ANTOLOGIA POETÓW POLSKICH 2017:

Karolina Dubiel-Ziemiańska, Daria Dziedzic, Agata Dziewońska,

Arkadiusz Frania, Anna Gajda

 

Antologia poetow polskich 2017 OKLADKA

 

 

 

 

Karolina Dubiel-Ziemiańska

 

Duchy Goi

 

Wszystkie duchy Goi

I Twoje duchy

Rozproszyły się

By zaistnieć

I postacią swą nasycić

Żywe chłonne korytarze

Co w tkankach, umysłu labiryncie

Tkwią misternie utkane

Nicią nierozerwalną

Hańby i geniuszu

 

Duchy Goi drżą niespełnieniem

I oczy ich zachłanne

Co pragną widzieć szerzej

Paletą mroku tylko nasycone

Ni marną wstęgą światła

Już nie rozbłysną, umarłe

I śpiące ich diamenty już nie zapłoną

Zamknięte wspomnienia

Starych barw i twarzy

Uśpionych pod powieką

Na chwałę czasu spokoju

Już nie ziemskiego

 

Czas ziemskich barw i twarzy

I brat jego – czas wieczny

W chwili spotkali się granicznej

Gdy oczy Goi ujrzały

Błękitu najświętsze bramy

I jasne ich błękitne okna

 

 

Król i królowa

 

Łączy nas od dziś już tylko walka

I każde z nas panem we własnym świecie

Twoi szpiedzy sypiają wśród marmuru bram mych serc

Walczymy wciąż by zniszczyć kręte mury

Lecz nie chcemy od siebie odejść

 

Jestem królową a Ty jesteś królem

Gotyckich figur nietoperzy

Cmentarzy mrocznych

Gdzie przeszłość śpi lekko

Spragniona powrotu

 

Twoje słowa zraniły mą krew

Rozcieńczyły moje naiwne skrzydła i upadłam

Z Twych ust słowa jak ogniste kule

Trafiły wprost do mej przestrzeni

Słodkich złotych myśli o szczęściu wiecznym

 

Złość wybuchła!

Kłótnia podziemi, wszechświatów

Nie harmonia słów i wrażeń

Teraz ognie jaśnieją w powietrzu

Wszechziemskiej potrójnej półkuli uczuć

 

Spirala, spirala zaciska się na mej szyi

Twój gniew zdaje się wygra z mą nadzieją

Nasz upór podsyca siły złe

Wszystkich korytarzy i planet

Wszystkich bram i luster

 

Nasza walka dobiegła już końca

Waleczni i podstępni gracze zniknęli już z areny

Pozostaliśmy czyści naprzeciw siebie

Mrużąc oczy w Jasności

 

 

Wskazówki i schematy

 

Wskazówki i schematy

Świadome końca

Gdzie kłamstwo zatacza krąg

Wśród krain ułudnych

Płaskowzgórzy przepaści

Dokąd prowadzą nas

Słowa

Zrodzone wprost z ramion

Krzywego zwierciadła

 

Wskazówki i schematy

Na przekór czasom

Gdzie prawdy w rozkwicie

Wśród krain, wśród bytu

Nizinnych sennych wodospadów

Skąd płyną do nas

Słowa

Zrodzona wprost z ramion

Boskiego zwierciadła

 

 

Waga ogromna i sprawiedliwa

 

Tam rodzą się twórcy

A wyścig wciąż trwa

I waga ogromna

Ludzkie waży czyny

Dekagramy wolnej woli

Ich setne miejsca po przecinku

Zer wykresy harmonii zmyślone

 

Wielkie zasłony płócien

Targane wiatrem

Co trony i berła kryją

Tych krain szczęśliwych

– złote i boskie

Od ziemi nas dzielą

Targane wiatrem

Szeptem boskim gniewne

Lekkie lub spokojne

 

Wszystkie płótna są podarte

Nadpalone i płowe

Targane złym wiatrem

Kurzem amerykańskich autostrad

I słońcem słodko-pomarańczowym

Co topi się

We wszystkich jeziorach Kalifornii

 


 

Daria Dziedzic

 

Wysięk

 

Woda w kolanie. Dość wyraźny obrzęk

i ból niemiłosierny. Taki, który zawiązuje się w wiersze

jak pierwsze przymrozki. Pierwsze przymrozki

 

w wierszach nie wróżą niczego dobrego.

Niczego dobrego nie wróży szklana kula

ani twoje przepowiednie. Twoje przepowiednie

 

są wyssane z palca. Z palca wyssana jest krew

po przecięciu nożem. Po przecięciach

nożem zostają głębokie rany. Z tych ran

 

wylatują niespiesznie kolibry

i zahaczają dziobem o wschód słońca nad rzeką.

Nad rzeką dochodzi do cudu. Do cudu

 

dochodzi w dzień powszedni. W dzień

powszednieje też zaczerwienienie na kolanie.

Torbiel po wypadku. Przeciążenie stawów.

 

 

Jest pierwsza w nocy. W nocy myślałam o tym,

 

że nie dam syna. Nikt nie przetnie pępowiny.

Nie przetnie nikt drogi pomiędzy tobą a mną.

Pomiędzy tobą a mną

nie będzie głośnego śmiechu dziecka.

 

Nie będzie śmiechu dziecka pomiędzy drugim

a trzecim wersem. Pomiędzy nimi

nie będzie zmiany pieluszek, kremów i pudrowej zasypki.

Nie będzie wyrzynania ząbków, karmienia piersią

 

w sklepie. Nie będzie obrzmiałej piersi pełnej mleka.

I nie będzie bolących sutków. Tych bolących sutków

nie pomasujesz ukradkiem. Ukradkiem nie wcielisz się

 

w rolę ojca. Ja nie wcielę się w rolę matki.

Nie będę matką dla swojej córki. Moja córka będzie tylko mrzonką.

