ELŻBIETA MUSIAŁ - wiersze

 

Musial portrecik

 

 

 

fragm. poematu „Ars moriendi, czyli

poradnik czynności nieużytecznych” (2013)

 

1.

Jeśli już zdasz sobie sprawę z tego, że nie masz

żadnej władzy ani kontroli nad niczym, sprawdź,

czy jesteś przy sobie. Nakryj do stołu albo popraw

okulary na nosie. Tyle możesz zrobić dla siebie.

I jeszcze popatrz,

czy nauka noszenia kamieni nie poszła w las.

 

2.

Jedyna i raz przychodzi. I bez prób udaje się wszystkim.

Ją trzeba w sobie przygotować.

Tak, śmierć potrzebuje celebracji.

Ubiera się długo.

Podejmij dla niej jeszcze jedną czynność

przyziemną. Jest ona potrzebna również tym,

których opuścisz. Przecież nie wypada wysłać człowieka

nieobutego przed oblicze Boga.

Więc wyczyść buty,

które ci potem założą w ostatnią drogę. I pamiętaj,

by były wygodne, by stóp nie raniły.

Nie zostawiaj ich z tym problemem. Gdy wezmą czyścik

do polerowania, będą musieli się pochylić. Jeszcze raz

nad tobą, jeszcze raz nad śmiercią.

 

3.

Ubiera się długo. Musi zestroić w jeden świat

obie strony życia. Wtedy trochę mami, trochę

obiecuje, na przykład widok z lotu ptaka

z domieszką kwiatu konopi i kleksem

błękitu pod stopą. Co, obrazek przewrotnie

chagallowski? Więc dodam jeszcze:

i będziemy jak rekruci rysujący czarnymi lakierkami

glazur nieba.

 

4.

Wschodzą w niebo, wreszcie znośni dla siebie.

Wznoszą serca z litu najlżejszego. Chagallowscy

rekruci. A na ziemi położą im głowy ciężkie

na krochmalne poduszki. Mój Boże, czy Ty słyszysz,

jak to brzmi? Poduszka do snu ostatniego?

Oni muszą się wyzwolić

z przyciągania ziemskiego, by zakończyć,

co nieodwracalne, i wypełnić, co nieuniknione.

Pojedynczo. Nie inaczej. Chagallowscy rekruci.

Ale gdy raz zakołują nad głowami, gdy porwie ich

trawa wonna, już sami nie są. Bez skrzydeł, a lecą.

Klucze, całe klucze niby żurawi.

(…)

22.                                       

Tak, śmierć zaczyna fascynować, gdy już

nabieramy pewności, że da się ją jakoś przeżyć.

(…)

39.                                                                            

Rozpalmy stosy ze słów.

Wyczyścimy buty, które nam założą.

Połóżmy im głowy na krochmalne poduszki.

My, chagallowscy rekruci.

Śmierć potrzebuje oprawy.

Stroi się długo. Więc różanopośladka kroczy

przez skąpe godziny. Przyzwyczajenie wygasa wolniej

niż życie (a może się mylę). Consuetudo altera natura est.

(…)

16.

Słowo daję, że żyła. Ona tylko niepostrzeżenie przysiadała na brzegu

łóżka, bo myślała, że to łóżko jest jej, jak już nic bardziej

na świecie. Przecież gdzieś musiała wracać po całym dniu.

W końcu to jedna trzecia jej lepszego życia na tych

czterech nogach i kilku sprężynach.

                           Nigdy nie mówiła o swoich snach,

a właściwie tylko raz, ale nie chciałam uwierzyć.

Była już wtedy po całym życiu, nigdy po pracy.

Może dlatego przysiadała na rancie łóżka.

                                               Jak dusza na ramieniu

między dniem a odlotem, do którego już 

musiała się szykować od dłuższego czasu,

tylko ja tego nie zauważyłam między jednym a drugim

moim krokiem. Słowo honoru, ona była. W tym domu, ale jego

już nie ma. Stał tu, na swoim miejscu, gdzie teraz jest ziemia, która

ją nosiła. Naprawdę. Najpierw sprzed okna odeszła stara czereśnia,

tej odmiany już nie ma,

                                       ale babcia Stefania jeszcze wtedy była.

Zgarbiona chodziła ścieżką do domu. Ścieżkę przenieśli.

Na niej postawili nowe fundamenty. Ona naprawdę była.

Jak mam to jeszcze powiedzieć?

