Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

  

Wigilia błazeńska


Cienie na rampie pogasiły światła

Sny - pomieszane z taboru turkotem

Echo oklasków - pod przydrożnym płotem

W bełkocie ulic kolęda się gmatwa


Jarzy się w oknach choinki makatka

Jak myśl - palona wewnętrzną pożogą

Kiedy się twarze posklejać nie mogą

Czeka przy żłobie skuta lodem Matka


Co w nas ocali Betlejemska Gwiazda?

Człowieka w błaźnie? Czy w człowieku błazna?

 


Błazeńskie tropy


Szedł przed orszakiem i torował drogę

Znał tajemnice dworu i alkowy

Choć miał dwie twarze - nie opuszczał głowy

Wadził się z królem, prawował się z Bogiem


Aż mu nad karkiem ciężki topór błysnął

Kiedy, jak krzesła, wywracano trony

Gdy szubienice stawiał lud szalony

Aż się prostaczo wielkością zachłysnął


Dziś, kiedy wolność po manowcach hula

Król - niewart błazna, ani błazen - króla

 


Clown odrzucony


Gdy sekundy tężeją wypełnione chłodem

Miast fruwać razem z sercem pod areny dachem

Śmieję się jak szalony choć spętany strachem

A na widowni słychać cichy jęk zawodu


Gdy spadasz, gdy się liną okręcasz zbawienną

A wam, krew cudza krzepnie w rozpalonych głowach

Kiedy nie da się ciszy przełożyć na słowa

A ty - w moich ramionach. Choć nie jesteś ze mną


O jakże pragnę wtedy waszych braw fałszywych

Co równo obdzielają umarłych i żywych

 

 

Błazen pijany


W ramionach linoskoczka duszna przestrzeń kwili

Iluzjonista wodę na wódkę przemienia

W samotnej garderobie wariują wspomnienia

A noc nogi rozkłada czepiając się chwili


Na dnie pustej butelki - ballada okrutna

Co od dawna nie może pomieścić się w głowie

Wrogość przejrzystych myśli, kryta w każdym słowie

Modlitewnego świtu - jasność bałamutna


Gdy spojrzenia się kłócą ze świętym obrazkiem

Zdejm Panie mnie i sobie ociemniałą maskę

 

 

Błazen zraniony śmiertelnie


Od chwili, gdy go z liny pchnęła na arenę

Co wieczór strzela śmiechem w rozsierdzone serce

Wtedy szczęście zamknięte w jednej łzy kropelce

Tłumi bezsilność losu, poniżenia tremę


Z otwartymi oczami śni o dawnej sławie

O jej szybkim oddechu, psie, nocy bez wódki

Kiedy za łby się biorą przyczyny i skutki

Które pod dnia przymusem godzą się - na jawie


Nagle krzyk, co pod maską chowany był szczelnie

Nie czekając na brawa - zranił go śmiertelnie

 

 

Błazen składa życzenia noworoczne


Życzę wam braku życzeń i pociechy z dzieci

Smaku dobrego wina w codziennej urynie

Niech wam glorię śpiewają hodowlane świnie

A pierwsza gwiazda w oczy po tajniacku świeci


Niech otwiera wam głowy latarnia szaleństwa

A nowy rok przybieży, chromy i garbaty

Niech na rozstajnych drogach krzyżują się światy

Którym jak mnie brakuje nadziei i męstwa


Sam stoję na arenie. Sam siebie nie słyszę

Boję się braw co boską zakłócają ciszę

 

 

Błazna rachunek sumienia


Ja- co najbliżej Boga. Nie klęczę, lecz stoję

Ja - który znam na pamięć egzekwialne śpiewy

Ja - który nóż wyciągam zza waszej cholewy

Choć muszę was rozśmieszać, śmieszności się boję


Kiedy was miłość moja na strzępy potarga

Kiedy was wypatroszy najlepszy przyjaciel

Niech wam w ostatniej drodze pies kulawy płacze

Niechaj w śmiechu pokoleń kpi historii skarga


Ja - co was pokochałem, co się z wami biłem

Ja - który was i siebie, na zawsze - przepiłem

 