Będzie wytworem fantazji. Wytworem fantazji jest też zupa

pomidorowa gotowana specjalnie dla ciebie. Specjalnie dla ciebie

 

jest ten wiersz. W tym wierszu nie ma śliniaczków

rozwieszonych na oparciach krzeseł. Na tych krzesłach

siedzi tylko pustka i owija szyję wełnianym szalikiem. Wełnianym

szalikiem owijasz szyję, kiedy wychodzisz na spacer. Wychodzisz na spacer,

żeby uciec ode mnie. Takie ucieczki bolą zawsze. Zawsze bolą, gdy wiesz,

 

że nie będę matką. Nie będzie nieprzespanych nocy

i obawy o to, czy trafi samo do szkoły. Już prawie dochodzi druga,

za oknem – minus jedenaście. Mróz na szybach. Na szybach odbicie oczu.

W oczach padający śnieg. Śnieg nie dla naszych dzieci,

ani nie dla nas. Dla nas tylko ten wiersz, pusty jak macica.

 

 

Zapalenie

I

Kręgosłup jak sito. Przez sito przesiewa się mak,

a tu śmierć zaznacza swoje terytorium. Powoli,

jakby miała się rozsiąść na dłużej. Na dłużej

 

zatrzymuje się ból we włóknach nerwowych

i promieniuje do wierszy, w wierszach jest jeszcze pełno

przestrzeni do wypełnienia. Tę przestrzeń

 

możesz zszyć ściegiem krzyżykowym,

żeby nie było fałdek. Fałdki są tylko skórne. Brzuszne.

Tak przelewa się woda

na papier.

 

 

II.

Na papier da się przelać niemalże wszystko. Wszystkie

swoje comiesięczne bóle. Krwawe znaki

substytut kobiecości. Substytutem kobiecości jest ten wiersz,

 

ten wiersz jeszcze pusty jak kominek. Dołóż drew,

podpal. Niech ciepło się rozejdzie po metaforach i kościach.

Kośćmi zagraj w pubie,

w pubie napij się ginu z tonikiem. Bez lodu. Już dosyć

lodu w twoich oczach.

 

 

III

W twoich oczach widzę staw.

Kolanowy. W ten staw wszedł ból na wycieczce.

Na wycieczce spadłaś z roweru. Z roweru na krawężnik.

 

Na krawężniku rozbiłaś kolano. Chuchałem,

przecierałem. Przecierałem w palcach twój strach,

żeby rozmiękł. Rozmiękł jak ziemia po zimie.

 

Po zimie powinno puścić wszystko.

Powinny puścić też szwy

tych wierszy

 

jak nic.

 

 

Rehabilituję się i codziennie przychodzą masażyści

 

Uszkodzony nerw kolanowy. Leżę w łóżku

i dryfuję w okolice snu. Ból wysyła mnie między wiersze.

Twoje – moje nie chcą przyjść od miesiąca. Od miesiąca

 

światło mieszka we flakoniku po perfumach.

Nie chce się rozpisać na metafory. Na metafory

rozpisuję jedynie strach. Strach lubi się pisać sam,

 

jak na złość. Jak na złość nie kręcą mi się włosy,

choć trzymam je na wałkach całą noc. Całą noc

mogę nie spać. Mogę czytać, myśleć i nic. Nic samo

 

nie przyjdzie, nie odejdzie też samo.

Nie odejdę stąd sama. Pomóż mi włożyć ten nóż

w żebro. Niech wylecą z żebra ptaki, a ja zgasnę.

Tak – boli mnie oddech, boli drżenie rąk.

 

 

Nie będę pisać o śmierci. Wyśpię się.

 

Wystarczy, że widziałam księżyc wielki jak dynia

z ogródka moich rodziców. Taki księżyc będzie dopiero

za osiemnaście lat. Widziałam te plamki na jego srebrnej skórze,

do twarzy mu z nimi. Nie będę pisać o śmierci.

Śmierć mi wystaje z kieszeni jak chusteczka

lub schowany w pośpiechu rumianek. Teraz już suchy,

pozbawiony światła. Nie będę o niej pisać.

Niech mi będzie obca. Zimna. Znieczulam się.

Biorę sterydy, stąd przytyłam i nie noszę w sobie dziecka.

Moje wewnętrzne dziecko już dawno umarło.

Będzie ze dwa, trzy lata jak zakopałam w ziemi

zarodek. Posadziłam lilie. Nie, nie będę pisać o śmierci,

wyczyniać akrobacji, co drugie słowo parskać śmiechem

do lustra. Sztucznym. Włos wszedł między aorty, drapie,

próbuję wyrzygać.

Nie, nie będę pisać o śmierci – choć dziś rocznica,

kiedy umarło we mnie moje wewnętrzne dziecko,

znieczuliłam się. Od sterydów zmieniła mi się skóra,

postarzała. I w pokoju jest jakoś inaczej,

zimniej. Nie znoszę tej dziwnej nostalgii

i palta kupionego w zeszłym roku. W święto zmarłych

zawsze ustawiam zapalony znicz na parapecie. Za moje dziecko.

Za zarodek. Za sterydy. Nie, nie będę pisać o śmierci.

Tyle już o niej jest wierszy. Za to – namaluję jej oczy,

brązowe. Jak twoja poranna kawa.

I podrę śmierć na strzępy.

Wyrzucę przez otwarte okno.

Jak swój język.

 


 

 

Agata Dziewońska

 

Ciśnienie

 

norma to 120/80

a moje niższe jest

 

krew płynie ospale powoli

nie chce tak szybko wpływać do serca

ani z niego wypływać

 

krew broni się przed krążeniem

 

bo potem trzeba umierać

 

 

Obraz nieba

 

wielu ludzi widzi i tego nie dostrzega

 

a ja dla oczu n i e w i d o m y c h

chcę stworzyć obraz nieba

 

by słysząc o jego lśniącym błękicie

o nic nie pytali w złocistym zachwycie

 

by blisko byli świata naszego

by mocno czuli wokoło niebo

 

głaszczące ich głowy

z namysłem

 

 

Oddychanie

 

Dawno tu nie byłam… Zapomniałam już,

jakie to powietrze jest surowe i świeże

 

Surowe, jak chłód twych policzków – W-

 

Gdy robię pełny wdech, płuca wychodzą mi z piersi

i lecą w górę, jakby szukając powietrza więcej, i więcej.

