ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017:

Jacek Maria Hohensee, Małgorzata Hrycaj, Joanna Idzikowska-Kęsik, Lech Isakiewicz, Adriana Jarosz

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

 

Jacek Maria Hohensee

 

Studnia

 

Studnia była głęboka głos do niej wrzucony

odezwał się po kilku latach kaszlem strzelistym

a potem splunięciem

To nie mógł być głos rozsądku ani serca

głos sumienia nie spada raczej się wznosi do góry

to mógł być głos przeznaczenia albo ciężkie przekleństwo

albo jedno i drugie bo przecież nie sekret

albo wyznanie miłości

 

 

Wzgórza

 

Wzgórza warują za progiem

ich pani nie wraca

miejsce w oknie jest puste

...tylko w nim obłoki

oprawione w ramy

za szkłem...

Wzgórza są już stare

coraz to kępami wypadają im włosy

coraz to wyłazi ściernisko wśród drzew

ale wciąż słyszą

sonet z muzyką na lutnię

niewidzialny

jak portret z widokiem na słoneczna dolinę

 

 

Zgaś

 

Po oszklonym wybiegu

płynie muzyka z pustej muszli mieszkania

jak wieczorne słońce odbite w akwarium

Zgaś ten sen zgaś go natychmiast

on niesie truciznę

Zmień go przełącz

boisko może mieć transept albo nawę główną tylko

– jedną łódź odwróconą – lotniskowiec ze sklepieniem niebieskim

i chórem naprzeciwko wejścia

przed którym już stoi ta co niesie

zapach gasnących świec

Zgaś zgaś ten sen

wyłącz

już lepsza jest bezsenność i nieruchoma niewidoczna szyba

 

 

Magazyn dekoracji

 

Zamykam oczy i wchodzę do milczącego teatru

między złudzenia mieszkań i miast

rozłożonych na ściany –

na lata, dni i miesiące

jak zerwany kalendarz.

Widzę przed sobą gabinety luster

i okna, dziesiątki okien wyrwanych ze swojej pamięci

i drzwi ustawione za sobą w szeregach jak talia do rozdania.

Meble

pluszowe okręty do granic świata z fotografii,

kościste stoły uwiązane do świątecznych spotkań

z rozsypaną herbatą na grzbiecie, cukrem

albo resztką siana po zdjęciu serwety

Pościel poskładana jak listy przewiązane wstążką –

przesyłki ze snów spokojnych i zerwanych ze strachu,

nocy szczęśliwych i tych kiedy słyszysz tylko własny oddech.

Czasem przystaję żeby podziwiać

ogrody zasuszone pomiędzy ścianami i całe balkony papierowych kwiatów

wydaje mi się że słyszę muzykę ale to kolejne złudzenie

podobnie jak galeria obrazów oprawionych w uroczyste ramy

i ten portret za szkłem, który chciałem podnieść

bo zerwał się z pamięci a na drzazgach szkła są ciągle kropelki krwi

Mogę z tego poskładać scenę pożegnania i miejsce powrotu

sielskie tło dla szczęśliwie spełnionej miłości

tło dramatu komedię

i wszystko czego zażąda widownia

i wszystko co będzie prawdziwe

chociaż nie będzie naprawdę

 

 

Port

 

Z drugiej strony asfaltu zacumował nowy

pasażerski statek i podobnie jak te naprzeciwko

nie odpłynie prędko choć pasażerowie krzątają się wnoszą

bagaże gotowi do dalekiego rejsu. Ich kabiny oszklone

skierowane ku słońcu pełne są blasku nowości

 

Obok lotniskowiec szpitalny na pokładzie czerwony krzyż

i helikopter dalej smukły żaglowiec parasole białych markiz

płótna flag wypłowiałych na masztach

 

