Wiersze tygodnia - Adam Lizakowski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

Adam Lizakowski  - Dzieci Gór Sowich

 

 

Dzieci tej samej Europy

Spotykam je codziennie w polskich dzielnicach:

na ulicy Belmont, Milwaukee, Fullerton,

bieda i chęć zobaczenia świata wygnała ich

z ojczyzn, teraz bez smutku i lęku,

bez wzruszeń i podziwu dla Ameryki

kupują polski chleb, piwo, gazety,

kiełbasę, mówią po polsku, słuchają polskiego radia...

Czesi, Ukraińcy, Słowacy, Litwini -

wielu z nich pracuje dla Polaków i z Polakami,

dzieli z nami mieszkania i domy.

                          

Zadowoleni z życia na wygnaniu realizują swoje dzieło

wyjazdu do Chicago - miasta nadziei,

ciężką pracą opiewają swój sukces,

poranne wstawanie jest pieśnią optymizmu,

wiarą w lepsze życie, jaśniejszym słońcem,

każda sekunda śpiewa o tym, że będzie lepiej,

każdy dzień jest kwiatem w ogrodzie życia,

to nie biedna stara ojczyzna uczyniła nas

lepszymi, czułymi, ale pieśń wielkiej amerykańskiej

przestrzeni, wiatru, zieleni, wieżowców, nieba.

 

Dopiero tutaj mamy szansę lepiej się poznać,

zaprzyjaźnić, nauczyć się siebie, szanować się,

wcześniej nie rozumiałem ich w pełni, nie znałem,

lecz teraz los sprawił, że w ciągu 12-godzinnego dnia

pracy, w biedzie, z dziurawymi kieszeniami,

razem, ramię przy ramieniu oglądamy witryny sklepów,

nosimy te same jeansy i pożądliwie patrzymy w przyszłość,

teraz uczymy się życia u tego samego nauczyciela,

brakuje nam tych samych słów i milkniemy wpół zdania

w tym samym momencie, a czarny listonosz

jest tak samo oczekiwany przez nas wszystkich;

jesteśmy braćmi tej samej Europy - Matki,

ona w cierpieniu straciła głowę, pozwoliła

swym dzieciom odejść od siebie za ocean

poprzez pola, łąki, ulice, lasy, rzeki, góry,

pozwoliła wyzbyć się i wyrzec siebie,

nie, nie to niemożliwe,

tak wiersz się nie kończy,

tak dzień ani rok się nie kończą,

ani życie na emigracji,

my jesteśmy Mojżeszami XXI wieku

czekającymi na znak od Boga na powrót

do swych ojczyzn.

 

Jesień 1981

Twarze rozjaśnione uśmiechem, oczy błyszczą

radością, piękność twarzy bije wesołym blaskiem,

bez trwogi w sercu planują swoja przyszłość,

tacy piękni, tacy młodzi, tacy odważni.

 

Dzień słoneczny, ciepło lepi się do gałęzi drzew,

jesień pachnie dojrzewającym owocem sadów,

nie napisaną poezją, poematy niczym ptaki

szybują pod chmurami marzeń.

 

Przyszli emigranci rozumieją się bez słów,

pod wpływem chwili, alkoholu, muzyki gitary

dzielą między siebie świat jak władcy starożytni,

ogłaszają się królami Wiednia, Berlina, Paryża,

Londynu, Rzymu. Inni patrzą jeszcze dalej,

biorą w posiadanie Sydney, Toronto, Nowy York,

Chicago, San Francisco, Johannesburg.

 

Dokładnie nie wiemy, ilu ich było,

kilka setek tysięcy lub pół miliona,

zbierali się w grupy niczym ptactwo

odlatujące do dalekich krajów, lepszych,

bogatszych, szczęśliwszych.

 

Wtedy jeszcze nie rozumieli tego, co nastąpi,

nie odgadli siły wiatru jesieni,

tego, że wiatr porozstawia ich po kątach

całej ziemi,

a marzenia ich spełnią się i zobaczą, przeżyją

to, o czym myśleli,

przeżyją też to, o czym nie myśleli.

Życie oszlifuje ich dni tak, że

stracą poczucie czasu, przygoda zmieni się

pracę, która nada im inny sens życia.

 

Dokładnie nie wiemy, jak potoczyły się ich

losy? Co robili? Jak żyli? Czy ojczyzna

śniła im się po nocach? Czy im się powiodło?

Na razie ojczyzna i historia o tym milczą.

A może ich pominą uważając

za owoc wyrosły na jałowej ziemi - kwaśny.

 

Nowe życie emigranta

Urodzić się z miłości, być miłością -

oto cel nowego życia,

pamiętaj o tym emigrancie.

 

Na całej ulicy jutro o najsłodszych

oczach nigdy nie nastąpi,

jest tylko wieczne teraz,

teraz ty, przyszła twoja kolej.

 

Nowe życie, stare pragnienia,

jakie to piękne, jakie to mądre,

Ameryka to spełni, zaufaj jej.

 

Zadzwoń do swoich w starym kraju,

opowiedz o zmianach w swoim życiu,

o tych wielkich wydarzeniach.

 

Czekałeś na nie tyle lat, wiesz o tym,

chętnie cię posłuchają, pochwalą

ciotka i sąsiad, brat i swat.

 

Opowiesz im o swoim ulubionym

bohaterze, tym co języka nie znał,

raz go parzył, raz był skuty lodem.

 

Zawsze zachowywał się spokojnie,

wiedział, kiedy się wycofać, kiedy

zdjąć czapkę, zawsze uśmiechnięty.

 

Powiedzieć o nim: nasz przyjaciel

po mistrzowsku łączy gesty z zapałem,

spojrzenia z pragnieniami, oczy z uszami.

 

Nowe życie, to taki taniec pomiędzy

nowymi ludźmi, musisz być gibki

i bardzo odważny tańcząc przed tłumem.

 

Musisz cały swój wdzięk i urodę w nim

ukazać, poruszyć tłum swą młodością

i wirującym ciałem, tak, tak, tak.

 

Nowe życie, nowe zręczności,

które są bardzo podobne do ciebie:

ręka wygięta w łuk, ciało - tarcza.