 

Ty też szukałeś więcej i więcej... butelek – Wu-

 

Potem zatrzymane kilku żył kotwicą wracają spękane

zimnym tlenem – za dużo oddychania.

 

Za dużo było pod sklepem na kolegów czekania – Wuj-

 

Teraz tęsknię za tym miejscem, bo tu często oddychałam.

 

A twój pies także tęsknił, gdy cię wzięto do szpitala – Wujk-

 

Kiedy załatałam płuca, zrobiłam drugi wdech,

lecz mniejszy. Wtedy mogłam poczuć zapach,

 

zapach tego kwiatka, co mama postawiła

 

na twojej mogile – Wujku.

 

 

Płonące rośliny

*

cóż... trawa nie uniknie ostrza kosy

nie ucieknie przecież

 

potem grabi się trawę w sterty wysokie

i zabiera się ją na wozie

wygodnie

godnie

godnie?

 

**

część trupów

z głową przestrzeloną

Niemcy grzebali w ziemi

 

to chyba trochę godnie

 

***

a reszta trawy?

płonie!

płonie też lucerna

i żar wiatrem się niesie...

 

****

a Niemcy przecież też

palili trupy po zagazowaniu

bo nie lubili marnować benzyny!

i dym wiatrem się niósł

 

*****

niemym świadkiem losu trawy

zawsze jest ziemia –

widzi śmierć każdego źdźbła

---------------------------------------------

gdyby ziemia mogła mówić...

 

 

Wąż

 

Ja: Masz rozdwojony język!

 

Wąż: Odkrycie stulecia, jestem wężem!

 

Ja: A jednak mnie to dziwi...

 

Ćśś, nic nie mów – powietrze wiejące

w twoim gardle jest zatoką fałszu

i ślepą drogą

 

A właściwie, dlaczego źle syczysz?

Dlaczego szumisz i warczysz?

 

Wąż: Gardło mam chore i tyle.

 

Ja: Nie chcę słuchać już tych bzdur!

Bądź jak cisza nagich pól!

 

Zawiąże te twoje małe języczki w kokardki

i mocno zacisnę.

 

Twe kłamstwa będą słodko wyglądać,

i świetnie smakować.

 

Przerobię cię na deser, będę kroić, żuć

i śmiać! się zadowolona.

 


 

Arkadiusz Frania

 

* * * (mówią o drugim brzegu...)

 

mówią o drugim brzegu

ruszaniu wpław z przeciekającymi dłońmi

z nieodprawionym bagażem

nieoclonymi pamiątkami życia

 

a ja chciałbym zapytać o brzeg pierwszy

czy jest skarpą

czy lekko można zejść z lądu w wodę

 

powinienem pamiętać ale wciąż czuję

jakbym żył nie otwierając oczu

i od niedawna uczył się czasu

 

siedząc w przeciągu

w ganku przy ogrodzie

 

 

* * * (zegarki chodzą w cały świat...)

 

zegarki chodzą w cały świat

na jednym „moskwa” na drugim „nowy jork”

na innych „kapsztad” „la paz” „tokio”

 

strefy południki obszary pola

kratki na mapie politycznej

strzępią się granice państw

masywy górskie i rzeki dzielą i łączą

narody plemiona osiedla

 

wszystko by uchwycić wieczność

jak geparda w pogoni za strusiem

 

nieznacznie rozstrzygam się

w kleszczach sekund

gdy patrzę na souvenir przywieziony z egiptu

sfinksa czuwającego przed piramidą

 

 

* * * (odpuść mi wszystkie moje wiersze...)

 

odpuść mi wszystkie moje wiersze

te napisane te których się wstydzę

te których nie poprawię

te niezatrzymane

wychylające się za parapet semiotyki

te istniejące jedynie w napięciu mięśni

w takcie odkładanego na komodę długopisu

te młode jak szczaw

jak stary lis chytre

 

odpuść mi boże moich wierszy

słowa stracone źle użyte

stojące w niewłaściwych miejscach

słowa zdobyte last minute z wyobraźni

 

odpuść mi panie

i pozwól nagrać świat na słowa

 

 

* * * (piszę...)

 

piszę

piszę wiersz

piszę pierwszy wiersz po dwóch latach niepisania

wierszy

 

idzie mi trudno

słowa stawiają opór

jakbym doszedł do muru i nie umiał znaleźć

dłuta i młotka żeby przebić się na drugą stronę

tego samego więzienia

 

litery wyrazy zalążki zdań

magazyn metafor i porównań zakurzony

zatrzaśnięty w sobie poruszam się po omacku

po ziemi którą kiedyś uprawiałem

 

nie wiem

może zapomniałem

może tylko zapomniałem

którą samogłoską zakończyć wers

na pewno za chwilę nadpłynie jasna chmura

i spadną jedynie trafne i niepowtarzalne figury stylistyczne

 

w niepewności graniczącej z rozpaczą

chciałem zejść do następnej linijki

ale nagle spadłem

na sam dół kartki

 

 

* * * (pisać trzeba wytrwale...)

 

pisać trzeba wytrwale

zajadle przedzierać się przez ciszę

która nie milknie nawet na spację oddechu


 

Anna Gajda 

 

Wiosną słowa drżą najpiękniej.

 

Codzien­nie każde słowo

roz­pi­sujesz na zap­rosze­nie

by moim jes­tem znaczyć swo­je życie

i z da­leka od zgiełku miast

na naszej ław­ce do przygarnięcia

wy­puścić spod po­wiek wiosnę

 

niech bos­kim pięknem

ser­ca w niebie kołysze

 

i już w przedsieniach

dzielisz się kromką sub­telnych słów

by zam­knąć us­ta wczo­raj­szym dniom

z pajęczyn cza­su prze­ganiasz zimę

uwal­niasz mo­tyle pragnień

by nie ut­knęły w marzeniach

 

dla­tego wiosną…

– słowa tak drżą

 

 

W ogrodzie twoich chwil.