Łodzie podziemne niewidzialnie wędrują pod asfaltem

Ławice ptaków siadają na barkach mieszkalnych

Są jachty jednorodzinne widzę nawet drewniany galeon

 

z rzeźbionymi oknami na tle dźwigów portowych wygląda

na starszy niż jest naprawdę zresztą nikt nie pamięta kiedy przypłynął

 

Są statki widma na obrzeżach portu puste

ze śladami bitwy i rdzy

 

Jest maszt wysoki pływającej świątyni dzwon i kotwica

i niebo płynących obłoków w przyszłość

 

 

 

 

Małgorzata Hrycaj

 

 

Rubikon

 

kości zostały rzucone

idy marcowe

stały się nieuchronne

w Wiecznym Mieście

płonął ogień

zatańczyłam przed tobą

w moich biodrach święte

bramy Babilonu

zarzuciłam ci chustę na głowę

uciszyłam szczęk broni

zobaczyłeś rozkruszone legiony

zgasłe trony siedem wzgórz

porośniętych grzechami

stworzyliśmy duumwirat

wszedłeś do mojej wody

i zostałeś

 

 

Sierpniowo

 

dla ciebie

 

będę pięknieć

założę zieloną sukienkę

każdy kwiat z łąki

będzie chciał ją zdobić

nie zakryję nic więcej

umaluję usta sokiem jeżyn

przybiegnę

 

rozkołyszą się kwiaty na sukience

zdejmiesz ze mnie płatek po płatku

będę pięknieć

 

 

Agłaja

 

twoje oczy

to najpiękniejsze książki mówiłeś

nie mogłam spać czytałeś po nocach

uwielbiałeś rosyjskie romanse

dźwięki bałałajki starocerkiewne poranki

recytowałeś Puszkina zwyciężałeś ze snami

wypełniałeś misję Myszkina

co dzień zbawiałeś świat

moimi oczami

 

 

***

 

jesteś mistrzem matematyki

twoje dłonie rozbierają mnie

na czynniki pierwsze dzielą strach

potęgują radość błogosławię

rachunek prawdopodobieństwa

wszystkie bryły mojego ciała

poddają ci się z rozkoszą

funkcja miłości względem czasu

wciąż ma wartość rosnącą

kochaj mnie

niech inni rozwiązują równania

niewiadome fascynują najbardziej

 

 

mój psychiatra mnie ostrzega

 

mówi że wchodzę w fazę maniakalną

pełni lata mimo minusowych temperatur

potrzebuję równowagi

 

k o c h a m

wszystkie bez-nadziejne poranki

mój świat niepoukładany

ciemność nocy przyszłe depresje

emocjonalne huśtawki

 

nawet jego drętwe gadki

 

 

 

Joanna Idzikowska-Kęsik

 

Bliska wymyślona

 

Motto: „Ja mogę żyć tylko sercem, wy zaś żyjecie według zasad”

Lew Tołstoj, Anna Karenina

 

I odjechał pociąg. Tak po prostu, zwyczajnie.

Jakby życie wybiegło zza pobliskiego rogu.

Gdzieś tam w złym niekochaniu zawisły emocje

Dzikie, bardzo dosadne. Jak śmierć ostateczne.

 

I dusza odleciała spojrzeć w odwrotną stronę.

Czarne oczy ostygły poniekąd zdziwione.

Tak. Te czarne oczy, bujność ciemnych włosów -

I ten triumf brunetki podszyty niemocą,

 

Po wiekach królowania bladolicych blondynek,

Prześlicznych rudowłosych rozpalających zmysły,

Pojawia się brunetka by umrzeć tak niezręcznie,

Samobójstwo popełnić na tle konwenansów?

 

Anno piękna i dobra, bliska sercu, co płacze

Tęsknotą trudnej relacji, zazdroszcząc ci odwagi,

Że żyłaś intensywnie, walcząc o swoje szczęście,

Łapiąc nikłe promyki czegoś, co było święte.

 

Na gruzach złych miłości wyrastają maki,

Płomieniste czerwienią krwi lub ogni piekielnych.