 

Musisz raz jeszcze się narodzić,

rozpocząć nowe życie, być dzieckiem.

 

Osiemnasty rok

W swym życiu kierował się własnymi zasadami,

które stawiał na równi z tymi z mądrych ksiąg

                                                       filozoficznych,

czytał książki uznanych myślicieli, pisarzy, których

słowa wkładał w swoje usta, a ich myśli w swoją

                                                                głowę.

 

Był wykształcony, inteligentny, skrywał swe

pretensje do świata pod płaszczem piękna

                                           i mądrości sztuki.

Starał się być kimś, kim nie był,

w towarzystwie przyjaciół-emigrantów z jego

                                                       ojczyzny

przybierał minę kogoś, kto spędza czas na

szukaniu ładu i harmonii, którego drogę życiową  

wyznaczają księgi Biblii, poematy Homera,

Dantego czy Goethego.

 

W rzeczywistości był nikim, czyli emigrantem,

małym człowiekiem biegającym za strawą

codzienną od rana do wieczora w pocie czoła,

zagubionym w obcym miejscu, obcym kraju,

słabo znającym obcy język. Nie miał pojęcia,

jaki był żałosny, jaki był śmieszny.

 

Przyjął obce nazwisko, ubierał się jak obcy,

często mawiał, że myśli jak obcy. Przez cały

czas na emigracji grał kogoś innego, wśród

swoich i obcych chciał być swój.

 

Obcym opowiadał, jak to był młodym, gniewnym,

pełnym chęci poznania świata, poszukującym

sposobu wyłożenia swoich myśli, uczuć

                                                 i doświadczeń.       

Swoim opowiadał jaki to z niego bogacz,

ile to mądrych książek przeczytał w obcym języku,

czego to jego oczy nie widziały? Jak to się jego dusza

wzbogaciła i ilu pięknych doznała wzruszeń.

 

Mały śmieszny emigrant - nikt,

osiemnasty rok na emigracji

próbujący wynieść do godności własne życie

jako jedyne źródło i najwyższa miara poezji.

 

Chicagowskie sprzątaczki

Widzi je codziennie, stają w grupach

na rogach ulic, czekają na samochód,

który zawiezie je do śródmieścia,

do pracy na sprzątanie wielkich biur,

jak tajemnicze wyspy skarbów z powieści

o piratach

kobiety - marzycielki podobne są

do siebie.

 

Przyjechały do Chicago na zarobek:

jedna potrzebuje dokończyć budowę domu,

druga chce dopomóc córce,

trzecia planuje założyć własny biznes,

czwarta - ta najmłodsza - z czułością myśli

o chłopcu, którego zostawiła z drugiej

strony oceanu.

 

Kroki stawiają ostrożnie na chicagowskim bruku,

sny mają krótkie jak dzikie zwierzęta,

jeszcze nie znają się dobrze, obserwują się

nawzajem, wrogów poza emigracją nie mają

nie licząc czasu, który muszą tutaj spędzić,

aby krople potu - niekiedy i łez - zamienić

w życiodajne dolary.

 

Krople potu zamienione w godziny, a te w dolary,

dolary zamienione w domy, samochody,

szczęście, kurę w rosole, lepsze życie, świat,

proza życia zamieniona w marzenia o Ameryce.

 

Jedynie czas jest poezją, magikiem zmieniającym

zimy w wiosny, jesienne liście w kwiaty lata,

wyrozumiały i bezwzględny, cichy morderca

mający marzenia niewinnych kobiet za nic.

]

 

 

 

Rozmowa liryczna

- Jesteś sprawcą mojej ciąży - powiedziała.

- To ja ci ten brzuch zmajstrowałem - zapytał?

- Wyszło na ciebie - odpowiedziała.

- Nie kocham cię.

- Ja ciebie też nie kocham.

- To zabij to dziecko, po co masz się męczyć. Postawię ci pizzę i piwo.

- Za późno, jestem już w piątym miesiącu.

- W piątym... i  dopiero teraz szukasz ojca? Nie widziałem cię

  od miesięcy...

- Miałam ważniejsze sprawy na głowie i dopiero teraz

  brzuch zaczął mi przeszkadzać.

- Mi też przeszkadza twój brzuch, muszę skończyć szkołę,

  poza tym wracam do ojczyzny, emigracja mi nie służy.

  Dostanę dyplom, odłożę trochę grosza i w nogi.

- Tylko o sobie myślisz...

- Ty też pomyśl o sobie i zabij to dziecko...Wrócisz do siebie na wieś,

  zostaniesz królową, każdy chłopak będzie chciał się z tobą ożenić,

  z dziewczyną z hameryki.

- Nie zabiję, już jest za późno. Poza tym mam na nie kupca.

  Szpital mi go znalazł.

- Kupca?????

- Tak. Kupca.

- Ile dają?

- Piątkę może dychę, kto wie?

- A ja co z tego będę miał?

- Miałeś przyjemność...

- A ty nie miałaś??? O kasę chodzi. O kasę, a nie przyjemności. Ty głuptaku.

- Zajdź w ciążę, urodź zdrowe dziecko, będziesz miał przyjemność liczenia kasy. Ty                                     

   mądralo.

 

Niepewność

Gdy jej nie widział, nie wzdychał, nie płakał,

umierał z miłości do niej, lecz się jej bał,

była córką emigrantów przybyłych z kraju jego rodziców.

Cierpiał i wzdychał, ale się jej bał,

była córką emigrantów, czyli ludzi chytrych

i podstępnych, którym się nie wierzy.

 

Dla jej zdrowia życia by nie skąpił,

oddałby jej wszystko, aby tylko móc czytać

w jej myślach, oddałby kawałek siebie samego,

aby dowiedzieć się, co naprawdę myśli ona - córka

emigrantów, dla której każda okazja jest dobra

do zdobycia pieniędzy, poprawienia swojego życia.

 

Kiedy kładła rękę na jego dłonie, drżał na całym

ciele, przeklinał moment, w którym się urodził,

że ją spotkał, przeklinał swoje pieniądze, sklepy,

które stanęły pomiędzy nim a jego miłością -

córką emigrantów, którzy przybyli z kraju jego rodziców.

