{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -
Anna Maria Musz

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Ab urbe condita

jeśli śnią się nam miasta to tylko nieistniejące
ale dziwnie znajome i skądinąd bliskie
z wyraźnie określonym celem

miasta więdnące gnące się w letnim upale
oślepione przez szyby rozproszone w mieszkaniach
pochylone wieżami pod ciężarem słońca
w ciężkich bryłach gotyku

miasta idące przed siebie całe sieci miast
jak kolonie żyjątek liczne a więc wieczne
punkty na mapach skupione śmiesznym sentymentem
lub chłodną kalkulacją

miasta porzucone określone przez trawy
i niepłochliwe świerszcze
puste czerepy budynków i triumf milczenia
po ludziach
gdziekolwiek poszli

wreszcie
miasta zgubione zaginione w piaskach
pączkujące dnem oceanu
którym dedykujemy wszystkie poszukiwania
gdy powracamy przed świtem


Teleportacja

tam gdzie nas nie ma rozkwitają słońca
znajomi wychodzą na taras popijając herbatę
wcale się nie starzeją wciąż mają małe dzieci

nakrywają do stołu
jak ostatnim razem
gdy przyszliśmy do nich rozmawiać o wyjeździe

tam gdzie nas nie ma
w naszym mieście
cisza
letni zastój
wypalone zaułki osłonięte od wiatru
i czekanie na burzę z bezchmurnego nieba

muzyka w pootwieranych oknach
prognoza która się sprawdza

tam gdzie nas nie ma porządek
zagłaskiwanie świata
przekuwanie w tradycję spontanicznych gestów
dzień w pojedynczych obrazach
zbiory miniatur po retuszu wykonanym z pamięci

tam gdzie nas nie ma
dokładnie w tej chwili
uśmiechają się cytują wiersze wychodzą na spacer
czytają ważne listy
myślą o wszystkich rejonach
w których kiedyś byli
i naturalnie wiedzą jak tam teraz jest


Ballada synkretyczna

tak surowe bywają tylko styczniowe świty
blade nieba i zmęczone okna
na wpół wyciągnięte z ciemności

siedzisz w mrocznych meandrach
we własnym mieszkaniu
i powtarzasz z pamięci sagę starych ulic

senne patrzenie w szybę
jest teraz podróżą i opowiadaniem historii
pamiętasz choć nie z imienia
wiele postaci podobnych do idących chodnikiem

tracisz niepilnowane granice własnego imperium
bo na rubieżach pamięci mylą ci się daty spotkań i odjazdów
domy w których kiedyś spędzałeś wakacje
zdania z ważnych rozmów

ważysz upadki znajomych dynastii
choć do pewnego momentu doskonale im szło
badasz jak wschodziły królestwa
których nikt nie czekał

przez moment
jesteś częścią wszystkiego co się tu spotkało
a wszystko przez chwilę współistnieje
w nieskończenie pojemnej przestrzeni kilku ulic

na powietrzu zawisły właśnie okiennice
z kiedykolwiek wzniesionych budynków
otwierają się na oścież nieobecne bramy
znane tylko z pocztówek
ludzie sprzed kilku stuleci wychodzą na bruk

a ty myślisz że jesteś ich korowodowi
niezbędną cząsteczką
czyli wcale nie pamiętasz za darmo



Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Paramnezja

idziesz tam skąd cię nie ma
znasz już podobne miejsca
w których nie byłeś jedynie przez pomyłkę losu

a może je odwiedziłeś
przelotnie
spacerując w nieznane
nieopatrznie wrzucając monetę
w białą kurtynę fontanny

odtworzyłbyś stąd dość sporo szaromiejskich pocztówek
choć wszystkie niewyraźne

nadal nie wierzysz w teorię wcieleń
która sporo tłumaczy w podobnych przypadkach
nawet w pamięć nie wierzysz
u ludzi takich jak ty
pamiętanie jest tylko wsteczną wyobraźnią

i na co ci te widoki
gdzie chcesz je pomieścić
wszystkie pozorne zdobycze
ważne z braku ważniejszych
twoje bez wzajemności


W podróży

mokniemy
na pustym wybłyszczonym placu
w asyście czerniejących rzeźb
ich przemilczane współtrwanie
to przecież żadna obecność

falujące ciała
na pomostach i balustradach
nad wodą i ziemią
rozmywane w przestrzeń ku niebu i nam pod stopy

od wody jest im przecież bliżej do powietrza

coraz dłuższe coraz gęściej drżące
wszystkie tańczą do jednej nieznanej melodii
na dowolnym dziedzińcu w którymkolwiek mieście

popatrz więc tutaj cię dopadł
wymyślony kiedyś
twój
wenecki karnawał


Mnemotechnika

podobno aby coś sobie przypomnieć
trzeba powrócić do punktu w którym się o tym myślało

no więc wracamy w miejsca
gdzie jeszcze byliśmy dobrzy
i ufaliśmy zjawiskom
dziś nieistniejącym

przed nami kolonie siedliska
życie pod mikroskopem w obiektywie nieba
niedostrzegalne związki
stopniowo wyłuskiwane
z pejzażu ulic

i ta czułość pod skórą
widocznie dawno wszczepiona
teraz nagle odkryta

i ludzie
tyle znajomych nazwisk o całkiem nowych imionach
krew odświeżona napływowe twarze
ale też oswojone wieczne
zawsze w tych samych oknach

i nasza cudowna niewiara w przepowiednie
wróżby przesądy magię liczb
według których mieliśmy wyjechać na zawsze
wbrew którym właśnie wracamy


Znikąd, zewsząd

czekaj zawsze do końca
nie warto się spieszyć
spójrz smakujemy teraz soczyste przymierze
z chłodnym powietrzem

w rozbielonym świetle chodzimy niewyspani
drzewa śpią na stojąco
znikąd i zewsząd trzeszczą szaro schnące trawy

składamy się jak do strzału
w obiektywie zamglone fronty domów ale widać okna
wiemy że jeśli przez nie patrzą to patrzą na drzewa
dzień kręci się w kółko
wokół resztek które zostały na zimę

znikąd zewsząd przyszliśmy
znamy każdą drogę i czekamy długo
żądając wtajemniczenia

znikąd zewsząd w oparach i dymach
nadlatują ptaki
puste perony liczą na próżno na pociąg
rdzewieją stare dachy
i stoją na drogach ballady
romantyczne ballady

tak teraz je widzimy




Rekonstrukcja

potrzebujemy pewności czasem tak się zdarza
że musimy potwierdzać prawo do terytoriów i rzeczy
i wiedzieć czy wszystko co nasze
naprawdę miało być dla nas

zaczynamy od końca
język się nam przejadł
rozsypują się całe litanie wyuczonych zdań
dobrych na każdą okazję

sens naszego milczenia pogłębia się stopniowo
jak muliste dno rzeki
coraz trudniej odtworzyć osobne zdarzenia
składające się w zadawnioną nieufność do świata

wprawa przechodzi w rutynę
oczy zachodzą szkłem

a jednak jesteśmy nie do podrobienia
nawet w dziedzicznych rolach
nawet jeśli niepewni
i dobrani z przypadku

 

Wuauquikuna
Pin It