Bohdan Wrocławski - jeden wiersz (Ptak wiecznej nocy)

 

wroclawski fot walter

 

Wśród wysychających źródeł 

zimnych warg księżyca

między popiołem i asfaltem miasta

gruzami wieków nawyków niedomówień niechęci

radości

 

tańczy śmierć

 

w bezpiecznej odległości od mojego serca 

ktoś tonie

zapewne ten sam którego spotykam każdego ranka

na rogu zaspanej ulicy

 

jego szept dotyka mnie razem z otwieraniem powiek

rośnie echem maszerujących kolumn

zbuntowanych niewolników

z uporem dążących w kierunku Kapui

 

dźwięk pił do cięcia drewna 

wbijanie gwoździ z ogromną niedbałością ciesielską 

formowanie krzyży śpiew legionistów

porykiwanie mułów krew pot - to nic nowego odpowiesz

 

w tym momencie w którym wybrałeś 

od dawna leżakującą na półce butelkę wina

 

jej szept przypomniał napromienione stoki Toskanii 

czyjś obraz namalowany

niedbałymi ruchami pędzla wysychającą w słońcu

farbę olejną 

odciski poplamionych uniesieniami palców na blejtramie

szczyt artystycznego profesjonalizmu

który onieśmiela nas bardziej 

niż chłodna cisza kościelnej nawy

 

wybory są prostsze od cienia 

rzucanego przez światło księżyca

świadka nigdy niedokończonych marzeń

 

wobec tego zawracasz przeglądasz pożółkłe kartki

od lat tej samej książki

na jednej z nich

wyschnięte dłonie odkrywają

piaszczyste dno czyjejś wyobraźni 

 

obserwujesz tam jakiś ruch

próby wylęknionego życia

krzyk niedokończonej strofy 

 

ktoś błądzi w ciemnych jaskiniach stęchliźnie i wilgoci

jego myśli pozbawione początku chaotyczne 

pełne świątecznego blasku

 

warstwami na przemian torf żwir

zwinięte w rozpaczy nasłonecznione skrzydła nietoperza

rytm wystraszonego serca spowiedź elektrokardiogramu

nierówny puls kosmosu zamkniętego w dłoniach

 

to przypadek pomyślisz znalazłem się na innej planecie

której prawa i obyczaje dotąd nie zaistniały

w biologicznej świadomości wszechświata

 

mój oddech rozłożony na równinach

pośród pól szeleszczących jesiennych liści zgniłych traw

wydaje się pusty 

pozbawiany smaku codzienności

 

w głowie wybuchają słowa czujesz jak wszystkie rany

wypłukują ze środka nocy stwardnienia narosty blizny

 

charakterystyczne przekleństwa czasu i pamięci
wokół których błądziłeś ty ćma

 

ptak wiecznej nocy

 

tak samo odległy jak czyjaś młodość opowiadał ci o niej

ktoś w pociągu stojącym na bocznicy to z całą pewnością

nic ważnego jakieś drobiazgi 

niedbały ruch dłonią nakazujący przewrócić kartkę w książce 

prędko pozbywasz się słów które nie prowadzą do niczego

oprócz obojętności

 

wcześniej pozbyłeś się pluszowego misia

z naderwanym uchem poplamionych atramentem zeszytów

sztambucha jakiejś miłości którą trawiła gorączka

niepewności i zazdrości

 

w każdym fragmencie słowie znaku interpunkcyjnym

jesteś coraz dalszy gubiący mięsistość wyrażeń

 

obcy jak modlitwa z obcego modlitewnika 

której sensu nie jesteśmy w stanie zrozumieć

 

mimo to jednak ten sam czujesz to po wewnętrznym napięciu 

bólu

który dotknął ciebie w trakcie porannego spaceru

kiedy zupełnie przypadkowo zabłądziłeś w alejki dzieciństwa

 

brzęczą ostatnie tego lata komary śledzisz lot ważki

pajęczyny pełne niefrasobliwości wyostrzające gałęzie krzewów

 

i przepływanie krwi wzdłuż żwirowych ścieżynek

 

w lustrze zobaczyłeś głowę starca pełną zmarszczek

siwizny z ostro zarysowanymi wątpliwościami

 

ktoś na jej środku rozlepiał plakat 

zamazane mgłami i deszczem kontury liter 

dłonie pełne prośby 

chmury gęste jak ostygła zupa 

ćmy unoszące słony smak całej przestrzeni

 

to głód zawołasz z samego środka dna przywalony słowami

ich zupełnie niezrozumiała konsystencją

lepką pełną dwuznaczności - brak mi oddechu 

gdzieś tu obok zamieszkał strach 

czuję jego soczystą obecność

na środku parku z upadającymi gałęziami

 

huk pękającej kory

agonia liści ich nadrealistycznie

wykrzywione nerwy żyły

 

i aorty żłobiące ziemię

ginące w przepastnych otchłaniach oceanów

 

i wtedy zaskowytała przestrzeń

najpierw cienko jak upadające skrzypce

czułeś na opuszkach palców suchą woń kalafonii

 

drżenie strun ich namiętność bunt wygasającego światła 

świst opadającej batuty

 

jasne skrzydła ptaka

uniesione ponad wszelką radością orkiestry

ten przypadkowy krzyk gonił odlatującego anioła

 

chciałeś z nim porozmawiać zrozumieć

dostrzegłeś opadające w dół białe pióro

to nadzieja

pomyślałeś zasypiając

 

tak odpływają wspomnienia

ustawicznie bezbronne nie chcące opuścić naszych myśli

uderzające równomiernie niczym grad w blaszaną rynnę

 

czujesz trudność i lęk miejsc które musisz zostawić 

oglądasz różne przedmioty z życia

jakiś stary plecak grzebień pęknięte lusterko 

ściany przedpokoju

które niedawno pomalowałeś

buty porzucone w ciemnych zaułkach chmur 

gesty śmiech

kwitnący na poboczu drogi w krzakach leszczyny

 

niewypisany długopis

rozumiesz że w takim momencie

płoszą się w nas wszystkie ptaki codzienności

jak niepotrzebne rekwizyty

ulatują do bram raju

 

aby w ich mrocznej wilgoci 

znów dostrzec sens gniazd do których nikt już nie powróci

 

 

Pin It