Jak tornada emocji roziskrzonych do bólu,

Ślepa miłość gasnąca na tle niedomówień.

 

Brunetki i blondynki kochają tak samo.

Obyczaje mijają i zmieniają się z czasem.

A namiętność upojna targa nami jak wiatry,

które milkną taktownie, gdy przytula nas śmierć.

 

12 VII 2014 r.

 

 

ocalony

 

Tadeuszowi Różewiczowi

 

cień Poety wyłonił się z cienia

 

nie powinien mieć cienia Poeta

bo odszedł drążyć zaświaty

poszukiwać nowej formy

w szarej strefie

z tabunami wesołych

wyrostków robaczkowych

 

aby odpocząć od ludożerców

wybrał ciche towarzystwo Mima

 

jego niestrudzony cień

szuka natchnienia w nirwanie

nietraumatycznie podziwia z góry

majestat gór

kreuje piękno zielonych róż

ostrzy nożyk profesora

zaplata warkoczyki słów

pije zieloną z jaśminem

kontynuuje wieloletnią dyskusję

z tym po którym napisał elegię

(czy po tamtej stronie cienia

przeszli wreszcie na ty)

 

jak dobrze

o c a l a ł

cień

 

życie w cieniu

po cieniu

i życiu

 

życie bez cienia jest niemożliwe

życie bez cienia jest możliwe

 

2014 r.

 

 

XxX

 

nocą lubię pić czarną mocną kawę

gorącą pobudzoną bezsennością

czytać o rozplataniu tęczy

i wizytach złych kosmitów

resetujących mózgi maluczkich

 iluminatach chcących wprowadzić

nowy porządek świata

 

kocham patrzeć na gwiazdy

bliskie odległym milczeniem

 

uwielbiam myśleć że myślę niebanalnie

 o poezji i prozie życia u boku

 niemiłosiernego boga

którego odstawiłam na bok

w przypływie dominacji intelektu

w odpływie naiwności graniczącej

z ignorancją

 

nocą księżyc ogrzewa moje zimne ręce

pobudza uśpione zmysły

wyostrza apetyt na życie

wchłania natchnione sny o lataniu

nieziemskiej miłości białego anioła

 

nocą ciemność i cisza

uprawiają owocny seks

zawstydzony deszcz pada

bezgłośnie

 

jeszcze

jeszcze

 

noc 17/18 V 2014 r.

 

 

(nie)Była

 

Ona była zmienna i intrygująca,

lśniła jak meteor zbyt jaskrawym smutkiem;

bursztynami oczu, trwożnymi stop – klatką

zamkniętą w kamieniu zamarłym w materii,

zimnym, obojętnym, odległym jak księżyc.

 

Ona była inna lecz taka jak wszystkie.

Uwielbiała głaskać korę starych drzew.

Zaklęty szept wiatru, który ją dotykał,

słyszała w piosenkach o smutnej miłości.

 

Bosymi stopami wygładzała piasek,

a on kpił z jej pieszczot jak słodki Adonis,

który nie chciał spędzać czasu z Persefoną,

choć to czas nas spycha do królestwa zmarłych...

 

Ona nie umiała żyć w świecie iluzji,

a i śmierć i życie to fantazje nikłe.

W jej kontaktach z Ziemią snuła się nostalgia

za tym, czego nigdy nie widać zmysłami.

 

Ona była dziwna. Istniała, zniknęła.

Przebiegła przez życie jak kot przez mieszkanie.

Przemija się łatwo i odchodzi szybko,

 

w świecie, w którym rysa po nas nie zostanie.

