Pierre Alferi - wiersze w przekładzie Krystyny Rodowskiej

 

 

Jesteście zaproszeni

 

                                                               

Dzień rusza zamaskowany.

Doznanie bardzo mocne i bardzo subtelne.

Dzisiejszego dnia

Noc

Widać w niej mechanizmy

Przeciążenie czasem.

Nabieramy wody płyniemy prosto

 

Na lodowiec

 

 

 

 

  Dzień rusza zamaskowany

  Po zbyt wąskich szynach. Zdecydowanie

  Nie wygląda na swoje lata, co nie znaczy,

  Że się starzeje. Gdyby tak wystarczyło

  Podstawić lusterko pod  za mocne światło,

  Żeby czytać na opak. – co? No przecież

  Nie prawdę. Po prostu kilogram pomidorów

  Waży trochę mniej, lub trochę więcej. Odgłosy

  Miasta z minuty na minutę przechodzą

  W chorał dnia, który rozlega się niepewnie

  W riffach z naoliwionej miedzi. Aranżację

  Czuć potem a big band w patetycznych smokingach

  Naśladuje orkiestrę klasyczną – Tak, tak, w tej kolczudze

  Wygląda pani zachwycająco, przysięgam. Nie mówię

   Że coś nie gra, może zatańczymy? Sąsiad pani przy stole

  Uważa, że muzyka  nie jest dość nowoczesna, woli przeglądać

  Kolorowe pisma. – Tak więc za trzy lata nie będziesz

  Lubiła tego co teraz lubisz. – Nie,

 To nie takie proste. Lubię, mówi sąsiad, doznania

 Bardzo mocne i bardzo subtelne, jak zapach

 Na wysokich obcasach który owiewa salon,

 Zapach tego dnia. Później

 Gdy wystrzelą korki od szampana ja wiem

 ( A ta wiedza zepsuje mi przyjemność jeszcze całkiem

  świeżą), że chodzi o butelkę z niedobrego

  Rocznika. – Widzę. Coś takiego nie zdarza

  Mi się nigdy, boję się wtedy, albo jestem zdana

  Na łaskę rzeczy straszliwie ulotnych. Wody, która wrze

  Zanim podniesie się jej poziom w dzbanku na kawę, słońca

 Gdy rozlewa się plamą na dywanie wątpliwej czystości,

  Widelca, który dzwoni o cynową miskę

  Z podrobami dla kota, co wprawia go w stan ogłupienia.

  Daję tylko przykłady. A to, widzi pan,  nie ma dużego związku

  Z kulturą. Ja przestałem czytać. W każdym razie

  Zrobiłem to w nadziei ze się poczuję – jak? – no po prostu

  Poczuję się. Są ludzie którzy wkładają swoje polaroidy

  Do zamrażarki, źle się starzeją, to notoryczne, ale

  Proszę nie brać nierealnych kolorów za chęć opóźnienia

  Chwili kiedy znikniemy z powierzchni. Lodowiec, zorze polarne.

  Czas upływa bezbarwnie tylko w zmiennej

  Temperaturze. Gdy przychodzą mrozy,

  Zaczyna śmierdzieć olejem do smażenia. W zmywarce do naczyń

  Zostały dziwne skrawki czegoś jak cząstki

  Meteoru obok odpadków już bardziej ludzkich

  Są takie dni. Co do tego, jesteśmy chyba zgodni?

  Zresztą światło raptownie zgasło

 W barze, to znak, że przechodzimy na inny

 Czas i letnia godzina, ta piękna oszustka., wybiela

 Słoninę wieczoru, ustalając długość porannego

-         Dobranoc, śpij dobrze, kochanie. – Jeżeli to rozkaz

Wiedz, że się zbuntuję. Kapitan jest na samym dnie.

  W tej brei nawet kotka nie znajdzie swych kociąt.

  Nie widać portu skąd wypłynęliśmy, ani miejsca

  Docelowego. Dzień wczorajszy wystawił mnie do wiatru. Jutro

  Jutro ( Przeminęło z wiatrem)

  Będzie inny dzień. Ta noc, cóż to za horror

  Nieopisany, nie uważasz? Ty śpisz.

  Nie dlatego, że przywołuje myśl o śmierci, samotności

  Nawiedzanej wspomnieniami dzieci-  takie mysli zaludniłyby bezsenność

  W której widać mechanizmy wczorajszego dnia.