 

Cierpiał nieraz, nie myślał wcale, aby przed nią

się wygadać, był dumny, urodził się w Chicago,

syn właścicieli dwóch sklepów, którzy w pocie czoła

dorobili się i nigdy nie zgodziliby się na to, aby

ich syn ożenił się z nikim, czyli córka emigrantów

dopiero co przybyłych z ich kraju.

 

Głośno zadawał jej pytanie: czy to jest miłość,

czy tylko pieniędzy szukanie? Mówiła: kocham cię,

ale jej nie wierzył, każdy kto ma tylko jedną parę

butów, nie zna angielskiego, będzie mówił kocham

do kogoś, kto jest właścicielem dwóch sklepów.

 

Amerykański sonet

Najdroższy przyjacielu, wczoraj zainwestowałem następne

dwadzieścia pięć milionów dolarów, wybacz, że nie pisałem

do ciebie przez długie lata, ale o tobie nie zapomniałem.

Twoja pomoc, której przez tyle lat doświadczałem, nie poszła

na marne, wiele razy uratowałeś mi życie,

a twoje dobre i życzliwe rady uczyniły mnie milionerem.

Proszę, skontaktuj się z moim asystentem - aniołem stróżem,

jego adres emailowy: aniołTen adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Poproś go o wysłanie czeku na konto w twoim banku

w wysokości 849.356. 99 dolarów amerykańskich

/być może kwota nie jest duża za uratowanie życia,

ale cóż... moje życie emigranta wtedy nie było wiele warte,

byłem młody, głupi z dziurami w kieszeni/

za rady policzyłem ci 485 dolarów na godzinę plus odsetki

/one były wiele więcej warte niż moje życie/.

Raz jeszcze dziękuję ci za dobre rady i udzieloną pomoc.

Skontaktuj się z aniołem stróżem,

on będzie wiedział, co dalej zrobić, on wszystko ci

opowie, bo ja jestem bardzo zajęty.

Niech cię dobry Bóg prowadzi, życzę dużo zdrowia, pomyślności,

szczęścia,

twój przyjaciel

wierny

emigrant X

 

Czekając na barbarzyńców

Za pięć minut ma się odbyć spotkanie z poetą,

promocja jego najnowszej książki,

a w galerii jeszcze nikogo nie ma.

 

Na co czeka blady ze strachu i wstydu poeta?

 

Na konsuli, którzy jeszcze nie przybyli.

 

A dlaczego jeszcze ich nie ma?

 

Bo poezja ich nudzi i jej nie rozumieją, a po drugie

czyszczą odznaczenia i medale, wypisują dyplomy

dla najbardziej zasłużonych ludzi kultury ich narodu.

 

Kim są ci zasłużeni?

 

To znany i ceniony dostawca alkoholi, który promuje hasło:

„upijajmy się na trzeźwo”. On otrzyma medal dla zasłużonych.

Drugim jest pewien rzeźnik, rekordzista w robieniu kiełbasy,

który w imieniu świń, które jeszcze nie zwariowały,

i krów, które jeszcze nie oszalały, otrzyma złoty krzyż zasługi.

Trzecim jest znany hodowca kur patriotek, rekordzistek

w znoszeniu jajek, on w imieniu ptactwa, które nie zdechło

na ptasią grypę, odbierze dyplom z czerwonym paskiem.

 

Dlaczego jeszcze nie ma miejscowej inteligencji pracującej?

 

Bo prawnicy liczą utarg z ubiegłego tygodnia, wpisują czeki

do wielkich ksiąg i tym są bardzo zajęci. Lekarze liczą wypisane

recepty i pigułki i tym są bardzo zajęci. Dentyści liczą sztuczne

szczęki i wyrwane zęby z ubiegłego tygodnia i tym są

bardzo zajęci. Chirurdzy liczą zapasowe kule i protezy i tym są

bardzo zajęci.

 

Dlaczego jeszcze nie ma przyjaciół poety, artystów?

 

Jeden śpiewak - aktor - gitarzysta tak się upił ubiegłego tygodnia,

że do dzisiaj nie wie, gdzie jest jego gitara. Po co ma przyjść bez gitary.

Inny przyjaciel artysta malarz od trzech miesięcy nie sprzedał

ani jednego obrazu, więc nie ma nawet na bilet autobusowy,

aby dojechać. Inny znany aktor teatralny by przyszedł,

ale jego obecna narzeczona /była żona poety/ zabroniła

mu zadawanie się z tą szują, tj. poetą.

 

Dlaczego jeszcze nie ma przedstawicieli miejscowego biznesu?

 

Bo właściciele miejscowego biznesu nie czytają książek,

słowo pisane powoduje u nich bąble na plecach,

a słuchanie poezji uważają za największą karę. Poezja ich

nie olśniewa. Od metafor poety wyżej cenią blask

złotego pierścienia na palcu, marmurowe podłogi łazienek,

drogie dywany przetykane srebrną czy złotą nicią.

 

Dlaczego nie ma jeszcze przedstawicieli mass mediów?

 

Bo oni tylko chodzą na imprezy „udane”, tj. takie, gdzie jest

co zjeść i wypić, a poeta pierogów ani schabowych nie oferuje,

wino poety jest zbyt „cienkie” jak na ich wyrafinowany smak.

 

Dlaczego nie ma jeszcze profesorów ani studentów, ani młodzieży?

 

Bo szlachetni profesorowie poruszają się w kredowym kole,

a wyjście poza mury uczelni powoduje u nich zawrót głowy,

tj. duży wysiłek intelektualny. Studenci pilnie poznają tajniki miłości

i tym są bardzo zajęci. Młodzież pod namiotem nocy śpiewa piosenki,

później się pokłóci, będą bójki, które trzeba będzie uśmierzać.

Nadejdzie głucha noc, a po niej poranek i wszyscy grzecznie usną.

 

- Dlaczego jeszcze nie wyłączono świateł - zapytał kierownik galerii -

szkoda przecież prądu, za który właściciel będzie musiał zapłacić?

 

- Wyłączny światło, zapalny świece - powiedział poeta -

na co jeszcze czekamy? Napijmy się wina za udany wieczór poezji,

za trud wydania nowej książki. 

Barbarzyńcy nie nadejdą.

 

Polonia

Jest chora od lat, lekarze rozkładają bezradnie ręce.