 

31 VIII 2016 r.

 

 

lisi kołnierz

 

„ubrany w lisi kołnierz / idzie świat”

Halina Poświatowska

 

czy świat umrze trochę

kiedy ja umrę

 

pytała onegdaj śmiertelnie

chora poetka

 

nie umrze

i nawet nie zauważy

że wypadł mu kłaczek

 

egocentryczny

wplątany w bujne

włosy wszechświata

nie traci czasu

na własne umieranie

 

lisie kołnierze są démodé

 

wyliniały

 

między sentymentalnymi wierszami

o śmierci

 

18 II 2016 r.

 

 

 

Lech Isakiewicz

 

Cesarstwo

 

Minąłem się z nim tysiące lat temu;

w pogaństwie czy w bardo – nie pamiętam.

W przedsionku którejś z nowych religii

czy u schyłku którejś ze starych to było?

Czas odmierza jednakowo narodziny

i zatraca schyłki.

Dziś pojawił się. Odmieniony choć ten sam.

Przystanął, popatrzył; znów się minęliśmy.

W cesarstwie urzędnicy w nic wpędzają boskie pomyłki.

Są za eleganccy, by mówić do pomyłek –

Poszły won, czy zwyczajnie: spieprzajcie –

pozostawiają więc artystom wybór ich unicestwienia.

Artyści oglądają boskie pomyłki w skupieniu

i ustawiają dowolnie: oprawione w ramy obrazów,

w okładki książek, w dobrze płatne groteski.

Niektórzy wplatają boskie pomyłki w figury

danse macabre, czekając aby opanowały nicość.

Kapłani oswajają nicość.

Wpisują w święte księgi święte imię wieczności

(sami je wymyślili tak dawno, że zapomnieli kiedy).

Wieczność, jak wieczność – spogląda na kapłanów

przez okulary nic (takie tam, przeźroczyste nic),

nic nie znaczące dla wieczności. A kapłani?

Próby oswajania zamieniają w jarzmo

i układają coraz większe głazy na drodze do nic.

Wojownicy pogardę wpisaną mają w herbarze;

panoplie oświetlają ich szlachetne pochodzenie

pochodniami Eupatrydów sprzed przemiany.

Gotowi ginąć za cesarstwo tego kto możniejszy

nie czują żalu, a euforia bólu uwzniośla ich

proste przecież czynności zwykłego zabijania.

Ołtarze rytuałów składanych cesarzom zamieniają

w przedsionek raju przechowujący kalekie dusze

wojowników – szafarzy cierpień haftujących

panoplie Auschwitz, Kołymy i Pańskiego Grobu.

Pijani artyści brud nocy osuszają

ostatnią szklanką taniego wina;

w porze pomiędzy kacem a zwątpieniem,

tuż przed snem tak ciężkim

jak uśmiech anioła, który blednie

przed odejściem w wieczność.

Subtelność kryje się w mroku;

rodzi się w brudzie portowych ulic

i tanich burdeli.

Wychodzi na żer napełniona mocą

i głębią doskonałości.

Tanieje przed odejściem w wieczność.

Takiej jak ta nocy wiele cieni wychodzi na żer.

Spotykam je w przedsionkach megaronów,

w krużgankach klasztornych, w zbrojowniach.

Cienie ze Skyrim: migotliwe cienie kapłanów

starych religii, urzędników cesarstw, wojowników.

Chcę je minąć. Mówią, że są moimi sobowtórami;

mijamy się i idziemy dalej – coraz dalej w nic.

 

 

Zabawki Milgrama

 

W naszym opactwie zabawki Milgrama

kuszą prostotą i funkcjonalnością:

błyszczące pokrętła, oksydowane heble

i kolorowe przełączniki prądu cieszą oczy,

a kojący głos naszego opata

łagodzi niepokój przesłuchujących –

skomlenie przesłuchiwanych zmieniając

w pieśń radości z perfekcji przesłuchań.

Rampa to pożyteczna zabawka,

pozwala oddzielić ziarno od plew,

robactwo od nieboractwa, nierokujących

skierować do gazu, a rokujących na elektrowstrząsy.

Pokrętła, heble i przełączniki czekają w napięciu,

pod napięciem, na tych, których zabawka-rampa

wyśle do dalszej zabawy.