  Widziany z pokładu cały ocean się zmienia

  W maszynownię i w każdej wieżyczce strażniczej

  Amorficzna nieciągłość godzin torturuje

  Spienione fale. Gdybyż on to wiedział. Ani jednej

  Interesującej paniki, trwogi à la Heidegger, jak powiedział

  Znajomy który już nie śpi: bazar, składanka sadystyczna

  Najbardziej kiczowatych piosenek na falach Radia Retro.

  Przeciążenie czasem. Czy rozumiesz, że muszę

  Obudzić cię, kochanie, potrząsnąć tobą mocno

  I pokazać ci, że dzieje się coś niesamowitego.

  - Co takiego? – Nabieramy wody, płyniemy prosto

  Na lodowiec i nic, ale to nic nie widać na

  Horyzoncie to właśnie jest straszne. Titanic

  Według niektórych źródeł nigdy nie zatonął,

  To chodziło o inny okręt , prawie

  Identyczny, który podobno jacyś podejrzani

 Armatorzy nazwali tak samo, licząc  że zatonie bez ofiar

  A oni zainkasują premię. Titanic – prawdziwy

  Do dziś zapewne kołysze się na spokojnej redzie

  Nie wiadomo gdzie. Jest taka pocztówka

  Pokazująca statek na wpół zatopiony – Cabiria

  Albo Caribbeau, na nim wielkie litery napisu

 „ Jesteście zaproszeni”. Chodziło o inaugurację

  Eleganckiej knajpy. Długo myślałem, komu by ją posłać,

  Rzecz jasna – kobiecie. Przyznaję, że się utożsamiam

  Dosyć z tym okrętem, już bezimiennym, pozbawionym big bandu

  Który kiedyś zatonął, wciąż tonie w naszych głowach i

  Nie może zatonąć. Zwłaszcza, gdy jest wieczór: wieczorem

  Robi się sentymentalnie. Ciągle mam tę pocztówkę.

  Wygrałaś ją w pocie twego snu.

 

 

 

 

 Demon subtelności

 

 

Teraz jeszcze nie czas

     Żebym ci powiedział coś na co czekasz

         Zbliża się pora twojego spotkania

Każdą rzecz

 On najpierw wyciąga za włosy by ją potem dzielić

Na czworo

Nie lubię tego faceta.

 

  Dobra, to na razie. Teraz jeszcze nie czas

   Żebym ci powiedział coś na co czekasz

  W tym albo w innym sensie.. Na szczęście czekanie

  Ma wiele możliwości  naraz w tym ogrodzie gdzie pośród

  Stada kruków, rodzin szpaków, kosów

  I japońskich wiśni których cień się bieli,

  Nie brakuje atrakcji międzynarodowych. A zresztą

  Zbliża się pora twojego spotkania, widzę go, nadchodzi.

  Już ja bym go rozpoznał, na dwieście metrów stąd

  Choćby po tym, że nie wygląda na to by miał się tu zjawić,

  Lawirując wśród kwietnych rabatów, wykręcając głowę

  We wszystkich kierunkach z wyjątkiem właściwego

  Jak sikorka czujnie skacząca po ziemi

  A przecież na ziemi ani samolot nie jest samolotem

  Ani sikorka sikorką. Kręte ścieżki alpejskiej zagrody

  Przysporzyły mu fałd i nierówności  na mózgu

  Miniatura himalajów zawieszona nad chinami

  Kałuża jest jeziorem bajkał z półtorametrowym

  Stepem i lilipucimi kobietami które

  Mijają się nie widząc oddzielone od siebie karzełkami drzew

  Na trzech tarasach. Udaje że ciebie nie zauważył

  Boi się że przyjdzie tu za wcześnie i gdy uściśnie ci dłoń

  Zwieńczy tym gestem dość przedziwny ukłon

  Woltyżerki, z jedną stopą do środka, z ramieniem na plecach,

  Z podbródkiem uniesionym z profilu. Jeśli mogę

  Dać ci jakąś radę, nie opowiadaj mu w żadnym wypadku

  Anegdot jeśli nie chcesz potem usłyszeć ich z jego ust.

