycji embrionalnej żebym nie patrzył

na dekiel nieba i dno ziemi

 

tak aby być w punkcie początku

 

 

Lęk wysokości

 

po matce odziedziczyłem wrażliwość

kilka cennych rad i nadciśnienie

z którego nie da się wyleczyć jak z miłości do zwierząt

 

od wypadku nadal boję się latać

wyjść na balkon nawet siedzieć

na wyższym krześle mam akrofobię

 

więc nie wymyślam historii z powietrza

wolę przyziemne kwestie

 

mające bardziej męskie zakończenia

 

 

 

Piotr Kasjas

 

Warszawskie reminiscencje

 

Jak każdego roku

O tej samej jesiennej porze

Siedziałem pośród słowiańskich poetów

I otulony obłokiem poezji – pod koniec długiego popołudnia

Słuchałem jak czytali swoje wiersze

 

Głosem poezji odsłaniali prawdę tego świata

W ładzie i nieładzie słów

– Słów nieśmiałych i dostojnych

 Ukazywali szaleństwo i mękę ludzkości

– Trudy naszego życia

Głosem umysłu spajali nasze wspólne obcowanie

Zmuszając do refleksji nad wyjątkowością

Tej bezczasowej chwili

 

I choć słowa ich brzmią inaczej

I choć z różnych krajów jesteśmy

To uczucia nasze stają się być podobne

– W uchwyconym wzroku

 W wymownym geście

I nie potrzeba mi jasnego słowa

– Ja ich myśli rozumiem – bo to słowiańska mowa

 

Festiwal Poezji Słowiańskiej, Warszawa, 2016

 

 

Granica czasu

 

Noce są coraz zimniejsze

A my sięgamy po siebie

I rozgrzewamy się wspomnieniem

O miłości która nie przetrwała

 

Unosimy się z wiatrem czasu

Spoglądając tam gdzie byliśmy

Gdzie serca i dusze przejęły kontrolę

Nad tobą i nade mną

 

Lecz nie ma czego żałować

Przecież przez krótką chwilę życia

Byliśmy częścią wieczności

Zamkniętą w dotyku nieba

 

Nie bez znaczenia martwiliśmy się o jutro

Ale widzieliśmy w sobie wszystko

Wszystko czego powinniśmy oczekiwać

W budowaniu wspólnych marzeń

 

Dzisiaj spłaciliśmy swoje długi

Spalamy własne świeczki życia

I biegnąc przed siebie

Zbliżamy się do granicy czasu

 

 

Wniosek z życia

 

W moim subiektywnym mieście

Zapada zimna grudniowa noc.

Idę ulicą, pod płaszczem ciemności,

Oddychając dymem wyplutym przez ceglane kominy.

 

Sięgam do kieszeni i wyczuwam znajomy kształt –

Twardy i obły – kasztan…

I bez większego znaczenia zamykam go w dłoni,

Doznając przy tym uczucia niepokoju,

Bo czuję się jakbym szedł tędy zaledwie wczoraj.

 

Nachodzą mnie myśli,

O życiu powikłanym i kaprysach losu.

Napływają wspomnienia,

Mieszkające w ulicznych zaułkach

I zapomnianych podwórzach.

 

Znana mi niegdyś przestrzeń mego bycia

Dzisiaj staje się cierpieniem

– Wychodzą na wierzch wszystkie skrywane żale,

Westchnienia i Tęsknoty, których było ponad miarę.

 

Po tych wszystkich latach pełnych wzniosłych sentencji,

Słowa mej historii owijam w ciemność.

I znów, jak kiedyś – piszę do późna w nocy,

Ale namiętności moje skazuję na śmierć głodową.

 

– Bo czym mam je żywić?

 

I idąc tak w tym refleksji transie,

Zbieram te wszystkie minione chwile

Układając je w jedno myślenie

– Myślenie głupca w średnim wieku,

Kryjącego pod powieką mokre wzruszenie,

Który dochodzi do oczywistego wniosku

– Że się starzeje…

 

 

Do schyłku dnia

 

Deszcz jesienny w szyby płacze

A wiatr jesienny łasi się do okien

Po parasolach skacze

I chmury rozpościera zimnym mrokiem

 

Wolno przechodzą jesienne godziny

– Niczym para kochanków w parkowej alei

– Niczym ból głęboki zdradzonej dziewczyny

Którą odarto z nadziei

 

Wpatrzony w milczące gnicie liści

Myślę o niewzruszonym ich końcu

I o szczątkach lata w winogrona kiści

I corocznych zbiorach w ziemniaczanym kopcu

 

A deszcz jesienny w szyby płacze

A wiatr jesienny łasi się do okien...