 

Błazen apokaliptyczny


Ja - którego po czynach nigdy nie poznacie

Wmieszany w gwar ulicy, w tłum wielkich krasnali

Co chcąc życie wyprzedzić, siebie oszukali

Sprzedajny, bo wam daję - co we mnie szukacie


Znam modlitwy szatana i zmowy aniołów

Przytroczony do ziemi wiadomości batem

Panuję niepodzielnie nad wami i światem

Choć sam siebie zapraszam do pustego stołu


Kiedy się wszystkie znaki zapalą na niebie

Nie będzie bicia dzwonów. Uderzymy w siebie

 

 

Błazen rzucony na pożarcie


Kiedy mnie obmacuje ślepiami prześmiewca

Nim bilet w pierwszym rzędzie na drobne rozmieni

Gdy przebiera palcami nie w swojej kieszeni

Łapiąc pociąg co zbłądził do mojego serca


Przykuty do areny jak słowo do wątku

Rzucam pod nogi asa i winnego króla

Wtedy gawiedź sprzedajna do skroni przytula

Koniec - co twarz odwrócił w drodze do początku


Oddany na pożarcie, dla zwykłej zabawy

Chowam przed wami wszystkie, nasze, dzienne sprawy

 

 

Błazen proroczy wsłuchany w przeszłość


Słyszę jak chrapią konie. Śpiew dzwonków przy saniach

Pod sercem dotyk płochy, kruchy i trwożliwy

Krwi głośne pulsowanie umarłych i żywych

Szelest wiekuistego zwycięstwa zarania


Ponad dachami świeci gwiaździsty dyjament

Co wyrwał się z popiołu, zamętu i burzy

Znaczony wiarą świętą - co się nie powtórzy

Odziany w czarną chustę i historii lament


Zanim się myśl wypełni i cień Eklezjasty

Założy sierp na gardła apostoł trzynasty

 

 

Błazen z wiersza francuskiego poety


Nie zamykaj drzwi Lidio, gdy na progu stoję

Oślepiony słowami, zabity wyrazem

Gdy chmury się zbierają nad świata obrazem

I nie wiem czy miłości czy siebie się boję


Deszcz, deszcz, wróble bezsenne, oniemiałe okno

Cherlawy śpiew łabędzi i syn mój niechciany

Jak wiersz wierny pamięci - bo nie napisany

Zroszone łzami winy co na sznurach mokną


Gdy kurczę się pijany w twoich dłoniach Lidio

Trzymam w złamanej ręce Albatrosa skrzydło

 

 

Błazen trujący


Stary clown kończy dzisiaj występy w teatrze

Prawie dwa pokolenia rozśmieszał i bawił

Nie zdążył się ożenić, dzieci nie zostawił

Ostatni raz na scenie śmieje się i płacze


Z imitacji wawrzynu zakłada koronę

Najzabawniej jak umie pije łyk cykuty

Śmiesznie na deski pada i leży otruty

Udając Sokratesa i jego obronę


Gdy za kulisy wlekli jego ciało stare

Wołałem - pośród tłumu - o trucizny czarę

 


Ochwanowski AdamUrodziłem się 6 lutego 1952 roku w Złotej Pińczowskiej na Ponidziu. Zawiązała mi pępowinę, jeszcze w blasku naftowej lampy, babka Peruńka z Niegosławic. Stąd pewnie miałem i mam słabość do wszystkiego co paranormalne. Bywałem tu i tam. Teatr, kino, literatura, cyrk - towarzyszyły mi  na wszystkich - nie tylko polskich - drogach, pełnych zakrętów, wybojów, niedorzeczności i zwariowanych azymutów, drogach po rozum do głowy, które nie mają początku ni końca. Trawestując powiedzenie znanego aforysty, chcę wyręczyć Was w odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ten czy ów jest błaznem? Ano dlatego, ponieważ nie posiada dość charakteru, by nim nie być.   

Adam Ochwanowski

 

Pin It