 

Przej­rzyj się po­now­nie we mnie

prze­cież nie ma w tym nic złego

i po­każ mi świat swoimi oczami

 

– weź moich dni brze­mien­ność…

 

i po­daruj ciszę łąk kwiecistych

wpleć stok­rotki w mo­je włosy

te zer­wa­ne przed śniadaniem

 

– niech pachnie tobą mo­je życie…

 

dla ciebie będę świeżym kwiatem

w og­rodzie twoich pięknych chwil

tyl­ko otwórz go kocha­nie dla mnie

 

– bym mogła przyjść…

 

 

Kolorowe jutro.

 

Wyz­bieram wszys­tkie ko­lory wios­ny

niech z zachwy­tu zadrży two­je ser­ce

wierząc, że od daw­na do mnie należy

 

os­woję cię z każdym czułym dotykiem

roz­kapryszo­nym słońcem obejmę

aż mi uwie­rzysz... i razem

 

– zaj­rzy­my niebu pod sukienkę

 

podzi­wiając błękit w uniesieniu

wchłoniemy od­dechy, jak ciszę

kochając się wśród dzi­kich traw

 

i wple­ciemy jaśmin w bu­kiety zieleni

niech w sy­pial­ni pachną aro­matycznie

 

tak wyśni­my nasze jutro…

– i wy­pije­my je do dna

 

 

Wiosennie.

 

Ty­le nieobec­ności jeszcze w nas

w gąszczu nie naszych godzin

mi­ja ko­lej­ny dzień za dniem

 

a za ok­nem wios­na ra­dośnie sze­leści

 

tra­wa tańczy w rytm pożąda­nia

ziele­nią ku­si…

a mnie zniewa­la myśl o to­bie

i dob­rze mi w tym sza­leństwie

 

i dopóki słońce mam w oczach

roz­kołyszę się tobą pro­mien­nie

a gdy wieczór zakręci nam w głowach

nie pozwól, bym za­pom­niała

me­lodii bi­cia two­jego ser­ca

 

daj mi jut­ra słod­ki smak

i kochaj…

 

– wiosen­nie

 

 

Nasza cisza.

 

Już niedługo…

kwitnącą łąkę zadzi­wimy sobą

nies­ka­lanym ru­mieńcem

przer­wiemy jej ciszę

 

i będziemy czy­tać siebie…

 

stok­rotki w tra­wie

ob­nażymy ze wsty­du

pożąda­nie pro­wadząc w nieznane

 

dopóki wczes­ne dmuchaw­ce nie znikną

 

i tak… spełnieni, wyczytani

zam­kniemy us­ta me­lan­cho­lii

w chab­ry nieba – ubrani

 

zais­tnieje­my…

 

 

– łąki ciszą

 


 

Karolina Dubiel-Ziemiańska

Urodzona 30 września 1988 r. w Jaśle, mieszka w Rymanowie (Pustki). Absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego. Członkini Klubu Literackiego Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie. Debiutowała tomikiem „Iluzje” (2012), w roku 2014 ukazał się drugi tomik poetki zatytułowany „Pieśni Zdumienia”. Publikowała na łamach lokalnej prasy: „Crosscena” (Krosno), „Nasz Dom” (Rzeszów).

 

Daria Dziedzic

Urodzona 17 września 1977 roku w Dąbrowie Górniczej, gdzie mieszka do dzisiaj. Ukończyła Filologię Polską ze stopniem magistra i podyplomowe Bibliotekoznawstwo na UŚ w Katowicach. Krytyczka literacka. Recenzje: wydrukowano w licznych czasopismach literackich: Śląsku (Katowicach), Elewatorze, Migotaniach, itp. Autorka trzech tomików wierszy: „Anioły, sny, wiersze” (2003), „Wyspa” (2010) i „crack” (2014). Jej wiersze wydrukowano w: Mega* Zinie, Odrze, Migotaniach, Raptularzu Kulturalnym (Dąbrowa Górnicza), Akancie, Kozim Rynku, Angorze, itp. Recenzje Darii pojawiały się: w Śląsku, Odrze, Migotaniach, Akancie, na wielu innych stronach internetowych. Debiut prozatorski – mini opowiadania – na stronie LatarniaMorska.pl. Oprócz tego jej utwory pojawiały się na takich stronach internetowych jak: Pisarze.pl, ArtPapier, zeszyty poetyckie, TVP Culture, Pro Arte, Biurze Literackim, Śląskiej Strefie Gender, Miesięczniku Wobec, Art. itp. Wielokrotna laureatka konkursów jednego wiersza im. S. Horaka w Bytomiu (wyróżnienie, II miejsce, III miejsce, II miejsce, II miejsce; jurorzy: profesor M. Kisiel, K. Karwat, M. Hałaś) i w Piekarach Śląskich (podobnie jak w Bytomiu), Ikarowych Strofach w Warszawie (II miejsce), Poligonu Poetów w Dąbrowie Górniczej i wielu innych konkursach, w tym: I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Fotografia” z dnia 08.10.2014 r., w Sławkowie na Jesieni Poetyckiej i Wiośnie Poetyckiej (jurorzy: Maciej Szczawiński i profesor Tadeusz Sławek), parokrotnie nominowana w konkursie Dużego Formatu na tomik wierszy, zdobywała nagrody na TJW im. B.Dziekańskiej w Chorzowie. Nominowana w konkursie Orfeusz IV edycji Nagrody im. K.I. Gałczyńskiego ORFEUSZ za tomik „crack” (zgłoszenie) itp.

 

Agata Dziewońska

Urodzona 27 stycznia 1997 roku w Miechowie. Członkini Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich w Krakowie. W 2016 roku zadebiutowała w dwóch zbiorowych tomikach poetyckich. Jeden utwór znalazł się w „XLIV Almanachu” wydanym przez krakowski oddział Związku Literatów Polskich, a dwa kolejne utwory ukazały się w „Tonacjach Młodości” – tomiku wydanym przez Fundację „Sceny ATA”. Wydała debiutancki tomik poezji pt. „bezwarunkowy odruch trąbienia” (2017 r.).