 

Czytam biografię z linii mojej dłoni

Widzę przeszłość i przyszłość

I słyszę dzwon bijącej melancholii

I dostrzegam duszy blednącą jasność

 

Wzrok kieruję na odległy horyzont

Tam gdzie wyrosły moje korzenie

– Gdzie mieszkali: Żeromski i Reymont

– Gdzie myśli moje co rodzą westchnienie

 

I wpatrzony w ten odległy punkt ciszy

– Z całą pokorą do życia mego

Pozostanę poetą w literackiej niszy

Aż do schyłku dnia mojego

 

 

Słowo jak krew

 

Próbowałem napisać wiersz,

Lecz nie tak łatwo jest dobrać słowa najwłaściwsze

– Wydobyć je spośród galanterii uczuć,

Z gorączki i chłodu serca.

 

To nie takie proste,

Gdy każde słowo

Poprzedza nowy początek nowego wersu

Lub nowej niechcianej porażki

 

Słowo, samo w sobie jest nieruchome,

Lecz poruszy się pod naciskiem pióra

– Na rozkaz myśli płochej

A jego forma stanie się nieograniczona

 

Wypowiedziane – przełamie ciszę,

Nadając kształt formie

 

I będzie się sączyć jak krew,

Co daje życie

 

 

 

Jan Stanisław Kiczor

 

Rozmowa

 

Przekornie obdarzyła w ból, matka natura

Te postaci co szepczą, a mogłyby głośniej

uskarżać się, zawodzić lub aby coś wskórać;

zamknąć słowa w kadencję i przestrzeń w przenośnie.

 

Czasami się odzywa niespokojne echo

(czegoś, co już zmartwiało w pełnym zapomnieniu),

i monolog zostaje niepewną pociechą,

a dialog się zasupłał i w inny świat przeniósł.

 

W takim bólu znajduję nieporadność myśli,

w zbytniej powściągliwości, nietrafianiu sedna,

że sensu nawet nocą nie pojmiesz, nie wyśnisz,

(z monosylab chłód ciągnie i trudno je zjednać).

 

Niezwerbalizowane myśli nic nie znaczą,

Słowa mogą coś kończyć, lecz mogą też zacząć.

 

 

Mało zabawne

 

Pamięci Zbigniewa Irzyka

 

Fakt, „Bywało zabawnie”, lecz cóż nam dziś z tego

Gdy się drogi Zbigniewie pospieszyłeś zbytnio,

Za jednego obola, zaśniedziały szeląg,

Przez Styks się wyprawiłeś za linię graniczną.

 

Toż wiem, było Ci tęskno do ludzi i wspomnień,

Wśród których kwitła młodość, wabił urok „szlaku”,

A cała „lekkość bytu” pachniała najwonniej

I bawiły bezsensy wśród znaków zodiaku.

 

A zacząłeś z prac moich mgielną snuć recenzję,

Własnych wspomnień dopisać kolejne tomisko,

Lecz do kogóż dziś mogę wygłosić pretensję

Gdyś nawet nie dał szansy zebranym zapiskom.

 

Cóż, widocznie tak trzeba. Szybko, bezboleśnie.

„Requiescat” odmawiam. Lecz wiem, że za wcześnie.

 

 

Senno-muzycznie do nieznajomej

 

Kiedy orkiestra skończy grać, (choć jeszcze miejsce jest na bisy)

W chłód nas zabierze nocy czas, by warkot bębnów już wyciszyć

I pozostawić tylko dźwięk, który w nas utkwił, objął całość,

Wniknął boleśnie w tkankę snów, jakby w niej bólu brakowało.

 

A ty się złościsz, pół na pół,

Pomiędzy fugą a toccatą,

Gromadząc świeże krople tchu,

Które nadesłał adorator,

 

Łapiąc oddechy strojne w szron

Z przedwczesnej wiosny na ogrodzie,

Gdzie zielenieje stary klomb

I coś podejrzeć chce przechodzień.

 

A wokół tylko nocny mrok, lot samotnego nietoperza,

Zapamiętany struny głos, jakby się kurczył lub rozszerzał,

Ginąc w dotyku twoich ust, zacałowanych przez zdziwienie

Że może sen twój wejść w mój sen, zostając wspólnym rozmarzeniem.

