fwroclawski039
Filip Wrocławski

 

 

 

Maciej Porzycki

 

Gadanina

 

Miejska skóra

mocno naciągana

gęsto porośnięta

szyldami i reklamami

które się mienią

i zmieniają

jak łuski

 

gada

szkoda

gadać

 

 

Klepsydra

 

Wróciły stare czasy

odkąd przybyła tu

dawna przyjaciółka

 

przewrotna z natury

trochę się sypie

ale zna miarę

 

ma takie prawo pól na pół

syjamskie

 

zawsze wyciszona

nie wymagająca

zajęta piaskiem

 

zgrabna forma

czasu przeszłego

 

 

Piotr Prokopiak

 

                                  Tymkowi

Słoneczna woda

 

schwytany w istnienie jakby

mimochodem. tka ze swojskiej zieleni

harmonogram odmienności. powiedz my

powiedz ty. autystyczne pięcio-

(wcale nie)letnie oczy znow widzą mnie

pierwszy raz. za płotem już tylko praświaty

i abstrakcja. transcendencja niedościgniona

dla palczastych czołenek. chwilami wrasta

ogłuszony wiecznością tak bardzo obecny

w nieobecności. wspina się

nagina rozczochrane łodygi. niczym relikwie

unosi rozety słonecznika ku beczce

z deszczowką. karmiąc żołtymi łezkami

odbicia polatujących ptakow. wypowiada

tajemną formułę. na wspak

nabiera sensu filozofia

absurdu.

 

 

Pocztówka do Violi

 

przywrociłaś mnie światu

już nie chodzę bocznymi ulicami

z workiem nabrzmiałym od przeszłości

nie nawykłem do nadziei

na jej terenie czuję się jak imigrant dlatego

patrzę w ciebie i karmię się

każdym posłanym mi rozczuleniem

czasem pod sercem

uwiera jeszcze zadra starego kraju

a dawne wiersze czytam

jak listy proskrypcyjne

wtedy opatulam cię oddaniem

wdycham aromat twej całuśności

i sam nie wierzę

że uwierzyłem

 

 

Zdzisława Jaskólska - Kaczmarek

 

 

Listopady II

 

Zranionym ptakom

wszystkich listopadów

 

Poezja miasta nie przynosi ukojenia

 

Na moście który nikogo nie zbliża stoimy

dwa rodzime drzewa –

ja brzoza północna przez liście opuszczona

ty dąb jeszcze krzepki

południowym wiatrom przypisany

 

dróg wiele a pójść nie ma dokąd

garniemy się do siebie jak dwa

zranione ptaki

bo to już listopad zima

nadchodzi mgła w oczach krew

stygnie śnieg we włosach

a my z dala od stada.

 

 

XXX

 

Tu dobrze milczy się we dwoje

opiera się zmęczone ręce

pijaną głowę

 

kroi się chleb

liczy pieniądze

pisze

coraz rzadsze listy

 

tu ustawia się krzyż

świece i wazon z kwiatami

 

stąd

spod nisko zawieszonej lampy

wyrusza się w nieznane światy

by powrócić

fotografią

 

Jeśli będziesz wierszu choćby podkładką

pod chybotliwą nogą domowego stołu –

chwała ci za to

to bardzo przyzwoita rola i pogódźmy się z tym

 

 

Elżbieta Gałęzewska-Krasińska

 

 

każda starość jest inna

 

każda starość jest inna

każda jest wypełniona dżemem

konfiturą przeżyć (za moich czasów…)

 

każda starość siedzi w słoiku

i smakuje

albo złorzeczy

 

niektóre przetwory ludzkich emocji pleśnieją

- wyrzuć je żeby się inne nie popsuły –

 

każda starość jest inna

zjada się od środka

otwarcie słoika może ją uratować

 

            świadomość słodyczy dobra

            potrzeba wspólnych posiłków

            od czasu do czasu

 

ale

nie wkładaj oblizanej łyżeczki

do serca

 

x   x   x

 

ja bym się tak do słów nie przyzwyczajała

są tylko środkiem wyrazu

plecakiem naszej pamięci

ewoluują opalizują

rodzą się i umierają

a te wszystkie modyfikacje genetyczne

źródłosłowie

zabawy na żywym organizmie

wiersza

sto-noga

sto-słowia w formalinie

 