 

Arkadiusz Frania

Urodził się 4 maja 1973 roku w Przechlewie (obecnie województwo pomorskie). Poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki. W 1999 roku ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. W 2003 roku uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa (Uniwersytet Śląski). Opublikował: sześć zbiorów poetyckich („na przykład mnie nie ma”, 1994, 1996; „powiedz mi siebie”, 1995, 1996; „na zimnym uczynku”, 1999; „ale się nie budzę”, 2004; „zacząć nic od początku”, 2012; „Zbieracze lawendy. Wybór wierszy”, 2016), dwie książki prozatorskie („Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka”, 2010; „Rzeźby w maśle. Prozy z pamięci”, 2014) oraz cztery tomy krytycznoliterackie („»Solidne niefarbowane retro«. O poezji Tadeusza Gierymskiego”, 2004; „Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego”, 2005; „Poświatowska, Marjańska, Cichla-Czarniawska. Trzy szkice typu ziemia-ziemia-ziemia”, 2007; „Lipton story. Esencje krytyczne o sztuce pisarskiej Jacka Durskiego”, 2009). Wiersze, opowiadania i teksty krytycznoliterackie były tłumaczone na języki: serbski, macedoński, słoweński i angielski. Ukazały się też dwie osobne serbskie edycje utworów: proza „Asocijacije” (przekład Olga Lalić-Krowicka) i wybór wierszy „Na sudnji čas zakasni” (przekład: Olga Lalić-Krowicka i Vesna Denčić).

 

Anna Gajda

Urodzona 12 lutego 1993 r. w Olkuszu. Pisała od dziecka. Już w podstawówce miała pierwsze osiągnięcia i podpisywała swoją twórczość pseudonimem SASANKA. W gimnazjum zaczęła pisać swoje wiersze na stronkach internetowych pod pseudonimami JULIA i BEZIMIENNA. W szkole średniej zaś interesowała się modelingiem, więc brała udział w castingach i nawet reklamowała zakład fryzjerski w Olkuszu, wtedy też zamieszczała swoje wiersze na stronkach internetowych między innymi jako GRACJA (pseudonim). Poza tym, od małego też rysuje w różnych formach. Obecnie studiuje na dwóch kierunkach w Krakowie i dorywczo pracuje. W ubiegłym roku jej wiersze ukazały się w Antologii wierszy pod redakcją Ryszarda Mierzejewskiego pod tytułem jej wiersza – Wiosną słowa drżą najpiękniej.

 

Daria Dziedzic

Urodzona 17 września 1977 roku w Dąbrowie Górniczej, gdzie mieszka do dzisiaj. Ukończyła Filologię Polską ze stopniem magistra i podyplomowe Bibliotekoznawstwo na UŚ w Katowicach. Krytyczka literacka. Recenzje: wydrukowano w licznych czasopismach literackich: Śląsku (Katowicach), Elewatorze, Migotaniach, itp. Autorka trzech tomików wierszy: „Anioły, sny, wiersze” (2003), „Wyspa” (2010) i „crack” (2014). Jej wiersze wydrukowano w: Mega* Zinie, Odrze, Migotaniach, Raptularzu Kulturalnym (Dąbrowa Górnicza), Akancie, Kozim Rynku, Angorze, itp. Recenzje Darii pojawiały się: w Śląsku, Odrze, Migotaniach, Akancie, na wielu innych stronach internetowych. Debiut prozatorski – mini opowiadania – na stronie LatarniaMorska.pl. Oprócz tego jej utwory pojawiały się na takich stronach internetowych jak: Pisarze.pl, ArtPapier, zeszyty poetyckie, TVP Culture, Pro Arte, Biurze Literackim, Śląskiej Strefie Gender, Miesięczniku Wobec, Art. itp. Wielokrotna laureatka konkursów jednego wiersza im. S. Horaka w Bytomiu (wyróżnienie, II miejsce, III miejsce, II miejsce, II miejsce; jurorzy: profesor M. Kisiel, K. Karwat, M. Hałaś) i w Piekarach Śląskich (podobnie jak w Bytomiu), Ikarowych Strofach w Warszawie (II miejsce), Poligonu Poetów w Dąbrowie Górniczej i wielu innych konkursach, w tym: I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Fotografia” z dnia 08.10.2014 r., w Sławkowie na Jesieni Poetyckiej i Wiośnie Poetyckiej (jurorzy: Maciej Szczawiński i profesor Tadeusz Sławek), parokrotnie nominowana w konkursie Dużego Formatu na tomik wierszy, zdobywała nagrody na TJW im. B.Dziekańskiej w Chorzowie. Nominowana w konkursie Orfeusz IV edycji Nagrody im. K.I. Gałczyńskiego ORFEUSZ za tomik „crack” (zgłoszenie) itp.

 

 

Wysięk

Woda w kolanie. Dość wyraźny obrzęk

i ból niemiłosierny. Taki, który zawiązuje się w wiersze

jak pierwsze przymrozki. Pierwsze przymrozki

 

w wierszach nie wróżą niczego dobrego.

Niczego dobrego nie wróży szklana kula

ani twoje przepowiednie. Twoje przepowiednie

 

są wyssane z palca. Z palca wyssana jest krew

po przecięciu nożem. Po przecięciach

nożem zostają głębokie rany. Z tych ran

 

wylatują niespiesznie kolibry

i zahaczają dziobem o wschód słońca nad rzeką.

Nad rzeką dochodzi do cudu. Do cudu

 

dochodzi w dzień powszedni. W dzień

powszednieje też zaczerwienienie na kolanie.

Torbiel po wypadku. Przeciążenie stawów.

 

Jest pierwsza w nocy. W nocy myślałam o tym,

że nie dam syna. Nikt nie przetnie pępowiny.

Nie przetnie nikt drogi pomiędzy tobą a mną.

Pomiędzy tobą a mną

nie będzie głośnego śmiechu dziecka.

 

Nie będzie śmiechu dziecka pomiędzy drugim

a trzecim wersem. Pomiędzy nimi

nie będzie zmiany pieluszek, kremów i pudrowej zasypki.