Co jej jest?

Dawno powinna umrzeć, ale wciąż żyje, dlaczego?

Bo nie ma takiego lekarza, co by ją uśmiercił.

Nie ma też takiego lekarza, co by ją uzdrowił.

Na co choruje Polonia?

Choroba bliżej nie znana medycynie, jej opisu w żadnym

słowniku medycznym nie znajdziesz.

Dopiero po trzech latach można chorobę zauważyć gołym okiem.

Na czym polega jej objaw?

Wszystko zaczyna się od smaku, spojrzenia, tęsknoty,

snów niespokojnych.

Chorzy na tę chorobę wołają:

ten chleb mi nie smakuje...

te truskawki tak nie pachną...

to nie te drzewa, obłoki, trawa, ludzie,

to nie moje dzieci, żona, rodzina...

to nie takie życie miało być...

jestem samotny, umieram z tęsknoty...

choroba emigracyjna to rodzaj choroby czaru,

zaklęcia zemsty rzucone przez rządze poznania

i sny źle tłumaczone.

 

Kiełbasa i pierogi

Pewnym krokiem wszedł do kawiarni,

na umówione spotkanie ze znajomymi

/nic o jego ojczyźnie nie wiedzieli,

nawet gdzie ona jest? gdzieś blisko Rosji?

chyba/.

 

On pochodził z kraju o tysiącletniej

pięknej historii, gdzie mieszka tradycja

całowania kobiet w rękę na dzień dobry

i na do widzenia, dumny z siebie i kraju

patrzył na nich z politowaniem i wyższością.

 

Był młody, subtelny, dobrze ułożony,

rano kształcił się /chciał zostać profesorem

literatury swojego kraju/,

popołudniami przesiadywał w kawiarniach

/tam, gdzie mieszkają ludzki gwar i muzyka/,

wieczorem ciężko pracował w brygadzie

sprzątającej wielkie sklepy

/tam wysiłek mięśni i pot zamieniał na

wino i papierosy, chleb i kawę/.

 

Amerykańskim znajomym opowiadał

z dumą o swojej ojczyźnie,

wspominał sukcesy, najpiękniejsze momenty jej historii,

z jego ust padały niezliczone pochlebstwa.

Opowiadał o niesprawiedliwości, jaka ją spotkała,

dowodził jej prawości.

 

Jego słowa płynęły bezszelestnie przez pola i łąki,

szybowały ponad górami i miastami,

dźwięk ich mieszał się z tupotem nóg,

galopem końskich kopyt, warkotem czołgów,

unosiły się ponad stolikami kawiarnianymi,

nasiąkały dymem papierosowym i wonią kawy.

 

Dla nich nie miało sensu to, o czym mówił, 

jakieś tam niepotrzebne żale,

fatum ciężące nad jego ojczyzną,

wygrane bitwy, przegrane wojny.

 

Widzieli jak bladł i jaki sprawiają mu ból

mówiąc:

- Nic o twoim kraju nie wiemy poza tym,

  że słyniecie w świecie z kiełbasy i pierogów.

 

Średniowieczni kronikarze

Średniowieczni kronikarze pisali o jego kraju:

„miejsce mlekiem i miodem płynące,

krajobraz piękny, niebo błękitne i czyste,

ludzie pracowici i spokojni, kwiaty kolorowe,

pola urodzajne, łąki zielone, rzeki i jeziora rybne,

ptaki cudownie śpiewają, lasy bogate w zwierzynę,

dziewczyny o blond włosach z niebieskimi oczami

śliczne i powabne, żony mądre i wierne,

ojcowie zaradni i robotni,

dzieci zdrowe i wesołe, ludzie zamieszkujący

ten kraj są gościnni, życzliwi i dobrzy.”

 

Gdy to czytał tysiące kilometrów od swojej ojczyzny,

ciężko pracując u obcych na chleb,

zastanawiał się, czy to nie bajka,

rozmyślał o tych minionych czasach,

myślą wędrował po historii, nie było w nim smutku,

nie było w nim radości tylko zdziwienie,

dawni ludzie, dawne czasy ożyły w nim,

zazdrościł tego / nie wiadomo komu/, co już było,

czuł jak serce w nim śpiewa

intonując pieśń czułą i nostalgiczną,

naszło go wzruszenie, słodkie.

 

Ręce za lud walczące sam lud poobcina

Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,

I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą,

Ręce za lud walczące sam lud poobcina.

Imion miłych ludowi lud pozapomina,

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo, cisi, ciemni, mali ludzie.

(Gęby za lud krzyczące, Adam Mickiewicz 1833)

 

Wkrótce minie ćwierć wieku jak jest na emigracji,

żaden to powód do rozpaczy czy dumy,

ot, czas mija dzień po dniu.

 

Żyje, zajął się urządzaniem własnego świata,

jeden dzień napełniony ogniem rozpaczy,

inny obiecuje owoc dojrzały, piękny, słodki.

 

W starej ojczyźnie chciał strzelać do komunistów,

w nowej siedzi spokojnie w chicagowskiej kuchni,

patrzy przez okno. Milczy.

 

Wiele spraw straciło na ważności, wielu nie rozumie,

trudno jest uznać go za bohatera albo tchórza,

albo za przykład dla innych.

 

Śpi spokojnie, myśli o ojczyźnie nie dręczą go,

pojawiają się rzadko, czasem w postaci deszczu

lub mroźnej zimy albo z zapachem pomidora...

 

Czasem się wzruszy, gdy usłyszy nazwy

swych ulubionych potraw

lata temu przyrządzanych przez matkę.

 

Pamięta o swoim drewnianym krzesełku,

na którym czytał wiersze, słuchał radia,

bezmyślnie śpiewał refreny piosenek.

 

Radio puszczało zielone oko czasem przyjaźnie,

czasem nerwowo dając do zrozumienia,

że coś się dzieje niedobrego na świecie.

 

Historia jego dawnej ojczyzny jest smutna, łzawa,

miasta pełne głodnych, bezrobotnych ludzi,

wsie zapomniane, tonące w nudzie i bezradności.