(…)

26.

Albercie, czy rozwiązały ci się wszystkie wzory?

I czy czas w nich jest? Ten Heraklitowy czynnik panta rhei,

przez który wszystko, co u nas pachnie, pąsowieje,

trwoży się i boli, trzeba pomnożyć albo podzielić.

Tobie uwierzę. Nawet

jeśli mi do ucha szepniesz, że duch też ma płeć.

A moje wzgórza na tę wieść spłoną.

(…)

 

 

Z cyklu: Gry do-słowne, czyli

wokół Houellebecqa

 

Wzywasz mnie z niebytu. Wzywasz słowem słodkim, które za wargami już staje się cierpkie. Nie mówię dziś o winie, jedynie o kształcie. Pierś niepokorna bywa i swawolna. Miałaby wybiec i szukać dotyku? Z uścisku jednego wpaść w drugi? Więc tak wyodrębnić chcesz mnie z nicości. Sukienkę ubrać w doczesny wymiar. Gdybyś choć esencję podać chciał, gdybyś. Wlać ją w kształt bytu, bo kształt obowiązkiem dopóki ciało. Ty z niebytu wzywasz mnie po nową śmiertelność? Gdzie nic nie jest wieczne, ani życie, ani jego powidoki, tym bardziej co z nas stworzone. Tak naocznie nietrwałe, a jak pyszni się przesada na grządce, jak wszystko siebie przerasta, i taki ból za wielki. Houellebecq tylko nicość ocalił od kiczu. Nie wiem, po jakiej nitce do kłębka szedł, ale doszedł.

 

 

Mówię pochyloną cambrią (2015)

fragm. 4. cz. poematu: 

Reinkarnacje, czyli prawdy i kłamstwa

 

Może dlatego z każdą odsłoną

słowa więcej widziałam ciebie i wiatru,

który bez gniazda i zapewne już nadciąga

od północnego wzgórza. Jak to możliwe, że ciała

nie przepełniły jeszcze czeredy nocnych motyli.

 

Czeredami nazywają gromadki zwierząt o kruchych

sukienkach rozsiadłe w wierszach. Nocne motyle

upuszczają w nich na pastwę nasze cienie, które

nim dogasną, niosą na swoich

skrzydłach płomień świecy.

 

Ciało. Nagość luster zaczyna spoglądać z precyzją

lancetu. Zawsze coś zastępuje coś.

 

A ze spokojem

powtarzałeś: nigdy nie mów „na zawsze”.

Tak powstało słowo „wszystko”. Wtedy łatwiej

było uwierzyć w wędrowną chwilę,

ona z jakiegoś powodu sama się w nas hoduje 

i urasta. Niczym samorodek. Najpierw

wymyka się zieleń i liść przeszywa powietrze

w trzecim dniu stworzenia.

Dopóki „wszystko” nie staje się znów

chwilą, tym razem nawołującą

zza chłodnego wzgórza. Krótszą i coraz krótszą.

Nawet mgnieniem, po które upomni się nagły,

północny wiatr.

 

Północny wiatr to jest nieśmiertelny oddech

wybiegający naprzeciw śmiertelnych ciał.

 Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza.

 

(…)

Los się we mnie odezwał,

nietymczasowy, zachłanny, mój jak nic bardziej.

Wraz z księżycem stałam w samym środku

XII domu horoskopu. Rozmyślałam tej nocy

o przeznaczeniu i o Elinor. Tylko jej jednej zazdroszczę.

Tak, Elinor, nosiłaś niesyte piersi,

które pod jego dłonią tylko

stawały się brzoskwinią.

 

Nad ranem w google wrzuciłam Elinor Wylie.

Nie przeszkadza wam nawet różnica wieku.

Rok 1928 i twoje 43 lata. Elinor, on polubił już

smugę po tobie, umie ją zaśpiewać. Jesień

i odejścia to dla wierszy

dobra rozpacz. 

Odtąd każdej cząstki ciepła, każdej wypukłości

i klęski szukać będzie na skórze

innych kobiet. Nie przestanie nawet wtedy,

gdy opuszki podupadną na duchu i będą milkły

od wiatru zza chłodnego wzgórza, pod nim

zasadziliście kamień, jak coś w nietrwałości trwałego.       

 

Wiatr zza chłodnego wzgórza to jest nieśmiertelny

oddech, wybiega nam naprzeciw i mroczy życie.

 Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza.