 

I sama widzisz jak to jest,

Gdy nie chce wybrzmieć cała fraza

A spośród melodycznych gęstw

Znajomy refren się powtarza.

 

Rozwiesza brzmienia pośród drzew,

Budując pauzę w takiej chwili,

By uspokoić każdy nerw

I do mgławicy się przymilić.

 

Z wędrówki nocnej wrócił kot, zdziwiony, o czym tak rozmyślam,

A ja przy tobie przecież tkwię, na stole napoczęty wiśniak

I słyszę wciąż subtelny dźwięk płynący w tempie allegretto –

Kot się przytulił, swoje śni, poza tym jest mu wszystko jedno.

 

 

List do Pani Romy

 

Czy życie mi się śniło, czy było naprawdę

Walther von der Vogelweide

 

Tak wciąż się dzieje (skąd to znam?), na przekór planom i marzeniom,

że poznajemy kruchość szkła i żadne kleje nic nie skleją,

a zwarta całość (czemu, jak?) rozpada się na wiele wątków

i żeby znaleźć nowy sens, trzeba zaczynać od początku.

 

Do ładu jakoś trzeba dojść, ze sobą samym, moja droga,

owinąć w ciszę nocy, dnia, we własnych się ułożyć nogach;

pokłócić z drugim swoim ja, niech zastrzeżenia nam wyłoży,

może ma rację, może nie, lecz nie zaszkodzi się ukorzyć.

 

Gdy nie ma świadków, potrzeb brak, by sztucznie w czyjąś wchodzić rolę,

złym wizjom trzeba zadać kłam, rany zostawić do zagojeń,

i w taką jasność sensów wejść, świeżych i wolnych od powtórzeń,

że się rozpali wiosna w nas, a wszystko będzie kwitło dłużej.

 

A gdy osiągniesz taki stan, wszystko na miejscu poukładasz,

Zaproś mnie kiedyś w wolny czas: świece, kominek, śmiech i alasz.

 

 

Neurasteniczność

 

Wciąż wyrywam się z siebie i zbaczam nagminnie

w rejony poszarpane nagłością wydarzeń

jakbym czuł, że odnajdę jakieś życie inne,

którego nie zmyślili różni arcyłgarze.

 

Wciągam się w przypadkowość radosnych zaśpiewów,

gdzie miłość jest zbyt szybka by coś z niej ocalić

i pośród przypadkowych budzę się noclegów,

budując z blizn zebranych własny minimalizm.

 

Pochylam się ku rzeczom skazanym na przeszłość,

na margines wydarzeń i taką samotność;

że tylko stół koślawy, rozespane krzesło,

maski nieużywane – zapatrzone w okno.

 

 

 

Ewa Klajman-Gomolińska

 

Lśnienie

 

Znajomy korytarz schody drzwi

Czas znajomy z wyrwami otrębami i drwiną

Czas zeszły czerstwy z dniem niezmordowanym

I tylko ten dywan owalny z błyszczącej czerwonej przędzy

Po którym boso marzyłam po którym boso płakałam

I tylko te firany fuksjowe zawstydzone też błyszczące

Przez które serce mi waliło przez które ptak nie odleciał z parapetu

Lśnienie Bardzo jasne światło energooszczędne

Lewitacja Szybkie kołysanie

I gdyby nie ta z orzecha poręcz

Której chwyciłam się by głosów do siebie nie wpuścić

Dzięki której niczego nie odkryłam

Choć ciemność pokryła nawet mrok ziemi

I gdyby nie białe posągi Pitagorasa i Platona można by było połknąć czyjąś duszę

Przyjąć matematyczny ciąg na nieistnienie istnienia

Szklana niemal przezroczysta podłoga

Na której ochoczo bawiły się odczepione od czaszek myśli

Po prostu nie goń tak i nie pędź

Zatrzymaj się na chwilę bo ja Cię o to proszę

I pozwól mi wyprostować się w ten kolejny dzień

Panie Boże.