Nie będzie wyrzynania ząbków, karmienia piersią

 

w sklepie. Nie będzie obrzmiałej piersi pełnej mleka.

I nie będzie bolących sutków. Tych bolących sutków

nie pomasujesz ukradkiem. Ukradkiem nie wcielisz się

 

w rolę ojca. Ja nie wcielę się w rolę matki.

Nie będę matką dla swojej córki. Moja córka będzie tylko mrzonką.

Będzie wytworem fantazji. Wytworem fantazji jest też zupa

pomidorowa gotowana specjalnie dla ciebie. Specjalnie dla ciebie

 

jest ten wiersz. W tym wierszu nie ma śliniaczków

rozwieszonych na oparciach krzeseł. Na tych krzesłach

siedzi tylko pustka i owija szyję wełnianym szalikiem. Wełnianym

szalikiem owijasz szyję, kiedy wychodzisz na spacer. Wychodzisz na spacer,

żeby uciec ode mnie. Takie ucieczki bolą zawsze. Zawsze bolą, gdy wiesz,

 

że nie będę matką. Nie będzie nieprzespanych nocy

i obawy o to, czy trafi samo do szkoły. Już prawie dochodzi druga,

za oknem – minus jedenaście. Mróz na szybach. Na szybach odbicie oczu.

W oczach padający śnieg. Śnieg nie dla naszych dzieci,

ani nie dla nas. Dla nas tylko ten wiersz, pusty jak macica.

 

 

Zapalenie

I

Kręgosłup jak sito. Przez sito przesiewa się mak,

a tu śmierć zaznacza swoje terytorium. Powoli,

jakby miała się rozsiąść na dłużej. Na dłużej

 

zatrzymuje się ból we włóknach nerwowych

i promieniuje do wierszy, w wierszach jest jeszcze pełno

przestrzeni do wypełnienia. Tę przestrzeń

 

możesz zszyć ściegiem krzyżykowym,

żeby nie było fałdek. Fałdki są tylko skórne. Brzuszne.

Tak przelewa się woda

na papier.

 

 

II.

Na papier da się przelać niemalże wszystko. Wszystkie

swoje comiesięczne bóle. Krwawe znaki

substytut kobiecości. Substytutem kobiecości jest ten wiersz,

 

ten wiersz jeszcze pusty jak kominek. Dołóż drew,

podpal. Niech ciepło się rozejdzie po metaforach i kościach.

Kośćmi zagraj w pubie,

w pubie napij się ginu z tonikiem. Bez lodu. Już dosyć

lodu w twoich oczach.

 

 

III

W twoich oczach widzę staw.

Kolanowy. W ten staw wszedł ból na wycieczce.

Na wycieczce spadłaś z roweru. Z roweru na krawężnik.

 

Na krawężniku rozbiłaś kolano. Chuchałem,

przecierałem. Przecierałem w palcach twój strach,

żeby rozmiękł. Rozmiękł jak ziemia po zimie.

 

Po zimie powinno puścić wszystko.

Powinny puścić też szwy

tych wierszy

 

jak nic.

Rehabilituję się i codziennie przychodzą masażyści

Uszkodzony nerw kolanowy. Leżę w łóżku

i dryfuję w okolice snu. Ból wysyła mnie między wiersze.

Twoje – moje nie chcą przyjść od miesiąca. Od miesiąca

 

światło mieszka we flakoniku po perfumach.

Nie chce się rozpisać na metafory. Na metafory

rozpisuję jedynie strach. Strach lubi się pisać sam,

 

jak na złość. Jak na złość nie kręcą mi się włosy,

choć trzymam je na wałkach całą noc. Całą noc

mogę nie spać. Mogę czytać, myśleć i nic. Nic samo

 

nie przyjdzie, nie odejdzie też samo.

Nie odejdę stąd sama. Pomóż mi włożyć ten nóż

w żebro. Niech wylecą z żebra ptaki, a ja zgasnę.

Tak – boli mnie oddech, boli drżenie rąk.

 

Nie będę pisać o śmierci. Wyśpię się.

Wystarczy, że widziałam księżyc wielki jak dynia

z ogródka moich rodziców. Taki księżyc będzie dopiero

za osiemnaście lat. Widziałam te plamki na jego srebrnej skórze,

do twarzy mu z nimi. Nie będę pisać o śmierci.

Śmierć mi wystaje z kieszeni jak chusteczka

lub schowany w pośpiechu rumianek. Teraz już suchy,

pozbawiony światła. Nie będę o niej pisać.

Niech mi będzie obca. Zimna. Znieczulam się.

Biorę sterydy, stąd przytyłam i nie noszę w sobie dziecka.

Moje wewnętrzne dziecko już dawno umarło.

Będzie ze dwa, trzy lata jak zakopałam w ziemi

zarodek. Posadziłam lilie. Nie, nie będę pisać o śmierci,

wyczyniać akrobacji, co drugie słowo parskać śmiechem

do lustra. Sztucznym. Włos wszedł między aorty, drapie,

próbuję wyrzygać.

Nie, nie będę pisać o śmierci – choć dziś rocznica,

kiedy umarło we mnie moje wewnętrzne dziecko,

znieczuliłam się. Od sterydów zmieniła mi się skóra,

postarzała. I w pokoju jest jakoś inaczej,

zimniej. Nie znoszę tej dziwnej nostalgii

i palta kupionego w zeszłym roku. W święto zmarłych

zawsze ustawiam zapalony znicz na parapecie. Za moje dziecko.

Za zarodek. Za sterydy. Nie, nie będę pisać o śmierci.

Tyle już o niej jest wierszy. Za to – namaluję jej oczy,

brązowe. Jak twoja poranna kawa.

I podrę śmierć na strzępy.

Wyrzucę przez otwarte okno.

Jak swój język.

 

 

 

Agata Dziewońska

Urodzona 27 stycznia 1997 roku w Miechowie. Członkini Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich w Krakowie. W 2016 roku zadebiutowała w dwóch zbiorowych tomikach poetyckich. Jeden utwór znalazł się w „XLIV Almanachu” wydanym przez krakowski oddział Związku Literatów Polskich, a dwa kolejne utwory ukazały się w „Tonacjach Młodości” – tomiku wydanym przez Fundację „Sceny ATA”. Wydała debiutancki tomik poezji pt. „bezwarunkowy odruch trąbienia” (2017 r.).