Myśli w naszym opactwie są wspólne.

Jak wszystko. Nasz opat często łączy się

z naszymi myślami myśląc, że przyłapie

któregoś z nas na myśleniu indywidualnym.

Czasem tak się dzieje, wtedy przesłuchujący

wprowadzają do zabawy specjalne zabawki:

te oddzierają z kory mózg, lecz nie zabijają.

Ci z odartymi z kory mózgami doświadczają

awansu stając się zabawkami doskonałymi.

W samym kącie naszego sanatorium

opat ustawił nową zabawkę.

Obite czarnym aksamitem pudło –

z otwieranymi z tyłu drzwiczkami

i kratką z boku – wygląda tak dostojnie,

jakby miało przenieść opata w wieczność.

Nazywa się konfesjonał i także przesłuchuje.

Jak inne dostojne zabawki Milgrama.

 

Zabawki, które wczoraj sprowadził nasz opat

noszą nazwę drony. Dziwne jakieś – same latają.

Siedząc za pulpitem pełnym innych zabawek

(takie tam pokrętła, przełączniki i joysticki)

pilnujemy by lot dronów odbywał się prawidłowo,

cele nie chowały się w schronach i jaskiniach

i nie otaczały gromadami dzieciaków

(dzieciaki osłabiają celność celujących).

Gdy wszystko jest zgodne z planem opata,

naprowadzamy celowniki na cele i naciskamy

mały, czerwony guziczek – naszą ulubioną zabawkę.

Gdy wysyłamy nasze zabawki do innych opactw

liczymy się z odwetem. Dlatego stale ulepszamy nasze,

zgodnie z grą „moje wyżej”, którą znamy z piaskownicy;

Wygrywa ten, który pierwszy użyje „atomówki”.

 

 

Piękno zrodzone na krawędzi bólu

 

Jak cicho, inni śpią

Ja i Bóg jesteśmy sami

Nocy tej

Jalāl al-Dīn Rūmī
(tłumTadeusz Miciński)

 

Piękno, chwilowo doskonałe, przemyka

niczym śpiew aniołów pomiędzy sferami.

Gdy biel uwidacznia się w ciemności,

chroni je grawitacja i kaprysy kwarków.

Anioły odpływają za najdalsze gwiazdy,

gubiąc westchnienia wszechświatów

i doskonałe piękno wzoru na dnie filiżanki,

stworzone przez słońce w radości poranka.

Taniec sufiego tworzy piękno Boga.

 

Obserwując najstarsze z miast przeklętych – ziemię,

sufi z trudem dostrzega sens istnienia:

zarówno siebie, jak i świata, który Bóg mu wybrał

kolejny raz rzeźbiąc nieskończoność.

Pomyłka także od Boga pochodzi;

Sufi związany jest z Bogiem, nie z pomyłką.

Bóg tworzy wiecznie. W samotności.

Z pomyłki na pomyłkę doskonaląc światy

Kreśli subtelne wdzięki chaosu.

Cieniuje granice, wywołuje ze słońca nieśmiertelną duszę.

Animula ochoczo opuszcza starą gwiazdę.

Radośnie wchodzi w krzyk. Pierwszy, tuż po narodzeniu.

Zdziwienie ogromem wszechświata przechodzi w ból.

(W subtelnych granicach chaosu)

Animula nosi odtąd pieczęć samotności Boga:

Lęk przed niebyciem – pomiędzy nicością,

a chaotycznym tańcem z początków chaosu.

Jednaka jest dusza gwiazdy i człowieka.

W szaleństwo świata wpełza klejnot Boga – dusza.

Wypruta z łona bagnetem żołdaka,

czeka na haust odwagi wielbiąc Stwórcę o poranku.

Requiem utwierdza Boga w samotności.

 

 

Radosny zestaw zjaw; zwid zwiewnych

i zołz ponurych nawiedził elegancki sen derwisza,

o godzinie, w której sen ziemi zatrzymuje się

pomiędzy snem słońca, a snem księżyca w nowiu.