 

Maria Magdalena Pocgaj

 

Nie wiem

 

Ile jeszcze wschodów i zachodów

rozpali się we mnie i zgaśnie

ile nieznanych ścieżek

połasi się o moje nogi

z ilu listów jesieni

sczytam barwę i zapach

ile razy poczuję na powiekach

akupunkturę śniegu

 

ile wierszy przede mną

ile świerszczy w zbłękitniałej trawie

jak długo

będę w twoich myślach

 

nie wiem

 

tylko na niebie samotny ptak

wie

dokąd leci

 

 

Mennonitka

              Elżbiecie Purzyckiej

 

O świcie

gdy na piasek wciągano skrzydlatą łódź

już tam była

 

napełniała kosze śliskim srebrem

ignorując zaczepki rozochoconej bryzy

 

biały czepek furkotał jak wielka

wisząca w powietrzu mewa

wzdymał się żagiel płóciennego fartucha

 

rybacy śmiali się że bez niej

nie daliby rady

a ona z rumieńcem pierwszej zorzy

wsiąkała w zapach świeżych ryb

 

teraz przypomniało o niej morze

wyrzucając na brzeg

parę małych

wykutych w lodzie sabotów

 

znalazłam je w słonym słońcu

wśród zamarzniętych

kryształowych form

                                  Stegna, luty 2013

 

 

Krzysztof Galas

 

Czas i miejsce

 

Najpierw wystarczy

świadomie celebrować noc

niemalże wątpić w nadejście

nowego dnia

 

Później

kiedy świt obudzi dobrotliwy uśmiech

trzeba wytrwale ścierać kurze

z mebli i obrazów

osuszać drobne łzy na policzkach

hojnie rozdawać pocałunki

 

Wreszcie na koniec

najlepiej jakoś pod wieczór

zapomnieć o bólu ramion

usłyszeć echo wytęsknionych kroków

na drodze do celu

Uznać właściwy czas i miejsce

 

 

Modlitwa o błękit

 

Ten dom miał mieć jasne pokoje

pachnące drewnem podłogi

i gładkie poręcze na kręconych schodach

 

Nie ma domu ani mebli

jest nowa epoka

dawno już nie moja

 

Nie rozumiem tego świata

i rządzących nim praw

 

Codziennie modlę się o błękit

co ukłułby ślepe oczy

chłodną barwą

i oczyścił głowę z wątpliwości

 

Przekwitają moje sady

noce ocierają się o  bezsenność

świty pachną zniechęceniem

 

Kłaniam się losowi

czuję rosnącą wdzięczność

za każdy kolejny zanik pamięci

 

 

 Anna Andrych

 

Dotyk

 

Telefony bez przerwy w mojej głowie

plączą myśli zrywają Dniem i nocą

zszywam je nićmi skradzionymi

na oddziale chirurgii słowa Dziesiątki pytań

odpowiedzi koniecznych tu i teraz Płonę

nad brzegiem morza niemożliwości Gorzka sól

pokrywa nagie stopy jest jak brzytwa Wystarczy

jeden nieostrożny ruch Wczoraj zdarzył się cud

Uniosłeś mnie śmiało niczym ptaka błękit nieba


Telefony uwierają moją głowę owijam je

z pasją wokół palca wskazującego Każda

myśl drąży umysł płonę Księżyc we mnie

zamiera a chciałabym żyć Usłyszeć

bicie serca w kamieniu oddychać

trawą po deszczu położyć na języku słowo Ważne

Tylko od ciebie telefon ratuje mi życie Twój

dotyk jak skalpel zabija rdzeń płomienia

 

 

 W mroku Poznania  Poecie N.

 

biegnie z Piastowskiego ku rzece

dogania go rechotanie żab

ponad stawem przy trzeciej desce

 

nosi w sobie

wyraz oczu ojca

zastygłych kiedyś nagle

na skraju chodnika

 

mrok

ogarnia dom

zielone skarpy nad Wartą

 

odsuwany na margines

poeta

szuka w pamięci

wierszy Babińskiego

 

w każdym błysku wody

dostrzega dno

 

przy Moście Królowej Jadwigi

schody

 

u ich szczytu

zapłakana matka

 

 

Dominik Górny

 

Przed dojściem na szczyt

 

Przestaję

wierzyć życiu

kiedy grzechem

owoc sztuczny

bez pestki

która dzieli miłość

na dwa raje

 

Żółte światła marzeń

w południe

dzień przyspieszają

 

(przechodzisz

na czerwonym

znaku stopu?)

