Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Czytałam w nocy twoje wiersze

 

 

J.K.

 

Poczułam serce, jakbym je jeszcze

miała na tę krótką chwilę, na czułość,

z jaką patrzyłeś na żonę wymiotującą

do miednicy pod szpitalnym łóżkiem,

umierającą dosłownie, bez przenośni.

 

Nigdy nie szukałam Boga, najpierw było

go za dużo w drewnianej kołysce, a potem

nie mieścił się na cieszyńskich uliczkach,

za wąskich na wiarę. Szukałam przyjaźni

i dojrzewałam do rozstania.

 

Może gdybym umiała oswajać przestrzeń,

dotykać zmarszczek, zatrzymałabym na chwilę

siebie na brzegu Olzy, do której spływał słowami

twój Bóg. Usłyszałabym śmierć. Bez niej

jestem dzisiaj jak poganka.

 

 

 

Niewiele wiem o umieraniu

 

Do rzeczy używanych

wrzucam twoje rękawiczki.

Mam je na wyciągnięcie palców.

Jestem zazdrosna o dotyk.

 

Zlizuję z nich linie papilarne,

aby zobaczyć jeszcze raz,

jak światło wnika w twoje dłonie.

 

 

 

 

Resztki

 

Jesień już panie a ja nie mam domu

 Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

 

Poranki dzwonią chłodem, ulicami ciągną mgły,

zamiast oczu tylko kulawe kieliszki,

pod nogami coraz więcej pustych butelek,

a w mokrym korytarzu nawet psa nie spotkasz.

 

Uwiera mnie ta młoda  jesień, narywa w kościach,

dławi  liśćmi. Zlizuje pot z twarzy, rodzi

śliskie kamienie, w których lęgnie się milczenie.

Koniec jest biały jak śnieg, lekki jak piach.

 

 

 

W stronę dzieciństwa

 

 

Na stole fajansowa miska 

wypełniona parującym mlekiem, 

przy której dwa wygłodniałe kociaki. 


Powietrze pachnie łąką, 

prawie cicho, jakby nas nie było. 

Wilgotne futerka i pajęczyny kurzu 

czepiają się dłoni. 


Czy powiedziałaś coś? 


Czekam w smudze światła, 

które zawsze ufnie 

wyciąga się ku mnie.

 

 

 

Emigracyjna kariera powstańca

 

Teraz Europa jest jego domem,

w przeszłości zostało najważniejsze,

dla niej może zdobywać i tracić wszystko.

Nadzieję też, ale dopiero na końcu.

 

To jeszcze nie jego miejsce,

ma obce kształty i ciężar kamieni,

i nie jego czas –

wykwita pleśnią,

pączkuje  jak drożdże,

rozrasta się i gęstnieje,

jakby odpryski innych światów.

 

Będzie długo żebrał o kapkę sensu,

której nie znajdował w modlitwie.

Byle doczekać ojczyzny –

jest pieśń, ale nie ma wiary,

tylko tęsknota pali jak wódka,

rozpala gorączkę.

 

Stracił głowę – jak wszyscy ci narwańcy.

Wśród smrodu nieświeżych ubrań, szeptów,

nienawiści zmartwychwstańców,

pogardy pobratymców

(jakie to polskie)

przepadło wszystko.

 

Umrze na obczyźnie.

Z gorączki zostanie płomień świecy.

 

 

 

Portret sentymentalny

 

Babci Zuzannie

 

Stareczko, co dla twych synowych

byłaś prawdziwą niewdzięcznicą,

suchą miotłą z chudym warkoczem,

a przed prawnukami ukrytymi pod stołem

potrafiłaś paść na kolana.

 

Pamiętam pierwsze mokre razy,

gdy porwałaś mnie nachyloną

ku tajemnicy studni

i trzymałaś w bolesnym uścisku,

a potem błagałaś Pónbóczka

o darowanie win.

 

Straciłam twoją dziedzinę z oczu,

teraz wraca w strączku grochu,

w zapachu matki lawendowej,

niegodnej, niesytej macierzanki,

żółtymi sodziakami na liściu kapusty,

które bielą się cukrem jak szronem.


 

 

Małgorzata Wójtowicz

Autorka tomu poezji „Jeszcze” wydanego przez Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu. Debiutowała w „Miesięczniku Literackim”, jej wiersze dwukrotnie prezentowano w Polskim Radiu Rzeszów. Publikowała na łamach „Super Nowości”, kwartalnika „W Kręgu Mieleckich Humanistów”, a także na stronie internetowej „Nowych Myśli” i „Babińca Literackiego”.

 

 

 

 

 

 

 

Pin It