Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

  

 

 

                        niobe

 

stara kobieta nieforemna i pusta

niesie w dzbanku wodę

niesie słomę i olej

 

nie ma już dzieci ma artretyzm i

sklerozę

 

stara kobieta karmi okruchami

gołębie resztkami sił

nie wie

 

kiedy dzwon na karmienie synów i

córek przywoła

 

              

 

 

                          ***

 

Męczy mnie ta niedokończoność wierszy. Zmienność

formy. Przypływy. Kiedy cisną się na usta jak klątwy i

wyznania. Hologramy niekończących się kombinacji

doznań i bezsensu. Eurydyki, fobie, etosy, choroby

 

weneryczne. Zbutwiałe kłody, wyrzucone na brzeg. Kalekie

siostry ciszy. Są w nich wszelkie środki zaradcze. Rachunek

za gaz, soda, szare mydło. Na przemian zapach opium i

cynamonu. Wiersze- bezwzględne sukinsyny. Talerz

ciepłej zupy dla dziecka. Ciało Chrystusa. Zło

 

nie umiera, ono tylko zasypia

pod śniegiem. Najmniejszy szelest kartki

papieru stanowi zagrożenie. Udajmy przez chwilę,

że ich nie ma. Napełnijmy wodą dłonie.

 

 

   

                 noc w saint-cloud

 

spotkałam go wiosną w paryżu

z lampką szampana stał w gronie francuskich

impresjonistów

 

upięłam włosy on szeptał

 

o słodka nadine

 

z głośników płynęły cicho nokturny

był taki święty nienazwany

mówili o nim

 

jack miał  w ustach wszystkie

 pejzaże prowansji i rzymu

 

jedliśmy winogrona

 

soki moich owoców spływały do ziemi

jakbym miała się w nim ukorzenić jakby

paryż był moim domem

moim i

 

ibsena

 

 

 

                epizodyczna rola mima

 

kiedy jeszcze kaszlesz pod sceną wciągają

cię ja subretkę wbijając w gorsety

staniki by usztywnić moralny kręgosłup na potem

a ty stoisz bezwolnie przyglądasz się

tym wszystkim zabiegom pozwalasz

czesać sobie włosy

 

wpinać kolczyki nie protestujesz gdy

spowija cię mgła

duszącego lakieru 

mówią coś i znów mgła

 

ten sam spray

wszystko tak szybko mija i nagle zostajesz sam

 

ze sobą zdejmujesz uwierające fiszbiny i szukasz

jakiejś prawdy

sensu

czegokolwiek

 

nie ma nic

 

odrobina kurzu na zasłonie świadczy

o tym że jeszcze wczoraj był tu człowiek

 

 

 

              exit

 

mogłabym cię kochać

miłością jakiej świat nie zna

być

przypływami

ałunem na twojej skórze

 

każdym ścięgnem oznajmić

jak jesteś mi bliski

ułożyć dłonie w kształt źródła

wiesz

 

jeszcze trochę się boję myśli

o tobie

świtów gdy wiem

że istniejesz

 

 

 

          champ de mars

 

nie wyraziłam zgody na śmierć

ona przyszła sama bezszelestnie

zawłaszczając fragment po

fragmencie

skórę tkanki i myśli

 

łudziłam się jeszcze że

żyję mieszkam w paryżu noszę

stylowe sukienki

rękawiczki od chanel tymczasem

 

zamknięto granicę

tę jedyną wolną drogę ucieczki od siebie

od niewypowiedzianych słów

niedomyślonych życzeń

 

utknęliśmy w lion stary

poczciwy jack i ja madonna

po przekwicie

 

gdyby nie żółte tablice

rejestracyjne pomyślałabym

ba

byłabym w stanie uwierzyć że zmierzamy

do europy że świat

jeszcze przed nami jezusie

 

nazarejczyku włóż sandały niech

nie krwawią twoje stopy

 

 

                     plemiona  izolowane 

 

znów jestem winna

swoich wyobrażeń odkąd wyruszyłam

w podróż dookoła siebie wszystko

się zmienia

 

george z każdej nieobecności przywozi

wodę

skrapia nią dom i nas

dodatkowo

 

przecieram powieki środkiem grzybobójczym

teraz możemy spokojnie usiąść

drzwi i okna są szczelnie zamknięte

stąd tylko krok do sypialni

 

wokół łóżka rozstawiono wysokie

słupy na sześć czterdzieści

 

nikt nie ucieknie

 

 

 

 

                    rachela

 

znów jestem żydówką

na obskurnych przedmieściach

paryża utykam

na jedną nogę wypadają zawszone włosy

Mark nie lubi

 

gdy nazywam go żydem wolałby być

rezolutnym wolandem lub chociaż czarnym kotem

ma taką bladą skórę

 

byliśmy kiedyś bardzo blisko

 

wierzysz w takie rzeczy pytam po raz setny on

 

nie odpowiada dopija tylko tą swoją

pieprzoną herbatę i czyta

o rewolucji francuskiej o pożarach i innych

kataklizmach wszystko co jest we mnie

te przypływy wiersze

szkice

 

zdarzają się nam jakbyśmy byli w innych

wcieleniach

kazirodczych związkach

jest od zawsze wypalony na mojej skórze

odciśnięty jak krew na sztandarze jak kamień

wbity w suchą ziemię

 