 

 

Dandys rozmawia z Andromedą

 

Stoję w tej samej wodzie którą piły dinozaury

Pod samym sklepieniem piwnicy

Rozcieram je jak ciasto by zrozumieć znaki

Z prawej strony rysunki ludzi pierwotnych

Pierwsi tu przyszli i pierwsi pomarli

Pierwsza wiadomość list do ludożerców

Którego nie rozkminiam Pokolenie po wojnie

Lewa to folklor Powinnam znać ale nie znam

Prawy łuk lewy łuk zamknięcie przerażenie kneblowanie

Mumia Ciasno pod samym sklepieniem chwytam tlen

Uderzam pięścią i posypuje się na mnie gwiazdozbiór

Z Andromedą uwolnioną wyzwoloną tak dawno temu

Nie mów o swojej samotności nikomu bo gorsza jest od niej

Tylko desperacja traktuj ją jak odrębność jak nowe przebranie

Dandysa na równi z nonszalancją i wyjebaniem w kosmos

Zazdroszczę jej że została zauważona

W plemieniu subiektywistów słychać gaworzenie

Urodził się kolejny bóg

On jest tylko Jeden Odwracam do nich zabandażowaną twarz

Patrzą na mnie jak na inskrypcję w kamieniu

Przekazujemy sobie z Bogiem myśli na odległość On mnie słyszy

Nigdy nie jestem sama Jestem światłem

Które płynie w Nim po którym On płynie Trafię

Wyjdę Wzejdę On odsunie łuki kanty i smołę

Nauczy tajemnego alfabetu drzew Zaślubi Księżyc ze Słońcem

W tym miejscu otworzą się drzwi na moje lęki Pozbawi samotności

Przez nastanie dnia jako światła które jest we mnie

I odtąd będzie tylko szczęście Zaskoczona

Najbardziej zaskakujemy siebie sami.

 

 

Dandys rozmawia z Pigmalionem

 

Pigmalion jest głuchoniemy

Ma wielki dom i dorobek

Oglądam jego rzeźby mniejsze i większe terytorium

Własności odrębności dwa razy więcej świata

Zatopione wyprawy książeczki czekowe oczekiwania

W kamieniu drewnie komplikacjach

Żyły w jego dłoniach Żyją we wspaniałomyślnej Andromedzie

Pigmalion jest głuchoniemy

Uśmiecha się częściej i zaczesuje włosy plastikowym grzebieniem

Bez jednego ząbka Oferuje świat całkowitej mitologizacji

Czasu przestrzeni drzwi otwartych pracy na cztery ręce

Ja mam tchnąć życie w jego kamień wyjąć z niego serce i zjeść

A potem będziemy żyć długo i szczęśliwie

Myślę o zwycięzcach dezerterach i zapomnianych miłościach

W wielkich piramidach na podwórkach Pigmaliona i jego przodków

O bryłach kolumnach formach figurach rzeźbionych na wytartych kolanach

A ziemia nie pochłonęła potępionych i niebo nie rozdarło się w pół

Przybywam w sobotę To wigilia tego dnia

Kaligrafuję na chusteczce do nosa no way

Pigmalion nie czyta Do niego mówią emocje moich ruchów

Krzyk obcasów o odejście ciszy z jego ust

Kroję tort sama Nie jutro razem z Pigmalionem

Wyciągam mu przed wyostrzonym wzrokiem

Pokrzywdzonego rzeźbiarza przez los wróżbę na to

Co nie nadejdzie nie nastąpi nie spłynie w kamień drewno komplikacje

Trzy lśniące szklane miecze odcięcia wycięcia ścięcia

Dandysa z uporządkowanego świata bogów półbogów i pigmalionów.

 

 

Moje Pompeje

 

Nim zgasną ostatnie Pompeje

Ostanie słowa zastygną

Na następne tysiąc lat

Nim miecz ostatnich słów

Rozetnie kręgosłupy łzy nadzieje

Idących na śmierć gladiatorów

Z biletem sieciowym dostępem bezpłatnym bonusowym karnetem

Nim polegną ostatnie Pompeje

A jeździec Madame Lenormand znaczyć będzie

Młodego mężczyznę koniczynę klucz niedźwiedzia

Na szachownicy dziwnego rozdania życia

Tlącego się w bezwietrzny dzień bezwietrznej próżni

Ze zdartym ptasim mlekiem

Zajrzę w przyszłość z krzykiem rozpaczy nawiedzonych ścian nocą

Ich zimnem pustym obcym niczyim

Pochylę się nad tragedią lwów morskich i otulę ziemskim kolorem

Mojego płaszcza ale nie uratuję ich serc nie potrafię

Moje współczucie nie pokieruje ich na bal życia

Nie poczują się wyjątkowo

A ja nie wzruszę losem by Pompeje odparły popiół

Więc nim to nastąpi niech zaklinacz koni

Zatrzyma jednego z tych idących na śmierć.