Szara godzina spuszcza ze smyczy czyste duszyczki,

a te jak szarańcza radośnie ogryzają sny

mieszkańców spokojnych, jak na razie, miast.

Ból przekształca się w piękno;

Chwilami doskonały przesuwa się po krawędziach

niczym śpiew aniołów pomiędzy strefami.

 

Znów uśmiechasz się do mnie zza chmury.

Czy to wystarczy abym zmienił świat?

 

 

 

Adriana Jarosz

 

Wariatka od gołębi

 

widziała w burzowych oknach

ptaki – tańczące Eurydyki

 

potem stawiała drobne stopy

tak jak podpowiadał jej maestro

a Planty szumiały kunsztowną fugą

 

wariatka tańczy – szeptali stateczni

gdy drzewa w miejskim parku

kłaniały się primabalerinie

 

jak arkada z sukiennic wtapiała się

w pejzaż miasta i karmiła świętym

chlebem kamienne głowy

 

one zaczynały ożywać

rosły im skrzydła i wznosiły się

wyżej niż dachy potem wracały

nie chciały zostawiać jej samej

 

czasem ktoś dał obwarzanek

wtedy mnożyła okruszki i dzieliła

między skrzydlatych przyjaciół

 

wariatka spod mariackiego

mówiły kwiaciarki gdy układały

bukiety dla szalonych z miłości

 

dzieci twierdziły że towarzyszą

jej anioły (inni widzieli ptaki)

 

co masz na własność? – pytali

imię – odpowiadała

wtedy przychodziły jej na myśl

d’Arc i królowa Kastylii*

 

któregoś dnia koła dorożek

wystukały żałobne requiem

dla wariatki Joanny od gołębi

 

* Joanna Szalona (1479–1555 r.), królowa Kastylii i Aragonii

 

 

Zapalcie nad tatrami latarnię

 

niech się gwiazdy rozżarzą jak dawniej

 

wtedy przejrzą się panny skrzydlate

w wielobarwnym lśnieniu potoków

wymyją włosy łopianowym wywarem

rozczeszą kosodrzewinowym grzebieniem

potem siądą przy brzegu i zaplotą

wieńce z kwiatów rosy

 

gdy przyjdzie pora obsieją śnieżnym

ziarnem hale i zamkną góry w szkle

 

te niczym szarokapturowi mnisi

odmówią przedwieczną modlitwę ciszy

a potem zbiorą plon

 

zapalcie tatrzańską latarnię

by duchy gazdów nie błąkały się po niebie

 

chociaż słyszą złóbcokowe* granie to nie widzą

Mlecznej Drogi a ona prowadzi pod Piotrowe

dźwierza – pilnuje ich brunatny harnaś

łagodny niczym mgła nad Szatanem

 

światło z latarni sprawi że za cieniem pójdzie

człowiek w załomach skał schowa niepokoje

niepewność i pragnienia

 

nad szczytami drzew furtki do nieba

 

tędy przemkną tacy jak Azrafael i Szemkel**

bez strachu zsuną się po grotach jodeł

potem z Sieczką Rojem Walami*** niespiesznie

podążą w kierunku Świnicy lub Lodowego

może przystaną na którejś przełęczy i popłynie

psalm kłusowników hen ku Dolinie Pięciu

 

zapalcie a świ(a)t zacznie wszystko od początku

 

 

niewidomi zobaczą kolory nie tylko nocy

głusi usłyszą szepty limb i cisów

nieczułych wzruszą korony rojników

nikt nie uplecie tojadowych wieńców

 

tylko zapalcie latarnię

 

  * czterostrunowe gęśliki podhalańskie

 ** aniołowie wykreowani przez Herberta w utworze Siódmy anioł

*** 
Maciej Sieczka, Wojciech Roj, Jędrzej Wala Starszy i Jędrzej Wala Młodszy – pierwsi zrzeszeni przewodnicy tatrzańscy