 

Ciśnienie

norma to 120/80

a moje niższe jest

 

krew płynie ospale powoli

nie chce tak szybko wpływać do serca

ani z niego wypływać

 

krew broni się przed krążeniem

 

bo potem trzeba umierać

Obraz nieba

wielu ludzi widzi i tego nie dostrzega

 

a ja dla oczu n i e w i d o m y c h

chcę stworzyć obraz nieba

 

by słysząc o jego lśniącym błękicie

o nic nie pytali w złocistym zachwycie

by blisko byli świata naszego

by mocno czuli wokoło niebo

 

głaszczące ich głowy

z namysłem

 

 

 

Oddychanie

Dawno tu nie byłam… Zapomniałam już,

jakie to powietrze jest surowe i świeże

Surowe, jak chłód twych policzków – W-

Gdy robię pełny wdech, płuca wychodzą mi z piersi

i lecą w górę, jakby szukając powietrza więcej, i więcej.

Ty też szukałeś więcej i więcej... butelek – Wu-

Potem zatrzymane kilku żył kotwicą wracają spękane

zimnym tlenem – za dużo oddychania.

 

Za dużo było pod sklepem na kolegów czekania – Wuj-

Teraz tęsknię za tym miejscem, bo tu często oddychałam.

A twój pies także tęsknił, gdy cię wzięto do szpitala – Wujk-

Kiedy załatałam płuca, zrobiłam drugi wdech,

lecz mniejszy. Wtedy mogłam poczuć zapach,

 

zapach tego kwiatka, co mama postawiła

na twojej mogile – Wujku.

 

 

Płonące rośliny

*

cóż... trawa nie uniknie ostrza kosy

nie ucieknie przecież

 

potem grabi się trawę w sterty wysokie

i zabiera się ją na wozie

wygodnie

godnie

godnie?

 

**

część trupów

z głową przestrzeloną

Niemcy grzebali w ziemi

 

to chyba trochę godnie

 

***

a reszta trawy?

płonie!

płonie też lucerna

i żar wiatrem się niesie...

 

****

a Niemcy przecież też

palili trupy po zagazowaniu

bo nie lubili marnować benzyny!

i dym wiatrem się niósł

 

*****

niemym świadkiem losu trawy

zawsze jest ziemia –

widzi śmierć każdego źdźbła

---------------------------------------------

gdyby ziemia mogła mówić...

 

Wąż

Ja: Masz rozdwojony język!

 

Wąż: Odkrycie stulecia, jestem wężem!

 

Ja: A jednak mnie to dziwi...

Ćśś, nic nie mów – powietrze wiejące

w twoim gardle jest zatoką fałszu

i ślepą drogą

A właściwie, dlaczego źle syczysz?

Dlaczego szumisz i warczysz?

 

Wąż: Gardło mam chore i tyle.

Ja: Nie chcę słuchać już tych bzdur!

Bądź jak cisza nagich pól!

Zawiąże te twoje małe języczki w kokardki

i mocno zacisnę.

 

Twe kłamstwa będą słodko wyglądać,

i świetnie smakować.

Przerobię cię na deser, będę kroić, żuć

i śmiać! się zadowolona.

 

 

 

 

 

 

 

Arkadiusz Frania

Urodził się 4 maja 1973 roku w Przechlewie (obecnie województwo pomorskie). Poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki. W 1999 roku ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. W 2003 roku uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa (Uniwersytet Śląski). Opublikował: sześć zbiorów poetyckich („na przykład mnie nie ma”, 1994, 1996; „powiedz mi siebie”, 1995, 1996; „na zimnym uczynku”, 1999; „ale się nie budzę”, 2004; „zacząć nic od początku”, 2012; „Zbieracze lawendy. Wybór wierszy”, 2016), dwie książki prozatorskie („Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka”, 2010; „Rzeźby w maśle. Prozy z pamięci”, 2014) oraz cztery tomy krytycznoliterackie („»Solidne niefarbowane retro«. O poezji Tadeusza Gierymskiego”, 2004; „Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego”, 2005; „Poświatowska, Marjańska, Cichla-Czarniawska. Trzy szkice typu ziemia-ziemia-ziemia”, 2007; „Lipton story. Esencje krytyczne o sztuce pisarskiej Jacka Durskiego”, 2009). Wiersze, opowiadania i teksty krytycznoliterackie były tłumaczone na języki: serbski, macedoński, słoweński i angielski. Ukazały się też dwie osobne serbskie edycje utworów: proza „Asocijacije” (przekład Olga Lalić-Krowicka) i wybór wierszy „Na sudnji čas zakasni” (przekład: Olga Lalić-Krowicka i Vesna Denčić).

 

* * * (mówią o drugim brzegu...)

mówią o drugim brzegu

ruszaniu wpław z przeciekającymi dłońmi

z nieodprawionym bagażem

nieoclonymi pamiątkami życia

 

a ja chciałbym zapytać o brzeg pierwszy

czy jest skarpą

czy lekko można zejść z lądu w wodę

 

powinienem pamiętać ale wciąż czuję

jakbym żył nie otwierając oczu

i od niedawna uczył się czasu

 

siedząc w przeciągu

w ganku przy ogrodzie

* * * (zegarki chodzą w cały świat...)

zegarki chodzą w cały świat

na jednym „moskwa” na drugim „nowy jork”

na innych „kapsztad” „la paz” „tokio”

 

strefy południki obszary pola

kratki na mapie politycznej

strzępią się granice państw

masywy górskie i rzeki dzielą i łączą

narody plemiona osiedla

 

wszystko by uchwycić wieczność

jak geparda w pogoni za strusiem

 

nieznacznie rozstrzygam się

w kleszczach sekund

gdy patrzę na souvenir przywieziony z egiptu

sfinksa czuwającego przed piramidą

 

