Hatif Janabi

 

 

 

Hatif na tle Oceanu August 2014

 

P A M I Ę Ć    R Ę K I

 

 

Ręka

 

1. Pamięć ręki

 

Długo kopałem pod kopułą Pana wszechświata.

W ciągu dnia włóczę się samotny,

W nocy okrywa mnie

świst śniących.

 

Powiedziałem: niech będzie, co ma być.

Lustra widzą nas tak, jak tego pragną.

Kopię w miłosierdziu Pana

miarą oszacowanego przydziału życia.

Jego milczenie jest bez granic,

a odpowiedź niejasna.

Jego miłosierdzie jest z innego świata.

Śniący są na nie głusi,

a szukający go to marzyciel.

Między nimi jest tysiąc upadków i jedno miłosierdzie.

 

Czy Pan nie jest sam?

Czy zaświaty nie są same?

Czy piekło nie jest jedno,

a raj jeden?

Czy ego nie zostało ukrzyżowane,

na swojej bezbronnej płycie?

 

Długo kopałem pod kopułą Pana wszechświata,

Aż ujrzałem korzenie i białe wnętrze.

 

Rozsypały się moje palce.

Pomyliły się moje paznokcie z pazurami,

a skóra z korą.

 

Kopałem, aż do granic zniszczenia.

 

Moje ręce wzbijają za mną kurz.

Podaję je przy rzece,

Aż zamarznie.

 

Ręce pocieszają.

Bawię się marzeniami nią oślepionymi,

Moja mowa staje się jasna

na koniuszkach palców, gdy rozchodzi się

w kierunku światła nadchodzącego z oddali.

Jego drżące końce przylgnęły do opuszków strachliwej zabawy,

do jej stwórczej pieczęci.

Aż chwila zakończy aluzję chwili.

 

Ręce piszą dziedzictwo nieba,

oddając cześć imionami,

a moja dusza wchodzi po schodach,

wznosi się wyżej niż kurz stworzony,

głębiej niż buty losu.

 

Ręce, którymi zakrywam moje czoło,

po odejściu dnia.

Odsłaniam je, delikatne ku niebie.

Opadają wypełnione gwiazdami,

a inne kamieniami.

 

Moje ręce pola.

Moje ręce oddanie się Bogu i ślepota.

Moje ręce kurz.

 

Fala ciemności za dnia.

Ręce czerń biel.

Moje ręce wpadający dopływ.

Moje ręce uderzenie w zaskoczoną pierś.

Moje ręce wyparcie i pamięć.

Wczoraj przywitała mnie perła.

Moje łzy spłynęły na marmur

Jej szyji.

 

Moje słowa są ręką.

Moja książka jest ręką.

Ręka lasu.

Ręka pocałunku.

 

Uchwyt ręki.

Ręka piersi.

Marzenie zawstydzonej ręki

Ręka zniszczenia.

 

Język ręki

w jej nieustannym kopaniu.

Heretycki alfabet.

Jego symbole są zbuntowane,

a słowa to zapałki

w popiele wieków.

 

Róża i pieczęć brocząca krwią.

Spust i ślepa strzelba.

Uderzenie mieczem i warta strażniczek bram piekła.

Pięść wskazując zabiera na wietrze.

Zatrzymuje ją ręka nieznajomego opuszczonego w ciemnościach.

 

Chciałem poruszyć klucz,

w zamku życia.

Lecz moja ręka nie była przy ręce,

a pieczęć jest echem.

I stałem się jak świadek informujący, milczący w sądzie ślepych sędziów.

 

Jestem ślepcem.

Podtrzymuje mnie wskazująca ręka.

Opowiem wam o liniach papilarnych,

i przestrzeniach pomiędzy palcami, a paznokciami.

Mocne pazury, lecz złośliwe.

Ich oszustwo jest naprawdę podłe.

 

Kopałem pod nią i przeszyłem linie dwóch rąk

Pamięć rozszerzyła się, a moja dusza rozprzestrzeniła się

pomiędzy dwoma biegunami.

 

Piję wino z jej rąk,

i daję nimi znaki nadchodzącym,

w moim oblężonym królestwie

 

II. Drzewo ręki

 

Szedłem kładąc

rękę poezji w kieszeni niezadowolenia.

Idę między rzeczywistością, a wyobraźnią.

Macham róży motyką,

a słońcu zmierzchem.

 

Tamtego dnia obudziłem się i rzekłem:

Skorzystaj ze swej ręki,

o drzewo.

Skorzystaj ze swej pogody, o ty, za bramą życia myśląca

o tej żarłoczności zwanej miłością człowieczą,

o przebiegłej cnocie.

 

Ona spada na różę

motyką błyszczącą w nocy.

Okrywającą dzień czernią.

Cieszcie się kroki pustynią:

Bez

Adresów

Bez

Ulic

Bez

Latarń morskich

Bez żelaznej kurtyny

Między ziemią a niebem

Nic.

 

Odpływające statki.

Dobiega ich dźwięk,

a mowa - przesiewa ją wiatr, a piach ją roznosi.

Żniwa ani uprawy nie podążają

za nieboskim śladem tajemniczego stukotu

postępujących kroków na wysokościach.

 

Widzę z sufitu twoje zmieszanie.

Jak rozcierasz w palcach twarde kamienie.

Jak rozcierasz je na chleb i rozsiewasz w polach.

Wytatuowana bielą – czernią.

O ręko wierności.

O ręko pomyłki i pewności.

 

Słowa spadają

z ręki.

 

Wyciągam rękę ku ręce.

Dotykają.

Dotykają się.

Wybuchają.

 

 

3 Ręka i jej pieczęć

 

Napisałem na mym grobie

wiersz krwawiącej ręki.

Tej, która otworzyła odpowiednie okna

i zamknęła sobą płytę grobu.

Słyszę jej głos, aż do ostatniego tchnienia z ziemi:

Kamienie-kto mi je rzucił?

Rysunek-kto obserwuje w cieniu?

Czyim ołtarzem jest ta opuszczona świątynia?

Czyje ręce naznaczyły mój testament swoja pieczęcią?

Ciemność – kto ją skierował na mój świt?

 


 

 

Hatif Janabi - Hatif Janabi (znany także jako: Al-Janabi, Al-Dżanabi) – urodził się w 1952 roku nieopodal Babilonu. Jest poetą, pisarzem, tłumaczem, pracuje w Katedrze Arabistyki i Islamistyki Wydziału Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Studiował arabistykę na Uniwersytecie Bagdadzkim. W 1970 roku zadebiutował w prasie. Podczas studiów z powodu bankructwa ojca musiał zarabiać na życie handlując na ulicach i w kawiarniach Bagdadu papierosami i bielizną. Po studiach pracował jako nauczyciel literatury arabskiej w Kirkuku na północy kraju. W sierpniu 1976 roku opuścił Irak ze względu na represje polityczne i przeniósł się do Warszawy. W 1979 ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, a w 1983 roku doktoryzował się na podstawie pracy z zakresu teatrologii. Od 1979 roku pracuje na warszawskiej arabistyce. W latach 1985-1988 wykładał literaturę arabską na Uniwersytecie Tizi-Ouzu w Algierii, a w latach 1993-1994 był visiting scholar na Indiana University.

 

Pin It