 

 

Wracam do mod

 

Pamięci Wiesława Jarosza

 

kiedy mówisz widzę twoje plecy

 

na nich wytatuowano subtelne

światy kreowane przez lat

sześćdziesiąt a może więcej

 

czym jest mod? – pytam

 

delikatnie stawiasz stopy

na strunie starannie dobranych

słów jakbyś bał się że jednym

nieopatrznym ruchem

zerwiesz misterną konstrukcję

delikatniejszą niż włos

 

nie chcesz by wiersz spadł

do wąwozu niepamięci

 

po twojej prawicy klauni

zawsze gotowi bawić tłum

klaszczących ksobne uśmiechy

 

po lewej stronie wieczni

malkontenci

p a t r y j o (ś) ci

członkowie nie-elitarnego

klubu egocentryków

za nimi na wzniesieniu

cierpiący na manię wyższości

(nie)poeci wieszczokleci

piszący okazyjnie i twórcy

tekstów na różne okazje

 

nie czujesz już strachu dlatego

stawiasz równe spokojne kroki

każdy z nich bliżej bramy

 

przekroczysz ją z wierszem

zostaniesz białym aniołem

bez – staniesz się częścią

ludzkiej plazmy

 

kusi cię nie wiedzieć co i dlaczego

 

z r z u ć w przepaść

z r z u ć ciężar

r z u ć się

z a w r ó ć

 

wiesz że już nie cofniesz się

idziesz tam gdzie hesperyjskie

ogrody i kosze sztetyn

z sadów przodków

 

to świat tych którzy mieli lecz

nie zatrzymali niczego

świat sprawiedliwie

nierównych

 

d o m – m o d

koniec i początek

 

słyszę gdy odchodzisz

 

 

Czas

 

ma się dobrze

 

trzyma z wszystkimi

nie przyjaźni z nikim

 

płynie tak samo

upływa inaczej

 

jednym się dłuży

innym wciąż go mało

 

można go podzielić

choć jest całością

 

trwa dłużej niż byt

 

krócej niż dwie sylaby

 

 

Modlitwa sztetyn

 

Daj nam, Panie, czystą zieleń,

nieskażoną parchem gniewu,

pozwól wrócić nad bannicki

potok, bo tam, niczym śpiący

rycerze, drzemią fundamenty

zapomnianych historii, snutych

niegdyś przy zimowym piecu.

 

Zanim Ignac zerwie owoc,

będzie pieścił korę pooraną

bardziej niż skóra dziada, ale nie

wiń go Panie, bo grzech w nas.

 

Wokół cembrowanych studni

staną południce, by ze swoich

pszenicznych warkoczy spleść

sznur życzeń. Potem zanurzą go

w żywej wodzie, wyciągną cebrzyk,

napoją wieś spragnioną życia.

 

Wysłuchaj Panie nienabożnych

kołomyjek – zawierają mniej

fałszywych tonów niż niejedna

wielogłosowa, świątynna kantata.

 

Głupotę cuchą zakryj, zamknij

oczy cerkwi na niegodziwości

i nie każ Panie za grzechy ojców.

 

Wtedy ludzie przypomną sobie

 

smak soczystych sztetyn.

 


 

 

Jacek Maria Hohensee

Urodzony w 1943 roku w Częstochowie. Działalność literacka: publikacje książkowe – poezja: „Podróże”, PAX, 1965; „Dystans”, Iskry, 1971; „Pisane w Hotelu”, Poeci Polscy, 2013; „Zjawy”, Fundacja Duży Format, 2015; publikacje książkowe – proza: „Opowieści Globtrotera”, Iskry, 1975; „Paranoja Picture”, Iskry, 1978; „Teatr Nonsensacji”, Iskry,1980; „Imagen Segundaria”, Czytelnik, 1981; „Po drugiej stronie”, Twój Styl, 2004; „Jak zostać milionerem i lista lokali, gdzie bywać wypada”, Nowy Świat, 2011 (e-book); publikacje w czasopismach od 1956 roku: nad Wartą, Współczesność, Kultura, Wiadomości Literackie, Poezja, Twórczość i inne (Polskie Radio, TVP). Autor scenariuszy audycji radiowych i telewizyjnych, filmów. Wiele nagród i wyróżnień w tym I Nagroda Czerwonej Róży 1967; I Nagroda Łódzkiej Wiosny Poetów 1965.