 

 

Ruah

 

Podniosła krzyk garścią słów

Rzuciła w twarz nieba Po nagim bladym

Ciele Spływała zagadka jej życia i umierania

Zostawiła kod genetyczny

Jedyną spuściznę siebie po sobie

Oddając przodkom przysługę

Jesteś bólem Cudem który boli

Spod przymkniętych powiek

Wydostawała się karma powrót zła

Wyrządzonego grzechu pierworodnego

Niedomytego chrztem Ręką mało świętą

Karą z Bożych Ogrodów Owoców zakazanych i przyzwolonych

Poznania których nigdy nie dostąpiła

Bolisz mnie światłem i ciemnością

Zwątpieniem i ufnością Rozwidleniem i wyboistą prostą

Drogą mi tak drogą

Że brakowało czasu

Na doskonałość dźwięków żył pompujących

Ruah dla mnie świata anielskich piór

Dlaczego bolisz cierpieniem terminalnym szczęściem

Umykającym jasnym spełnieniem raną której

Nie dajesz się zamknąć miłością którą

Kochasz mnie jak chcesz ja Ciebie jak mogę

Mój genetyczny kod Materiał kości i mięsa

Wypełniającego tchnienia Przestrzeni moich

Skrętów i powstań Powłoka którą nie jestem

Nie byłam i nie będę

Trwałość ciągłość podstawa czegoś

Co stało się własną legendą punktem jedynym

Odniesieniem startem i lądowaniem i katastrofą

Marszem pokoleń jednego ja

Tylko drzewa pamiętają

Poznanie zaklęte w drzewo.

 


 

 

Sylwia Kanicka

Urodzona 16 czerwca 1980 roku w Oleśnie. Debiutowała w miesięczniku literacko-artystycznym „Rzeczpospolita Kulturalna”, Londyn, czerwiec 2008 r. Jej utwory zamieszczane były w antologiach poezji wydawanych przez portale poetyckie oraz umieszczone zostały w Pinezka.pl – magazynie z domieszką absurdu. W grudniu 2016 roku Wydawnictwo Miniatura z Krakowa wydało zbiór jej wierszy „Bez Twarz” są to wybrane utwory z przełomu lat 2006–2009.

 

 

Jarosław Kapłon

Urodzony w 1972 r. we Wrocławiu. Poeta. Autor czterech tomów wierszy: „Sprawy przyziemne”, Kraków, 2012 r., „Grawitacja”, Warszawa, 2013 r., „Projekcja”, Kraków, 2013 r., „Oswajanie chmur”, Nowa Ruda, 2016 r. Współautor tomiku wydanego wraz z Marzeną Bruś „W miłości chodzi o wszystko”, 2015 r. Jego wiersze ukazały się w almanachach pokonkursowych, jak i w antologii „Poeci Polscy 2016”, Pisarze.pl. Laureat Ogólnopolskich Konkursów Literackich m.in. XVI Ogólnopolskiego i Polonijnego Konkursu Literackiego im. Leopolda Staffa. Publikowane były również w czasopismach takich jak: PKP Zin, Migotania, Szafa, Nestor, Rita Baum, Inter, Wakat, Zamojski Kwartalnik Kulturalny, Wyspa, Salon Literacki, e-Tygodnik Pisarze.pl, Internetowy Magazyn Kulturalno-Literacki Szuflada.net, Kurier Zamojski, Śląska Strefa Gender, jak również na portalach internetowych. Obecnie mieszka i pracuje w Zamościu.

 

 

Piotr Kasjas

Urodzony 3 lipca 1969 r. w Pabianicach koło Łodzi. Ambasador kultury polskiej, wydawca i poeta. Redaktor naczelny w wydawnictwie książkowym Kasjas Publishing oraz współredaktor (pseudonim Grzegorz Poster) nieregularnego czasopisma kulturalno-literackiego „Zarys Kultury”. Debiutował w połowie lat osiemdziesiątych. Jego twórczość tłumaczona była na język angielski, niemiecki, rosyjski, białoruski, jakucki, rumuński. Utwory jego autorstwa prezentowane były w radio, publikowane w prasie oraz w znaczących antologiach i czasopismach literackich w kraju i zagranicą. Autor książek: „Gdyby miłość nie istniała…”, 2010 r., zbiór wierszy; „Miłość i tożsamość”, 2013 r., zbiór wierszy; „Bezdroża uczuć”, 2014 r., zbiór wierszy; „Collected Poems”, 2014 r., zbiór wierszy w języku angielskim; „Irrwege des Herzens”, 2015 r., zbiór wierszy w języku niemieckim; „Cu noi începe veșnicia”, 2015 r., zbiór wierszy w języku rumuńskim; „Czas Kobiety” – Antologia Poezji Kobiet, 2016 r., wybór i opracowanie; „Anthology of Slavic Poetry – Antologia Poezji Słowiańskiej” w języku angielskim, 2016 r., wybór i opracowanie.