 

Kropla deszczu

większa od łzy słowa

co drąży stan wahania

 

Droga

kończy się tam

gdzie się sam zatrzymasz

 

Widok z mojego okna

 

Taki widok jak ten

nie jest na chwilę

 

wieczność teraz

uczy się żyć na ziemi

 

Nie wiem ile jeszcze wiosen

spóźni się o jedną miłość

 

ile dnia będzie mieć

w sobie mój dzień

 

Opieram się o parapet

nieba powszedniego

i patrzę na horyzont –

 

Księżyc po swojemu

księżycuje

 

noc koncertuje gwiazdami

 

smyczek wiatru rozpala

nagie struny wierzb

 

i tylko mały świerszcz wie

że w kasynie życia

ważniejsza gra

niż wygrana

 

 

 Jerzy Grupiński

 

                 Wiersz ze śniegu

 

                                                            Mówię – bom smutny –

                                                            i sam pełen winy

                                                                            Juliusz Słowacki

 

Pada śnieg na twarze

na wiersze nasze dzieci na tomiki

Na mowę – trawę

i wyraz co w literę się waży

Zołzy zawiści zawistki i zajady

polemiki i panegiryki

Na kupione recenzje ukłony

wychodzone wymodlone krytyki

Peleryny pierścienie w turniejach

puchary berła i patyki

 

Śnieg – i papier trzeszczy

jakby rechotał ktoś pukał się w głowę

albo klepał po plecach

golono – strzyżono sonetów trawniki

i przekłady jeszcze na obce języki

A debiutantka zalotna sprzed lat

- kula papieru rzucona do kosza

wciąż rośnie jak lawina puchnie

zagarnia słowa godziny i dni

W noc z czarnym kłamcy językiem

ogon podwójny zawinięty w literę

jak upiór się śni

 

Padaj śnieg – jakby ktoś

rękopis daremny biały darł

Na żywo wyrywał lotki

wydzierał i sypał litery

- z kalendarza kartki

Kocha lubi szanuje

pisze milczy żałuje

nie chce nie pamięta żartuje

 

Śnieg

Ale są może jeszcze puste kartki

gdzieś nowe zęby mądre książki

szkła co widzą ostro i daleko

i słowa – wargi które mówią

Może są jeszcze gdzieś drzwi

które uderzone boleśnie

nie bolą nie pamiętają nie cierpią

                                                    IV 2015

 

 Edyta Kulczak

 

moje małe opakowanie na pierwiastki

 

nie smuć się maleńka

nie obchodzi nas przecież że tysiąc lat świetlnych dalej

zderzają się właśnie planety gaśnie gwiazda gęstnieją

czarne masy energii

z perspektywy Proksima Centauri Betelgezy

czy nawet Księżyca nikogo nie obchodzi

że makami zakwita twój uśmiech

odszedł tata rozwiązałaś zadania w konkursie

a mama tworzy filozofie że cieszy się gdy płacze

bo jesteś

z perspektywy Proksima Centauri Betelgezy

czy nawet Księżyca

nikt na to nie patrzy

 

 

jeszcze chcę mu powiedzieć

 

czekam na niego jak oblubienica na oblubieńca

albo współcześniej panna roztropna czy mądra

zostawiam uchylone drzwi znoszę skwarliwe słońce

i chłodny wiatr wieczorami zapalam latarnię

może przybyć z daleka

modlę się żebym go rozpoznała żebym

nie zapadła na syndrom szukania po domach i ulicach

błąkania się na koniec miasta gdzie wszyscy

z oczywistością pukają się w głowę gdy mnie widzą

 

za bramą strumień powalone drzewo most

ołtarz natury zdjęty z pamięci która nie gubi słów

pośpiesznie wszystkie donosi i odnosi

zbyt pośpiesznie może

 

 