 

 

                 pierre wymyślił nam wolność

 

w paryżu nauczyłam się czekać w obcych językach

gdy nie przychodził malowałam pejzaże francję barwną i

krzykliwą w zachodzącym słońcu na bulwarach rozkwitały

pierwsze kasztany pod parasolem z lampką wina

na stole czytałam jego wiersze całą żydowskość

zamkniętą w wersach jak w getcie

 

paris niezmiennie witał lekkim zamgleniem

on melancholią w milczeniu kontemplowałam

jego stany pochodzenie i

grzechy sobie wybaczając wszystko umyłam dłonie

 

kelner podał przystawki

 

 

 

 

                 syn joachima

 

przeprowadził mnie przez styks zamkniętą

w pojedynczym kadrze umierania powtarzaliśmy tę scenę

wiele razy umierałam bez końca

on rozgarniał wodę

 

w rzece szukając kamieni by móc  powtórnie

nas zabić  nim zdążyłam pochylona

zanurzyć dłonie już  zmieniał scenerię

głównej aktorce

 

    

 

                  W ogródku babci Haliny ziemia pachnie krwią.

 

Przez chwilę był spokój, sąsiad pod szóstką nie używał wiertarki, a ten

spod lasu wpadł chyba w cug, bo tydzień go już nie widać.

 

Stracił ojca i dwóch braci za okupacji, matka nie miała oka, tylko pies

przy nim został. Wiernie pilnuje rozgrabionej posesji.

 

Myślałam, że Pierre urodził się w Paryżu, tymczasem jak ja,

każdego wieczoru zaciera ślady. Jak ja udaje, że to się nie wydarzyło,

nie było podróży do Nowosybirska, pociąg nie utknął w szczerym

polu.

Zabrano nam wszystko,

 

jeśli wybuchnie wojna usiądę  na werandzie, zaczekam

aż przyjdą.

 

 

 

                      Oswajanie nocy

 

Pierwsze wybuchały myśli, potem słowa. Nade mną

ogromny wulkan wypluwał nagromadzoną

przez wieki frustrację świata. Nienawiść każdej

jednostki. Żar dzielących się komórek i najgłębiej bijących

źródeł. Moje ciało surowy płat mięsa, krwawiący organizm,

spętany dereniowym łykiem. Zacisnęłam dłonie, zbielały w kartki.

Ramiona przypominały stary dach,

kryty eternitem.

To nie była podróż, jak inne, gdzie człowiek zapina

 pasy i czeka, aż go dowiozą na miejsce. Nie.

W takich chwilach nie wiadomo, lepiej odmawiać modlitwy, czy

powtarzać mantry, kiedy od świtu dzieli wieczność.

 

 

 

 

                   obrzeża

 

nauczyłam się dobierać światło

stosownie do natężenia słów dzisiaj

jest nowym rozdziałem

 

kolejnym wierszem próbuję żyć konsekwentnie

od świtu do nocy od akapitu

po widnokres za morzem

 

ludzie przychodzą i odchodzą zostawiając

rozmyte  ślady uśmiechy

bez najmniejszego drgnienia powiek ustaliłam nowy

porządek szybkich dróg

 

bez wekowania wspomnień

 

 

 

 

                  jeszcze mamy ciepłe dłonie

 

ile cierpienia musi udźwignąć gustowna 

granitowa tablica ciężka od łez

żalu ciemna z zastygłej krwi pali

 

kolczasty drut ściśnięty w rękach jak pożoga 

wstyd za nas i za nich wycięte lasy wybite 

stawy chrzęszczą stukając w brudne 

menażki ledwo zwilżone brunatną breją

 

chcemy żyć Boże daj nam żyć

nie daj im

 

spopielić naszych marzeń duszno tu

od ciętych kwiatów

 

 --

 

 

 


Monika Luque-Kurcz (czyt. Luke) urodziła się 5 sierpnia 1977 r. w Rzeszowie. Ukończyła Liceum Ogólnokształcące w Ropczycach, po czym kontynuowała naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Na trzecim roku przerwała naukę, wyjechała do Hiszpanii. Aktualnie mieszka w Ropczycach na Podkarpaciu.  Dotychczas publikowała wiersze w Wyspie-Kwartalniku Literackim, Nowych Myślach, e-tygodniku literacko-artystycznym Pisarze.pl oraz w Helikopterze, wydawanym przez Ośrodek Postaw Twórczych we Wrocławiu. Również w Obszarach Przepisanych, Frazie (przy Uniwersytecie Rzeszowskim), sZAFie, Nestorze, Migotaniach, internetowym Babińcu Literackim oraz w ANTOLOGII POETÓW POLSKICH 2017. Przed debiutem książkowym.

Pin It