 

 

Jan Stanisław Kiczor

Zadebiutował „Wierszami tygodnia” w 2011 r. w e-Tygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl”, z którym nadal współpracuje. Nadto drukował w dwumiesięczniku „POEZJA dzisiaj”, w kwartalniku „Tygiel”, „Nowa Gazeta Literacka”, „Krytyka Literacka”, „Gazeta Kulturalna”, „Poezja ART.”, w prasie lokalnej oraz rozlicznych Antologiach zarówno forumowych, jak i pokonkursowych. Jest finalistą kilkunastu ogólnopolskich konkursów poetyckich (trzykrotnie w Konkursie im. Jana Krzewniaka w Karczewie, Wąglańskim Maju Poezji, Konkursie Jednego Wiersza w Łomży, Konkursie Poetyckim w Lublinie, Konkursie Poetyckim im. Kamili Stabach, Konkursie „Civitas Christiana” w Kielcach i kilkunastu innych). Wydał dotychczas siedem tomików poetyckich: „Sny i Przebudzenia”, wyd. Pisarze.pl, 2012 r.; „Chichot na rozstajach”, wyd. Pisarze.pl, 2012 r.; „Wyciąg z życiorysu”, wyd. „IBiS”, 2013 r.; „Od Sasa do lasa i inne faramuszki”, wyd. Pisarze.pl, 2013 r.; „Scalam się i rozpadam”, wyd. Pisarze.pl, 2014 r.; „Rozjaśnianie czasu”, wyd. Norbertinum, 2015 r.; „Sześć historii lirycznych”, wyd. Fundacja Duży Format, 2015 r. Od 2013 roku członek warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich.

 

 

Ewa Klajman-Gomolińska

Urodzona 14 marca 1966 r. w Olsztynie. Pisarka, poetka, publicystka, eseistka, krytyczka literacka, blogerka. W literaturze funkcjonuje od lat osiemdziesiątych XX wieku. Laureatka wielu konkursów i turniejów literackich. Od kilku lat prezentuje swoją twórczość w blogosferze – rubinoweokno.blogspot.com (Baribum). Autorka 5 tomów poetyckich („Miejsce na ziemi”, Olsztyn, 2003 r.; „Sługa, niewolnik i błazen”, Bydgoszcz, 2006 r.; „W samym miąższu pomarańczy”, Lublin, 2007 r.; „Eloi”, Lublin, 2008 r.; „Milczenia z Bogiem”, Lublin, 2010 r.) oraz 4 książek prozatorskich („Pędzące noce w wagonach”, Bydgoszcz, 2007 r.; „Rzeź komunistów”, Bydgoszcz, 2009 r.; „Babel”, Warszawa, 2013 r.; „Iluzja”, Zelów, 2014 r.). Współautorka licznych antologii i almanachów literackich. Jej szkice krytyczno-literackie, teologiczne i filozoficzne ukazują się regularnie zarówno w wersji papierowej, jak i internetowej pism ogólnopolskich. Za tom „Miejsce na ziemi” otrzymała Nagrodę Główną w Konkursie na debiutancki tom wierszy z okazji 650-lecia Olsztyna w 2003 roku. Za „W samym miąższu pomarańczy” Klajman-Gomolińskiej przyznano Nagrodę Główną im. Anny Kamieńskiej w 2008 roku, zaś książka „Milczenia z Bogiem” otrzymała Nominację do Nagrody im. Anny Kamieńskiej w 2012 roku. Jej opinie krytyczne znalazły się w książkach znanych i cenionych autorów. Na temat twórczości Ewy Klajman-Gomolińskiej powstało ponad sto analiz, omówień i recenzji. Autorka od lat wspiera swoją literaturą różne kampanie społeczne oraz akcje charytatywne.

 

 

 

 

 

Pin It