 Anna Landzwójczak

 

stół

 

oparty o ścianę
na wszelki wypadek
w razie gdyby
ugięły się pod nim
wszystkie cztery nogi


po uderzeniu pięścią
w blat

 

 

jarmark

 

na straganie jarmarcznej próżności
owiniętej kolorową bibułą
rozkrzyczane purpurowe koguciki
napuszone indycze piersi
zdobne w sznury błyszczących korali
gwizdki trąbki gdakanie beczenie
i miarowe klakierskie oklaski


zatkać uszy cukrową watą
oczy przykryć tekturową maską
uciec


uciec najdalej

 

 

Kalina Izabela Zioła

 

Złoty sen dziewczynki


               Edycie Kulczak  (najkrótsza recenzja książki "www.john")


to było jak sen
uśmiech jak z Hollywood na kolorowej fotografii
w tle zaśnieżone wierzchołki gór nieznane krainy
i słowa które otwierały drzwi do zaczarowanych ogrodów

 

chowała pod poduszką nocne szepty z telefonu
przewiązywała je łańcuszkami sms-ów i czekała
czekała i tęskniła i chciała i wiedziała była pewna
budowała zamki z lodu i tęcz

 

aż przyjechał na srebrnym koniu
w błyszczącej zbroi opalonej innym słońcem skóry
złożył u jej stóp najpiękniejsze róże świata i był
był tym którego wymarzyła wyśniła

 

zaczarował szare dni i zamienił w bajkę
rozumiał jak nikt i pragnął być tylko z nią
wszyscy jej zazdrościli taka to ma szczęście

 

postawiła go na piedestał żeby bardziej błyszczał
by mogła go lepiej widzieć bardziej mieć

 

lecz jesienny deszcz zmoczył jego pozłoconą skórę
i zaczęła się łuszczyć
pod pozłotą nie był już taki jasny taki bez skazy
zaczął rdzewieć powoli tracił swój idealny kształt
rozsypywał się

 

słowa brzmiały inaczej
uśmiech wykrzywiał drwiąco te idealnie zarysowane wargi
dłonie nie były już gorące i czułe
a nocny szept drażnił przerywał sny

 

nawet wspomnienie dalekich wysp i szumu palm
przestało cieszyć jak zabrudzona jedwabna wstążka
nie mogła odszukać rozsypanych koralików
i dawno zgubionych dni

 

drżącymi wierszami zmiotła resztkę pyłu
z pustego już cokołu

 

Jak kruchy lód

 

napisałeś

że jestem dla ciebie

krucha jak... kwiat kaliny

 

przysłałeś mi

białą gałązkę

i swoje serce

 

nie wiedziałam

że były z lodu

stopniały

pod moim spojrzeniem

 

słowa

kruche jak lód

 

 

Elżbieta Tylenda

 

Tam gdzie cicho i sterylnie

 

tam gdzie nie ma tła dotrzeć do granicy istnienia

                      dotknąć wrócić i nie zrozumieć

 

kontrasty przechodzą w szarość zlewają się 

w czerń lepką od potu skrojoną krawędzią piekła

ledwie rozróżniam kontury

 

słychać odgłosy huśtawki na skrzypiącym drzewie

należą do mnie jak ból strach i drewniana huśtawka

nie poczułam ukłucia namierzam jasny punkt i

oto jestem zmodyfikowaną ćmą

z zawrotną prędkością pokonuję tunel

wracam przenikam dzielącą zasłonę

 

prostokąt okna odlicza świty

mgła powoli znika

tajemniczo

jak w zielonej dolinie

 

 

Przemieszczamy się

 

w kierunku ciepłych prądów wszystko kruszeje

bieli przez dotyk jak skrzydła gipsowych aniołów

porzucone cienie umykają w szczeliny

 

gdzieś niedaleko pachnie wata cukrowa

mały chłopiec podnosi głowę

śmiejąc się do baloników spuszczonych z uwięzi

znalazły drogę – dwa punkty znikające

w nadmiarze słońca

 

drewniane konie wirują wolno coraz wolniej

z kieszeni wysypujesz pokruszone figurki

eto maja dusza

nieśmiertelna „kalinka” porywa do tańca

wycierasz białe palce o jeansy

zostawiasz ślady na mojej bluzce

 

przez jakiś czas tu zostaniesz

 

 

Pin It