 

Nowa ojczyzna dała mu wszystko co najlepsze:

dom z trawnikiem, ogród z krzewami malin i agrestu,

dwa oceany, wysokie góry, pustynie, rzeki, jeziora

pełne ryb, kolorowe miasta, w których dużo pracy,

dla tych, co nie boją się długich godzin wysiłku

czasem ponad ludzkie siły.

 

To co najgorsze już przeżył, teraz wszystko

co najlepsze się wydarzy. Za rok, dwa

będzie mniej pracował, dzieci pójdą na swoje,

doczeka się emerytury, może wróci do starej ojczyzny,

wtedy położy się na skraju lasu lub strumienia,

uśnie spokojnie wpatrzony w niebo.

 

Grzeczny i uprzejmy

Nie można powiedzieć, aby miał ciężko,

w ojczyźnie komunistycznej był królem

a nawet słońcem, wokół niego kręciło się

życie miejscowej ludności, której rozdawał

radość i smutek. Wysoko nosił głowę. Był kimś.

 

Był sekretarzem partii w powiatowym mieście,

chodził dumny jak paw i z groźną miną, układał

przemówienia, opracowywał ważne plany, rozdawał

klucze do mieszkań, talony na samochody,

decydował o tym, kto ile dostanie pieniędzy,

jakie zajmie stanowisko, a kogo skazać na zapomnienie.

 

Czasy się zmieniły, upadła komuna,

przestał być powiatową gwiazdą, schował się

przed ludzkim wzrokiem i językami,

nie miał planów, chciał odejść w niepamięć,

żył swym przyziemnym, nieciekawym życiem.

 

Jego syn inżynier wyjechał za granicę za pracą,

został taksówkarzem w Chicago,

po kilku latach zaprosił ojca, aby dorobił do renty,

załatwił mu w hotelu pracę odźwiernego.

 

Ten kiedyś tak dumny, zarozumiały, pewny siebie

i ważny człowiek, od którego tak wiele zależało,

schyla się teraz najniżej ze wszystkich,

pierwszy biegnie ze zmiotką sprzątać.

 

Najgłośniej krzyczy good morring sir,

thank you sir for your tip, have a nice day sir,

najszybciej otwiera drzwi samochodów

gości hotelowych, nosi najcięższe bagaże

z miną człowieka zadowolonego, szczęśliwego.

 

Przełożeni lubią go - wiadomo za co,

współpracownicy nie lubią go -

wiadomo za co.

 

Generał

Nie miał czasu na czytanie, od lat nie trzymał

książki w ręku / przecież nie przyjechał

do Chicago czytać książki/.

 

Jego marzeniem był własny dom z ogrodem,

samochód, pies, kot, szczęście rodzinne, żona, dzieci.

 

Pewnego dnia na imieniny otrzymał książkę

o generale, który był sprawcą łez

i nieszczęść wielu jego rodaków.

Czytał o sprawach, które go obchodziły,

ale o których od lat już nie myślał,

wzruszał się i lamentował.

 

Najbardziej poruszyło go to, że generał był opisany

nie jako zdrajca, ale jako bohater.

 

Jego serce napełniło się smutkiem, z rozkazu

generała dostał się do więzienia na wiele miesięcy.

 

Wielu jak on więźniów w myślach powtarzało:

- biada nam, biada nam, generał nas zamorduje.

 

Książka wyjaśniała, dlaczego generał więził ludzi,

dlaczego jego armia strzelała do robotników.

 

Dlaczego w środku nocy wojsko włamywało się do mieszkań,

torturowało obywateli łamiąc prawo i ludzkie życia.

 

Kiedyś myślał, że prawda będzie po stronie bitych,

zabijanych i więzionych.

 

Kto jest przyjacielem, kto wrogiem, rozum stał się bezradny,

nie mógł znaleźć osądu.

 

Szanowni sędziowie nie potrafili ocenić, dobrych

i szlachetnych czynów odróżnić od przemocy.

 

Odejście aktora

1

W skromnym pokoju na poddaszu,

gdzie mieszka kurz, a uschnięte marzenia

przybrały kształt zwiędłych kwiatów,

aktor tylko bywa swym ciałem,

bo jego dusza wędruje wśród gwiazd.

 

Całym bogactwem są zdjęcia, plakaty

aktora mówiące o jego rolach,

świetnie zapowiadającej się karierze,

na nich młoda twarz, inteligentne oczy patrzą

w przyszłość, usta nabrzmiałe od słów,

słodkie od pocałunków obiecują wielką rozkosz

i radość wielbicielom jego talentu.

 

2

Stary aktor rozmyśla o życiu na emigracji

/jest na niej prawie 30 lat/, idzie ulicą Michigan,

najpiękniejszą ulicą miasta środkowego zachodu Ameryki,

mieszka w jednym z najpiękniejszych miast świata.

Ameryka znudziła go, znudziło go Chicago, jest rozgoryczony,

jego życie straciło sens, tyle lat zaprzepaścił na emigracji,

przeminęła młodość, zatracił się talent, rozpacz dosięgła głębi,

on sam spadł na samo dno, głębiej spaść już nie mógł.

- A gdybym nie był aktorem? Od tej chwili już nim

nie jestem - sam sobie odpowiedział.

- Gdybym był poetą, co osiągnąłbym?

 

3

- Czy mógłbym opisać swoje życie, swoje rozczarowanie,

swoją emigrację, Chicago, Amerykę - zastanowił się -

tak, tak napisałbym taki wiersz o swoim zmarnowanym

życiu:

Cud, że jeszcze żyję, ocalałem w tej Ameryce, która

tak bardzo mnie upokorzyła, cud, że jeszcze potrafię myśleć,

ale nie mogę być sobą - aktorem, muszę udawać poetę,

to jest moja kara, karą jest to, że jestem poetą

a nie aktorem, tak się na mnie Ameryka zemściła,

jestem pustynią, na której nic nie urośnie, tylko wiatr

beztrosko hula.

 

4

Słowa, które układam pochodzą z środka

gigantycznej pustyni, na której się znalazłem

gnany swoimi marzeniami bycia najsławniejszym

aktorem świata. Nie jestem tutaj sam, moją moralną

podporą są miliony ludzi, takich jak ja, którym nie

wyszło, z których Ameryka sobie zakpiła jak ze mnie.