* * * (odpuść mi wszystkie moje wiersze...)

odpuść mi wszystkie moje wiersze

te napisane te których się wstydzę

te których nie poprawię

te niezatrzymane

wychylające się za parapet semiotyki

te istniejące jedynie w napięciu mięśni

w takcie odkładanego na komodę długopisu

te młode jak szczaw

jak stary lis chytre

 

odpuść mi boże moich wierszy

słowa stracone źle użyte

stojące w niewłaściwych miejscach

słowa zdobyte last minute z wyobraźni

 

odpuść mi panie

i pozwól nagrać świat na słowa

 

* * * (piszę...)

piszę

piszę wiersz

piszę pierwszy wiersz po dwóch latach niepisania

wierszy

 

idzie mi trudno

słowa stawiają opór

jakbym doszedł do muru i nie umiał znaleźć

dłuta i młotka żeby przebić się na drugą stronę

tego samego więzienia

 

litery wyrazy zalążki zdań

magazyn metafor i porównań zakurzony

zatrzaśnięty w sobie poruszam się po omacku

po ziemi którą kiedyś uprawiałem

 

nie wiem

może zapomniałem

może tylko zapomniałem

którą samogłoską zakończyć wers

na pewno za chwilę nadpłynie jasna chmura

i spadną jedynie trafne i niepowtarzalne figury stylistyczne

 

w niepewności graniczącej z rozpaczą

chciałem zejść do następnej linijki

ale nagle spadłem

na sam dół kartki

 

* * * (pisać trzeba wytrwale...)

pisać trzeba wytrwale

zajadle przedzierać się przez ciszę

która nie milknie nawet na spację oddechu

 

 

 

 

Anna Gajda

Urodzona 12 lutego 1993 r. w Olkuszu. Pisała od dziecka. Już w podstawówce miała pierwsze osiągnięcia i podpisywała swoją twórczość pseudonimem SASANKA. W gimnazjum zaczęła pisać swoje wiersze na stronkach internetowych pod pseudonimami JULIA i BEZIMIENNA. W szkole średniej zaś interesowała się modelingiem, więc brała udział w castingach i nawet reklamowała zakład fryzjerski w Olkuszu, wtedy też zamieszczała swoje wiersze na stronkach internetowych między innymi jako GRACJA (pseudonim). Poza tym, od małego też rysuje w różnych formach. Obecnie studiuje na dwóch kierunkach w Krakowie i dorywczo pracuje. W ubiegłym roku jej wiersze ukazały się w Antologii wierszy pod redakcją Ryszarda Mierzejewskiego pod tytułem jej wiersza – Wiosną słowa drżą najpiękniej.

 

 

Wiosną słowa drżą najpiękniej.

Codzien­nie każde słowo

roz­pi­sujesz na zap­rosze­nie

by moim jes­tem znaczyć swo­je życie

i z da­leka od zgiełku miast

na naszej ław­ce do przygarnięcia

wy­puścić spod po­wiek wiosnę

 

niech bos­kim pięknem

ser­ca w niebie kołysze

 

i już w przedsieniach

dzielisz się kromką sub­telnych słów

by zam­knąć us­ta wczo­raj­szym dniom

z pajęczyn cza­su prze­ganiasz zimę

uwal­niasz mo­tyle pragnień

by nie ut­knęły w marzeniach

 

dla­tego wiosną…

– słowa tak drżą

W ogrodzie twoich chwil.

Przej­rzyj się po­now­nie we mnie

prze­cież nie ma w tym nic złego

i po­każ mi świat swoimi oczami

 

– weź moich dni brze­mien­ność…

 

i po­daruj ciszę łąk kwiecistych

wpleć stok­rotki w mo­je włosy

te zer­wa­ne przed śniadaniem

 

– niech pachnie tobą mo­je życie…

 

dla ciebie będę świeżym kwiatem

w og­rodzie twoich pięknych chwil

tyl­ko otwórz go kocha­nie dla mnie

 

– bym mogła przyjść…

Kolorowe jutro.

Wyz­bieram wszys­tkie ko­lory wios­ny

niech z zachwy­tu zadrży two­je ser­ce

wierząc, że od daw­na do mnie należy

 

os­woję cię z każdym czułym dotykiem

roz­kapryszo­nym słońcem obejmę

aż mi uwie­rzysz... i razem

 

– zaj­rzy­my niebu pod sukienkę

 

podzi­wiając błękit w uniesieniu

wchłoniemy od­dechy, jak ciszę

kochając się wśród dzi­kich traw

 

i wple­ciemy jaśmin w bu­kiety zieleni

niech w sy­pial­ni pachną aro­matycznie

 

tak wyśni­my nasze jutro…

– i wy­pije­my je do dna

 

Wiosennie.

Ty­le nieobec­ności jeszcze w nas

w gąszczu nie naszych godzin

mi­ja ko­lej­ny dzień za dniem

 

a za ok­nem wios­na ra­dośnie sze­leści

 

tra­wa tańczy w rytm pożąda­nia

ziele­nią ku­si…

a mnie zniewa­la myśl o to­bie

i dob­rze mi w tym sza­leństwie

 

i dopóki słońce mam w oczach

roz­kołyszę się tobą pro­mien­nie

a gdy wieczór zakręci nam w głowach

nie pozwól, bym za­pom­niała

me­lodii bi­cia two­jego ser­ca

 

daj mi jut­ra słod­ki smak

i kochaj…

 

– wiosen­nie

 

Nasza cisza.

Już niedługo…

kwitnącą łąkę zadzi­wimy sobą

nies­ka­lanym ru­mieńcem

przer­wiemy jej ciszę

 

i będziemy czy­tać siebie…

 

stok­rotki w tra­wie

ob­nażymy ze wsty­du

pożąda­nie pro­wadząc w nieznane

 

dopóki wczes­ne dmuchaw­ce nie znikną

 

i tak… spełnieni, wyczytani

zam­kniemy us­ta me­lan­cho­lii

w chab­ry nieba – ubrani

 

zais­tnieje­my…

 

– łąki ciszą

Pin It