Wiktor Mazurkiewicz - wiersze

 

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

        Też trudny las                 

 

dawno temu

urodziłem się tuż przy lesie

nadal żyję w nim

 

choć nie ma już drzew

rześkiej woni

ale trafia się zwierzę

              

i szum

zwany zgiełkiem

 

 

 

                Turkaweczko

 

co tak często gościsz w moim spokoju

nie byłbym sobą gdybym ci nie powiedział

tych kilku prostych słów

które zwykle karmiąc nektarem

po zmierzchu ciszę uwalniają z pęt 

 

gdy niebawem rozchylisz się na oścież

- by nie uronić żadnej kropli

i zaczniesz turkać chaotycznie coraz głośniej

ja dyskretnie włączę twoje ulubione My Way

nadejdzie wtedy czas odlotu

wzniesiesz się na skrzydełkach

wśród liliowych gron wisterii

 

dopiero wówczas usłyszysz te słowa 

 

więc jeszcze nie teraz

 

za chwilę

 

 

 

          W przysłowiu

 

na starość jakby znalazł

 

gdy pierwszy raz ujrzeli siebie

miała osiemnaście lat

on dwadzieścia

nie wiedzieli że to początek

 

po skończonych zajęciach park

wabił przyjeziorną ciszą

szarości

szmaragdowe

źrenice dostępne na rozcież   

fantazje w objęciach instynktu

wszystko po omacku

 

wśród porannych ćwierkań

żegnali starodrzew

w drodze do akademików

 

- niewydolność rozumu

 

                       *

 

po latach - już po studiach

pociąg śpieszył nocą na Hel

by z rana zaskoczyć praktykantkę

 

- niewydolność zaufania

 

                       *

 

delikatne stróżki o dużej mocy

jej pięknego wejrzenia

nie uległy zmianie

ale żar bijący z wnętrz

- tak - zawsze - zobaczysz

- na pewno

zapamiętany w pniach drzew

na przydrożnych ławeczkach

zagubił się

w trudnej długiej przestrzeni   

 

teraz

gdy niewydolność krążenia

osadziła w jednym miejscu

baśniowe sekwencje tamtych dni

stają przed oczami

 

jakby znalazł

 

 

 

    Wrześniowe misterium

 

ach ten hotel

w Świnoujściu

wieczory zrównane z nocą

 

tu zachody byle jakie

deptanie chodników

tam powiedziałaś

- przyjdź do mnie we śnie

wśród fal bez szumu

o stęsknionej północy

 

przyszedłem

nocna koszula obok na krześle

zarys perły ledwie widoczny

w ciemności jak rozgwiazda

w oczekiwaniu na zdobycz

 

- zdejmij kolczyki

tak będzie lepiej

 

bliźniacze astry już rozkołysane 

śpiewem tańczącego oddechu  

zwabione owady

klęczą przy nektarze

całują płatki

uczta na kolanach

 

- nie otwieraj oczu

 

za pięcioma ścianami

w kółko - jak na zamówienie  

Oscar Peterson Trio

When Summer Comes

 

niebiański to był sen

natchniony jazzem

beztroską chwil

tkliwością

 

tam

w Świnoujściu

 

- nie otwieraj oczu 

 

 

 

                 W odpowiedzi

 

oczywiście że można zbudować dom

z garści słów prostych wyselekcjonowanych

na fundamenty

z delikatnych listków mimozy wstydliwej

na ściany sypialni

z dużej ilości spojrzeń i muśnięć

na jego duszę i kształt

z muzyki The Man I Love na wszystko

na klatkę schodową aż po strych

 

w tym domu grzeszna myśl - poprzez sublimację

będzie dokonana

a szczęśliwe momenty ustawimy

na autoodtwarzanie

 

w tej przestrzeni przeźroczystej 

ty i ja - obojętni na spojrzenia gapiów 

usta w usta

zgorszenie i miłość

– nic do ukrycia

w tych komnatach

o intensywnym zapachu jaśminu

 

 

 

           Makijaż

 

wieczór – pora snu

przed nieplanowaną podróżą

jakby podświadomie

w troskliwej intencji

chciałem jej ulżyć

 

czuła że najpierw

będzie pocałunek

rozchyliła usta

a ja tylko musnąłem

nieokraszone płatki

 

potem z wyczuciem

- bardzo delikatnie

zacząłem malować

wargi

miodem tymiankowym

 

aż zamknęła oczy

 

 

 

         Malena*

 

na szerokiej ulicy

miasteczkowy gwar

po bokach gawiedź 

wśród nich chłopaczyna

usta rozdziawione 

wzrok utkwiony w niej

cały wzwiedziony

 

a ona środkiem jezdni

wbrew złu

- zazdrości i nienawiści

wbrew wszystkiemu

idzie

 

pewna siebie

bogini

wzmaga niecne myśli

lowelasi snują plany

 

tylko chłopaczyna

zatruty nadmiarem

hormonów nie wyrzuci z siebie

 

dziecięce cierpienie

rodem z piękna

w klatce niemożności

 

 

*Tytuł filmu z Monicą Bellucci w głównej roli

 

 

 

                    Orkan

 

wskazówka barometru opada na lewo

- już na poziomie dziewiątej

strugi kołaczą w parapetową stal

zapraszając na spacer

w ulubionym deszczu

 

tym razem nie wyjdę

lecz wejdę - w skrupuły

 

tu bliziutko

za cienką granicą czeka na mnie

duch wieloletniej troski

to czuję

 

nieco dalej

tam na Witkiewicza 

postać zasmucona

w niej słabość którą dobrze znam

 

może jeszcze jakieś krzywdy

do naprawienia

pomyślę

 

wiatr coraz bardziej natarczywy

wyzwala niepokój

 

a niech wzmaga się

niech smaga

 

wiem

 

przypomina o wierności

 

w małych rzeczach

 