Od lat jestem nękany pesymizmem, z wygaszonym

światłem wewnętrznym, nie czuję bólu, nie wiem, co

to jest cierpienie, nie mam myśli samobójczych,

ten wiersz napisałem własną głową,

niech będzie świadectwem... nie, nie świadectwem,

ale protestem przeciwko wszystkim tym, którzy wierzą

w Amerykę.

 

Powrót poety

Po latach emigracji emigracyjny poeta postanawia

powrócić do ojczyzny z odległego kraju, z odległego

kontynentu.

 

Mógłby to uczynić dużo wcześniej, ale rodzina,

nóż na gardle - karty kredytowe, lęk, sumienie,

marzenia nie spełnione zawsze stały na drodze

do ojczyzny niczym wielki dół.

Powrót zaczynał od wyciszenia szalonej burzy

w piersiach, tej samej, co wyrzuciła go poza burtę

ojczyzny.

Wydawało mu się, że teraz jest już innym człowiekiem,

człowiekiem innego świata, innej bajki, innej egzotyki,

świata innych wartości, czyli tego wszystko, co sam sobie

wymyśli i ułożył.

 

Myślał, że to wszystko, co pozostawił lata temu

teraz jest inne, że ojczyzna jest inna, że będzie

musiał uczyć się ojczyzny na nowo.

 

Kogo chciał oszukać? Milczy. Słyszy jak krew

w żyłach zamienia się w piasek, powietrze

ojczyzny uczyniło go nagim raz jeszcze.

 

Teraz ma wybór i trudną do nauczenia się rolę

nowego patrzenia i rozumienia ojczyzny, coś

musi zabić w sobie, taka jest konieczność wyboru.

 

Ma wybór, może zostać panem od poezji,

może zacząć kury hodować albo może

jedno i drugie, i coś więcej - uznać się za

ofiarę ojczyzny.

 

 

Nie pytaj się, co ojczyzna...

Nie pytaj się, co ojczyzna zrobiła dla ciebie,

ale co ty zrobiłeś dla swojej ojczyzny.

 

Słowa te zapadły mu głęboko w pamięci,

nie pamiętał, kto je wypowiedział ani

gdzie je po raz pierwszy usłyszał:

- co ojczyzna zrobiła dla mnie - myślał,

- co ja zrobiłem dla swojej ojczyzny - zastanawiał się.

 

Wyjechał z ojczyzny głodny, bez pracy,

bez nadziei na lepsze życie, żona, dzieci,

żyło się ciężko i gorzko, każdy nowy poranek

był nowym rozczarowaniem.

 

Niebo zasłonięte czarnymi chmurami,

a w południe słońce nie dawało ani energii,

ani odwagi do życia.

 

Ameryka zastąpiła mu ojczyznę,

rzuciła pod nogi bogactwa tego świata,

kurę w niedzielę na obiad, piwo po pracy,

książki dla dzieci do szkoły, buty dla żony.

 

Znalazł pracę na budowie, pracuje

na przedmieściach wielkiego Chicago,

jest szczęśliwy, jest lato, przerwa na lunch,

robotnicy odłożyli robotę, odłożyli rozmowy,

nie chce im się jeść ani pić tylko spać,

więc śpią, ziemia jest im łóżkiem,

poduszkami stare robocze rękawice,

kołdrą cień drzewa. O czym myślą?

Kto zgadnie?

 

Przypatrz im się uważnie, to bohaterowie

naszych czasów, innych jeszcze długo nie będzie.

 

Nowi emigranci

Poznali się miesiąc temu w jednym

z nocnych barów z piwem w Chicago.

Oglądali te same filmy, czytali te same

lektury szkolne, tej samej drużynie

piłkarskiej kibicowali. Są obywatelami

tego samego państwa.

 

Historia ich kraju wystawiła ich do wiatru,

rozpadło się imperium, otrzymali wolność,

mogą mówić, co chcą, wyjeżdżać za granicę.

 

Jeden absurd oddał tę samą koronę drugiemu

absurdowi.

 

Bezpiecznie wysunęli głowy, serca, nogi poza

krawędź państwa.

Jest północ, idą ulicą Milwaukee, podtrzymują się,

wysoko podnoszą nogi, tak wysoko jakby szli pod

górę. Wysoko, wyżej, coraz wyżej i wyżej...

 

Pod stopami jest tylko powietrze i ulica płaska jak

stół.

 

Wszyscy podróżujemy

Podróż to pamięć, natchnienie wielką

poezją. Podróż - obietnica najsłodsza o lepszym

jutrze, klucz do innych pejzaży i wzruszeń.

 

W rynku w Dzierżoniowie spotkałem Jana,

pił piwo pod parasolem:

- Ja teraz mieszkam w Londynie - powiedział

z uśmiechem na ustach.

 

Napotkany w kawiarni Jurek z zadowoleniem

w głosie mówił:

- Właśnie przyjechałem do Polski

na wakacje z Grecji.

 

- A jak żyje Jola - zapytałem.

- Ona teraz mieszka w Paryżu .

- A co słychać u Krzyśka?

- Jak to, nie wiesz - zapytał zdziwiony - od lat

mieszka w Norwegii.

 

Andrzej mieszka w Niemczech, Beata w Toronto,

Kowalscy w Chicago, Malinowscy jadą do Rzymu.

 

Podróżujemy za pracą, chlebem,

jaśniejszym niebem, lepszą przyszłością,

zabieramy z sobą blask przeszłości, sadów,

domów, ulic, miast, twarzy bliskich

stając się powoli naczyniem wspomnień:

jedni z kamienia polnego, inni z alabastru,

w którym jest olejek do nacierania

stóp i dusz.

 

Podróżujemy, wszędzie jesteśmy

i  nigdzie nas nie ma. Mieszkamy tu i tam

i nigdzie nas nie ma.

 

Podróżujemy i jesteśmy poza burtą

naszych ojczyzn,

toniemy - wielu jest już topielcami,

toniemy, bo nie ma pracy,

toniemy, bo nasze dzieci są głodne,

toniemy, bo nie ma dla nas przyszłości,

 

toniemy, toniemy, toniemy.