 

 

Małgorzata Hrycaj

Szczecinianka, absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego, logopeda; sercem góralka; każdą wolną chwilę spędza w Kościelisku. Poetka liryczna; laureatka licznych konkursów literackich. Autorka tomiku poetyckiego „Pod baldachimem krwawnika” (wrzesień 2016 r.). Publikowała swoje wiersze również w almanachach pokonkursowych, w „Poezji dzisiaj”, „Liry Dram”, antologii poezji „Łódź tkanina z wadami” oraz w e-magazynach: „Minotauryda”, „Na stronie”, „Przemyska Loża Artystyczna”. Od 2016 roku redaktor e-magazynu „Horyzont”. Uczestniczka licznych spotkań i slamów poetyckich. Oprócz poezji uwielbia taniec i włóczęgi po górach.

 

 

Joanna Idzikowska-Kęsik

Urodzona w 1969 roku. Urodziła się miesiąc po odejściu Witolda Gombrowicza w dolnośląskim miasteczku słynącym z ceramiki. Absolwentka wrocławskiego Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (animacja teatralna) i Uniwersytetu Wrocławskiego (informacja naukowa i bibliotekoznawstwo, pedagogika), z zamiłowania, pasji i wewnętrznej potrzeby pedagog specjalny, nauczyciel zajęć artystycznych, terapeuta. Debiutowała w 2013 roku w antologii grupy poetyckiej „Skrzydlaci” wydanej w Kanadzie. Jej teksty ukazały się do tej pory w ośmiu antologiach poetyckich. Od sierpnia 2016 regularnie publikuje (oprócz wierszy także opowiadania, felietony i recenzje) w internetowym miesięczniku „Libertas” i na swoim blogu „Słowa z(a)bite dechami – kaprys JoAnny”, który założyła w 2012 roku.

 

 

Lech Isakiewicz

Autor tomików poetyckich: „Nasze sanatorium”, „Determinacje”, „Iluminacje”, „Zwykli ludzie” oraz książek i sztuk teatralnych dla dzieci, w tym telewizyjnych Dobranocek. Napisał także publikację o problemach ustrojowych Warszawy „Miasto przy drodze”. Pracował jako dziennikarz, publicysta, eseista i krytyk literacki, publikując w wielu czasopismach. Przez siedem lat prowadził serię wydawniczą książek poświęconych literaturze dla dzieci i młodzieży, w redakcji dziecięcej Młodzieżowej Agencji Wydawniczej.

 

 

Adriana Jarosz

Ukończyła studia z zakresu humanistyki, folkloru, bibliotekoznawstwa i pedagogiki. W latach 2011–2015 należała do Koła Młodych przy Krakowskim Oddziale ZLP. Honorowy Członek Janowskiego Klubu Literackiego. Laureatka kilku konkursów literackich. Autorka tomików „Rozdrożami” i „Niebo pachnące sianem”. Jej teksty opublikowano w kilkunastu almanachach i antologiach oraz w czasopismach poświęconych literaturze, między innymi w: Krakowskiej Nocy Poetów, Karnawale Bronowickim, Pożegnaniu Lata Pisarzy i Artystów, Literacie Krakowskim, Mostach, Antologii poetów polskich 2016, LiryDramie. Wiersze Jarosz przetłumaczono na język serbski.

 

 

 

 

 

 

 

Pin It