 

 

   W monologu omownym

 

to nie były komplementy

ani luźne słowa

do spłycenia ciszy

 

to nie były pocieszenia

dla motyla bez skrzydeł

z bezwładnymi czułkami

 

ani otucha

że może kiedyś

jeszcze

z pomocą bożą

 

to fluidy

wydobywały się z głębokich warstw

wsierdziowych

w lirycznej oprawie

- Kruszynko kochana

- Kotulka najdroższa

- Słoneczko z cipeczką

- Skraweczek jedyny

 

ta mowa

niezapisana na żadnym nośniku

utrwalona w źródle

teraz odtwarzana bez fonii

w posmutniałej pamięci

 

wciąż taka sama

 

 

 

    Gdy byliśmy razem

 

wszystko było jedno

 

takie normalne

co chodzi śmieje się smuci

kocha ponad zwykłą więź

potem już kulejące

 

ale jedno

 

nawet jak zamknęło nas

w czterech ścianach

z dala od sal kinowych

od alejki grabowej w parku Kajki 

od przyjaciół na tarasie w Linówku

żyliśmy w tej dziupli

 

jako jedno

 

dni nam nie płynęły 

- czołgały się

wśród labiryntu trosk

twojego bezsłowia 

ciągłych przytuleń

między skrawkiem słońca

- od strony balkonu

a bladym światłem księżyca

- raz w małym

raz w dużym pokoju

 

ale wciąż byliśmy jedno

 

dopiero w tę noc - wrześniową

gdy niespodzianie cichutko

znikłaś we śnie

i ono przepadło bez śladu

 

teraz okna i drzwi rozwarte

klatka stoi otworem

 

jednak nie wyfrunę z niej

przykurczone skrzydła

może rozpostarłbym szeroko 

ale nie ma gdzie

i po co

lecieć

 

chyba że za tobą

 

 

 

      Drzewo wiecznie zielone 

 

życie oprawiło nas

w kolorowe szorstkie ramy

 

kiedy zapachniała zieleń

oddechy - zapętlone na dobre

hulały euforycznie

czas zanikł

jedyny kłopot to ćwiczenia i kolokwia 

bo nawet deszcz – razem z nami

wznosił się ku niebu

 

kwitnącą iluzję

niepostrzeżenie - gdzieś za plecami

uwiódł błękit lnu

rozszerzone źrenice z wielką ufnością

nadal zapatrzone w siebie  

 

po przelotnych burzach

szybko radośniało

 

wrzosowy miód

- słodycz z lekką goryczką

to też niezapomniany smak

 

potem niestety

przymglone zmartwienia

ręce pod termoforem  

i ta bezradność oczu

ciągle wpatrujących się we mnie

 

                      *

 

wspólnie utarta ścieżka

powoli zarasta

niezapominajką

nowej już nigdy nie przetrzemy

 – cyprysów za dużo

 

ale nadal jesteśmy 

jeszcze bardziej

niż przytuleni

wrośliśmy w siebie

 

a czas

- zwłaszcza w godzinach wieczornych

nadrabia tamte zaległości

 

 

 

                    Do miłości

 

- Więc kiedy bywa się razem?
- Nie wiem. 
Może wtedy, kiedy jest się samemu. 
I kiedy tego drugiego człowieka już nie ma, 
i kiedy wiesz, że nigdy już nie wróci do ciebie.
Może wtedy jesteś z nim naprawdę i na 
zawsze. Jeśli umiesz go pamiętać.


                                          Marek Hłasko

 

 

nie patrz mi w oczy

skręć wzrok i spoglądaj na mnie z tyłu

aż twarz się wypogodzi

 

dotknij mnie jakkolwiek  

wyszukanym gestem pyłkiem

aż zadrga we mnie jakaś struna

 

wyszeptaj mi

wszystko jedno co

przez niemą zieleń świerku

aż niepokój zastąpię spokojem

 

a najlepiej

ukaż mi w ciemności blask 

o tym jedynym zapachu

naszym ożywczym

wtedy świat znów się rozjaśni

struny zaszaleją

a ja uwierzę

że to ty

 

 

 

    Milcząca połać

 

dziś znów stanąłem

przy jednym domku

opodal wysoki żywotnik

samotny

 

czy tuż obok

czy nade mną

może gdzieś z daleka

nie dowiem się

 

nieważne 

 

ten malutki płomień

- zalążek siły

- wszechmoc światła

ważny

 

i we mnie coś zatliło

choć nadal stłumienie

przykurczony żal

a optymizm gdzieś

uwiązł   

 

jeszcze nie tak dawno

ta kraina była mi obojętna

teraz w niej miejsce święte

 

uliczki

alejki

ścieżyny 

 

donikąd

 

 

 

 

 

Wiktor Mazurkiewicz – od 1 stycznia 1943 roku bydgoszczanin, urodzony tuż przy lesie w dzielnicy Jachcice. Wykształcenie wyższe geodezyjne uzyskał w magicznym miasteczku studenckim Olsztyn-Kortowo. Od 1968 roku związany z Elblągiem.

Swoje wiersze zgromadził w 6 tomikach, wydanych w Elblągu w latach 2007-2017

a także na swojej domowej stronie www.mazurkiewicz.com.pl.

 

 

Pin It