 

 

 

Adam Lizakowski (ur. 24 grudnia 1956 r. w Dzierżoniowie) – polsko-amerykański poeta, prozaik, tłumacz, laureat Międzynarodowej Nagrody Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich (Canada, 2000). Nagrody Polskiego Komitetu ds. UNESCO i Ministra Kultury, (2008). Stypendysta The David R. Rubin Scholarship recipient. Chicago, 28 marca 2011.

  • Pierwsze miejsce w konkursie pt. „Old Father William's Frabjous and Curious Poetry Contest”, organizowanym przez Caffeine Theatre w Chicago (2010).
  • Pierwsze miejsce w konkursie organizowanym przez Columbia College Chicago, Department of English, School of Liberal Arts and Sciences Poetry Award (formerly the Elma Stuckey Poetry Award) ([2010)].
  • Pracuje jako wykładowca na U.Wrocławskim I U.Jagielloński, prowadząc warsztaty poetyckie oraz zajęcia z przekładu poetyckiego.
  • Autor ponad tuzima tomów poetyckich takich jak m.in.:
  • Złodzieje Czereśni wydanie amerykańskie. Wyd. Artex Publishing. Stevens Point (1990)
  • Współczesny Prymitywizm WYd. Niezapłacony Rent. Chicago (1992)
  • Nie Zapłacony Czynsz (1996)
  • Na kalifornijskim brzegu (1996)
  • Chicago Miasto Nadziei (1998)
  • Złodzieje Czereśni, wydanie polskie (2000)
  • Legenda o Poszukiwaniu Ojczyzny (2001)
  • Chicago City of Hope in Poetry and Photography (2005)
  • Dzieci Gór Sowich (2007)
  • "Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008)
  • Pieszyckie Łąki(2010)
  • 156 Listów poetyckich z Chicago do Pieszyc Wyd. Urząd Miasta Pieszyce (2012)
  • Bogaty Strumień – Dzierżoniów. Wyd. Urząd Miasta Dzierżoniów (2012)
  • Wiersze spod Krzywej Wieży. Wyd. Urząd Miasta Ząbkowice Śląskie (2014)
  • Bielawa. Randka Trzech Sylab". Wyd. Seria Sudecka proza i poezja. Bielawa (2014)
  • Jak zdobyto Dziki Zachód. Wydawnictw WBP i CAK w Poznaniu.(2017).

 

Studiował na Columbia College Chicago – creative writing gdzie uzyskał tytuł Bacher of Arts. Studnia ukończył z wyróżnieniem Cum Laude.   Tytuł magistra (Master of Arts) otrzymał na prestiżowym chicagowskim uniwersytecie Northwestern University.

Związany z poetyckim ruchem w San Francisco i Chicago. Był wydawcą kwartalnika „Dwa Końce Języka” w Chicago oraz redaktorem naczelnym miesięcznika „Razem” wydawanego w San Francisco. Przez wiele lat publikował w paryskiej „Kulturze”. Autor wielu tomów poetyckich, m.in. „Poetyckiej Trylogii Sowiogórskiej”, 2001, 2007, 2010. W latach 2002-2004 był członiem toruńskiego Przeglądu Artystyczno – Literackiego, na łamach, którego publikował swoje wiersze, eseje, felietony, opowiadania.

Przed wyjazdem z Polski pracował jako instruktor teatralny w BZPB „Bieltex” Zakładowym Domu Kultury. „Prządka” w Pieszycach. Debiutował w ogólnopolskim pt. „Tygodnik Kulturalny” w 1980 wydawanym w Warszawie. Od 1981 roku przybywa poza granicami kraju. Od 1982 do 1991 mieszkał w San Francisco, a od 1991 roku w Chicago. Członek redakcji Zeszytów Poetyckich. Laureat nagrody Elma Stuckey Poetry Award w 2010 roku i konkursu poetyckiego pt. „Old Father Williams’s Frabjous and Curious Poetry Contest w 2010. Jest mecenasem dwóch miejskich bibliotek: Adama Asnyka w Pieszycach i K.K. Baczyńskiego w Dzierżoniowie. Prowadzi od kilku lat warsztaty poetyckie w Jezuickim Ośrodku Milenijnym w Chicago. Promotor polskiej kultury w Stanach Zjednoczonych od kilku dekad. Jest założycielem organizacji poetyckiej, „The Unpaid Rent Poetry Group” oraz “The Polish Arts and Poetry Association” w Chicago. Za swoją pracę na rzecz ojczyzny został odznaczony Kawalerskim Krzyżem Orderu Zasługi RP przez pana Prezydenta RP. (2012).

Debiutował w 1980 na łamach warszawskiego "Tygodnika Kulturalnego". Na emigracji publikował na łamach paryskiej "Kultury", nowojorskiego "Nowego Dziennika". Jest członkiem redakcji miesięcznika Życie Kolorado wydawanego w Denver w stanie Kolorado. Twórczość jego była tłumaczona na języki: angielski, rosyjski, niemiecki, francuski, litewski, hebrajski, chiński, ukraiński, hiszpański i białoruski.

Współzałożyciel grup poetyckich "Krak" w Los Angeles – San Francisco oraz "Niezapłacony Rent" w Chicago. Redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego "Razem" wydawanego w San Francisco w latach 1986–1989 i kwartalnika poetyckiego "Dwa Końce Języka" w latach 1993–1996 w Chicago. W Polsce współpracuje z "Rocznikiem Dzierżoniowskim". Od roku 1993 jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

Twórczość Adama Lizakowskiego była omawiana w wielu pracach naukowych oraz przedmiotem badan wielu naukowców zajmujących się historia literatury polskiej poza granicami kraju po roku 1939. Od roku 1990 zostało napisancyh 12 prac magisterskich na temat twórczości Lizakowskiego na kilku polskich uczelniach. M. in. na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie i dwie na Uniwersytecie Rzeszowskim. Na Uniwersytecie Warszawskim, Jagiellońskim, Toruńskim, Lubelski, etc. Twórczość Lizakowskiego była także przedmiotem badań w kilku pracach doktorskich.