 

(…)

Elinor, tylko tobie mogę powiedzieć, co mi uczynił.

Choć może to nie mnie, a wyłącznie tobie.

Pogubiłam już wątki, pomieszałam ślady i

nie wiem, gdzie ty się kończysz, a gdzie ja zaczynam.

Czasem czuję się tobą, może tobą kiedyś byłam. Potem

napisałam krótkie: bywaj, choć czułość

wciąż sadowiła się na koniuszku języka.

Pogoń za głębią uchyliła puste morze, jego wody

osiągalne są tylko w jeden sposób. Już nie byłam sobą,

zgubiłam gazelę wyprężoną w somie. Ze skóry spadł

dotyk, połknął go północny wiatr.

Takie chwile sznurują usta. A ja ceniłam sobie weryzm

nawet w intymnych sprawach. Różniliśmy się liryczną

narracją. Dostawiłam list do skroni. Wypalił. Odjechałam,

porzucając obu. Lecz wcześniej spakowałam

swoje 43 lata.

 

Płynę do brzegu, na którym mieszka wszystko.

 

(…)

Czas jest po twojej i jego stronie, Elinor. Zrozumiałam to,

gdy przyszedł sen, ale nie do mnie. Choć śniło mi się,

że on idzie do ciebie, by stopić na twoim dojrzałym

łonie śnieg. Ale na Boga, uważaj. To niebezpieczny poeta.

Jego wiersze rozchylają usta do pary, czytasz jak z ręki

ku zgubie. Będziesz ufnie spacerowała

po linie, gdy nagle otworzysz oczy

i obarczona ciałem poznasz ten lęk.

 

Płynę do brzegu, którego nie znam.

 

Listy. Spóźnione groby. Ile w nich próchna

i uranicznej pory. Teraz widzę, jak bez słowa

oddajemy nasze „wszystko”. A ze spokojem powtarzałeś:

nigdy nie mów „na zawsze”.

 

           

Z tomu Ja, o jednym imieniu (2014)

 

***

Jaką fabułą musiałabym się posłużyć,

ażebym najpierw sama uwierzyła, że mam.

Jesteśmy zbudowani podług tego samego wzoru,

naszych światów nie może więc dzielić aż tak znowu wszystko.

Od moich stygnących zwierciadeł odskakują jaszczurki światła. 

Ślizgają się po lustrach, z których w chwilę potem

wyziera pustka.

                           Umiesz mi to wytłumaczyć?

I kto, i co uzdatni twarz, ręce? A powinny być

jasne. Dobrze, jeśli są pogodzone jak dziobiące ziemię

kury. Trzeba przyznać, że im dostał się aktorski

talent, po nich ani poznasz, że są ptakami. Jak już

pogrzebią, idą na grzędę znieść złoty interes.

                                                                    Przekonaj mnie,

że oprócz ruchów robaczkowych jelita mamy coś jeszcze

do zrobienia. Ażebym przestała zwiedzać

zatęchłe arterie wątpi. I nie przegapiła

światła. I aby żalu nie było,

zanim nastąpi.

  

                           

 

Z cyklu: Gry do-słowne, czyli a wszystko to

 

Musi być motyw, potem mgnienie kończące się jednym. Początki,

dziewicza bezdeń otwarta na kondygnacje. Stoję na uskoku, może krawędzi,

puszczam łódkę z gazety na głębokie (woda plum, plum).

Zanim w nią wsiądę, muszę zadrzeć głowę do góry,

bo nie daj Boże z mansardy Picasso rzuci na mnie urok.

Rodin też może Pocałunkiem. Nieszczęście gotowe.

Samosterowne słowa, hologram.

Zepchnięta w otchłań egzystencja. Samo strawna. No cóż,

żadna poznana wersja estetyki nie ma tu zastosowania. Już prędzej prehistoria. Łódka podsiąka wilgocią. Wciąż płynę. Za mną aleja Szopena. Naprzeciw wychodzi węzeł księżycowy. Rahu. Czy mam mówić dalej? Mam? A zatem tłumaczę: jest głowa demona, musi być i ogon, nazwano go Ketu. Dwie strony medalu (raz, dwa, trzy wychodź ty). Łódka tonie. Wszystko gna do mety. Metaforyka, metafizyka, metonika, tektonika i zaćmienie słońca.

Żaden klucz… proszę mi wierzyć.

(Rzecz dzieje się bez halucynogennych grzybów tra la la).

 

           

 

 

 

 

Pin It