           

O twórczości Lizakowskiego pisało ponad 40 krytyków i recenzentów starszego, średniego i najmłodszego pokolenia. M.in. Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Karol Maliszewski, Stanisław Dłuski, Andria Szymańska, Mieczysław Orki, Jan Wolski, Beata Sołogub. Hebzda, Zbigniew Andres, Stanisaw Stanik, Janusz Kryszak, Stanisław Bereś, Aleksander Fiut, Janusz Drzewucki, Kazimierz Braun, Janusz Kryszak, W.A. Wierzewski, Stanisław Barańczak, Wacław Iwaniuk, Marek Skwarnicki, Paweł Marcinkiewicz, Pawel Mackiewicz, Zbigniew Bieńkowski, Andriana Szymańska, Małgorzata Karolina Piekarska, Lech Witkowski etc.

Związany z poetyckim ruchem w San Francisco i Chicago.

Współzałożyciel grup poetyckich „Krak” w Los Angeles – San Francisco. Redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego „Razem” wydawanego w San Francisco w latach 1986–1989. W 1986 rozpoczął studia dziennikarskie na City College of San Francisco; wszedł wówczas do redakcji studenckiego pisma „The Guardsman”.

Związany z poetami z San Francisco, przede wszystkim z grupą twórców mieszkających w dzielnicy „The Tenderloin” w której i on mieszkał. Wiersze publikował w miesięczniku „The Tenderloin Time” w latach 1984 -1991 wydawanym przez organizację Central Hospitality House San Francisco . W 1986 roku kilka jego utworów znalazło się w antologii pt. „Lifeliness” do której słowo wstępne napisał założyciel i wydawca   The City Lights Bookstore, Lawrence Ferlinghetti.

W roku 1986 wraz z poetą weteranem wojny wietnamskiej Nealem M. Warrenem wydaje tomi wierszy pt. "Anteroom Poetry" w San Francisco, wydawnictwo Speedy Gonzales. Książka ta zostaje wzniowiona i wydana po raz kolejny w 2013 roku przez oficynę wydawnica "outskirts press". Neal jednak nie jest w pełni zadowolony z tego wydania i za mową żony, Niemki, którą poznał podczas pracy w bazie amerykańskiej na terenie Niemiec, namawia Adama, aby wydać tomik raz jeszcze, ale w dwóch językach po angielsku i niemiecku. Cel zostaje osiągnięty powstaje trzecie wydanie rozszerzone ukazuje się w roku 2017. Wydawnictwem jest pownonie "outskirts press". Tym razme wydanie jest z kolorową okładką obszernymi biografiami poetów i liczy sobie ponad 120 stron, gdy te pierwsze oryginalne, czarno-białe miało 42 strony.

W latach podczas pobytu w San Francisco zaprzyjaźnił się z Czesławem Miłoszem, któremu amatorskim aparatem robił zdjęcia. Od którego otrzymał poand 60 książek Noblisty z jego autografami i wpisanami, dydakacjami i prośbami o uwagę czytelniczą. W roku 2011 na prośbę dyrektora Dolnośląśkiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu udostępnił część swoich zdjęć, które zostały wykorzystane na wystawę pt. Miłosz po amerykańsku.

10 czerwca, o godz. 16.30 ambasador Stanów Zjednoczonych Lee Feinstein otworzyl w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej (Rynek 58) wystawę;Miłosz po amerykańsku, prezentującą fotografie z dwóch prywatnych archiwów; Andrzeja Miłosza, brata Noblisty oraz Adama Lizakowskiego, mieszkającego w Chicago poety, który w latach 80. i 90. fotografował Czesława Miłosza w jego domu w Berkeley w Californii.

Najnowszą pracą A. Lizakowskiego jest wydany w 2017 roku przez WBP i CAK w Poznaniu tom pt. „Jak zdobyto Dziki Zachód”. Podobnie jak i w pierwszym tomie, „Złodzieje czereśni” który został podzielony na część polską i kalifornijską, tak i teraz poeta podzielił wiersze na tematykę polską i emigracyjno-amerykańską. Część polska to okres czasu od wybuchu II wojny światowej do dzisiaj, a druga część amerykańska rozpoczyna się od XVI wiecznej krótkiej historii Kalifornii aż po stan wojenny i przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Bohaterami tego temu są sprzątaczki z Europy Wschodniej, więźniowie obozów koncentracyjnych, osadnicy wojskowi, i zbierania nieudaczników, łowców fortun, amatorów przygód z XVI Europy. Pomiędzy szabrownikami z południowej i centralnej Polski w latach tuż powojennych a emigrantami za chlebem spod Tarnowa w 2013 i marynarzami spod Madrytu z roku 1589 Lizakowski nie stawia znaku równości, ale też nie widzi wielkich różnic. „Jak zdobyto Dziki Zachód” dedykowany jest ojcu poety przesiedleńcowi ze Wschodu. Jest to tom o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi i własnej tożsamości, własnego ja. Poeta, który doskonale zna dwa światy; kapitalizmu i komunizmu raz pisze wierszem epickim historycznym, ale nie o patriotyzmie, lecz o postawie obywatelskiej. Pisze o tematach ciężkich, jego mistrzami są Walt Whitman, Langston Hughes oraz William Carlos Williams. Trzeba też pamiętać o Bobie Dylanie, bez którego poezja Lizakowskiego nie byłaby „nasiąknięta zaangażowaniem społecznym”. Widać to najlepiej w takich wierszach jak ”Grecy w Górach Sowich” czy Ukraińcy w Górach Sowich”.

Druga część książki jest najbardziej liryczna w niej jest mowa o emigrantach którym prawie cztery dekady był (wciąż jest) narrator tych wierszy. Pisanie o marzeniach, miłości, poszukiwaniu własnego kąta, małej i dużej ojczyzny, opisywanie Polaków na emigracji i Polski to są główne symbols and motifs jego twórczości od pierwszego tomu . Lizakowski jest lirykiem, ale jak pisał Czesław Miłosz do Jerzy Giedroycia, rekomendując jego wiersze „dzika brutalność i energia chwyta to, co jest udziałem wielu Polaków jego pokolenia”. Adriana Szymańska w recenzji jego poezji dodaje; Lizakowski jest być może pierwszym z prawdziwego zdarzenia polskim poetą emigracyjnym”. W swojej twórczości pisze o emigrantach, tych co już wyjechali i tych co jeszcze są w ojczyźnie ciałem, ale duchem wyemigrowali.

 

Pin It