  Tak bardzo lubi puzzle i spisy wykopalisk

  Ze zadowala się jak sądzę przeglądaniem wykazów

  Z nerwowym tickiem szczęścia lecz nie sprawdza ich nigdy.

  W szkole nazywano go aniołkiem-ekstrawagantem

  Bo na pytanie „ jak ci leci?” odpowiadał

  Jak porąbany: „ umarłem”, albo, jak miał w zwyczaju :

„ to jest skomplikowane”, panie Waldemarze. Populacja

  Skrzydlatych miota się teraz za bardzo w powietrzu, ptasie

  Zdanie zawisa w eterze na własny użytek. Rozumiem że one

  Odpowiadają sobie na zasadzie porównań bez końca coraz bardziej

                                                                             lotnych

  Lecz należących do różnych gatunków. Nie ma i nie będzie

  Nigdy tłumacza który byłby w miarę poliglotą

  Człowiek sprawia wrażenie ulotnej hybrydy

  Na którą inni są głusi, chimery tępawej

  Jak muł. Spójrz no tylko jak sunie

  Zygzakami wśród dalii i bratków jak bilardowa kula

  Jak pies podczas gry w kręgle, jak jak.

  Nie sądzę by cokolwiek upolował pośród

  Tych roślin z etykietami, wśród olbrzymich kryształów.

  Każdą rzecz  najpierw wyciąga za włosy by ją potem dzielić

  Na czworo. Śmieszny z niego szpaczek, tak bardzo

  Bezwzględny, a przy tym co za nudziarz. Już idę już idę.

  A tymczasem zatapia cię w szczegółach. Od niego do ciebie

  Wcale nie jest daleko, tyle że on kręci. W miarę jak nadrabia

  Spóźnienie widać lepiej te przygruntowe skarby

  Które wasza randka użyźnia, czekanie rośnie

  Rozgałęzia się i pączkuje, już powtarza się szeptem wybujałe

  Rozmowy które zaraz nastąpią, chociaż  godzina także jakoś kręci

  Kwadrat klombu zamienia się w dżunglę jurajską

  Której bez maczety nie pokonasz. Wyjdzie stamtąd wprawdzie

  Silniejszy i bardziej inteligentny, wysmukły, splątany,

  Tak, zupełnie jak liana lecz przy użyciu takich oto technik

  Nie dojdzie nigdy lub późno albo tak wykończony

  Że nie wydusi z siebie ani słowa. – Gdzie byłeś?

 Gdzieś się podziewał? – Blisko stąd, to najgorsze z możliwych

 Wytłumaczenie. Jak dwa razy dwa jest cztery – pomyślisz

 Że nie śpieszy mu się do ciebie. A jeśli mu się  zbierze

 Na wyznanie  w końcu że cię kocha

 Nie panikuj bo zacznie pewnie od pogody

 Jak człowiek bez właściwości potem się pożegna

 Nagle w poczuciu że był nazbyt śmiały

 I zostawi cię pogrążoną w niespokojnym śnie.

 Naturalna kakofonia, pstrokate bukiety eksplodują

 Kaleczą ci uszy, oczy, grają ci na nerwach.

 Tak piękny ogród zepsuty przez czyjąś manię

 Przesadzam? Przynajmniej starałem się ciebie zabawić

  Opowiadając ci zwyczajnie jak ( na niego) czekałaś.

  Bez wybiegów z wyjątkiem jednego. Teraz wrócisz

 Aleją pod górę aż do wejścia mimo tej szaleńczej

 Gry świateł pasma bizantyjskich świergotów

  Do tego dziwaka który je z siebie wyrzuca

  W regularnych odstępach.

  Nie lubię tego faceta. Ten facet to ja.

 

 

 

 

 Obrona poezji

 

 

 

To się dzieje

Tutaj

Między wyrazistym wrażeniem a podskórnym doznaniem

Wchodząc

Namieszałeś w tej odwiecznej grze między duszą

A   pejzażem

Potrzebuję więc ciebie żeby dalej iść

 

 

 

  Co za szczęście widzieć jak nadciągasz

  Na moje terytorium, zamieniasz w przelocie

  Kilka nieważnych słów z karłami

  Tego ogrodu. Ludzkie postacie zamilkły

  W zabudowanej części posiadłości

  Na granicy pewien stary człowiek  ledwie

  Mógł się skupić na czynności odcinania

  Nożem szwajcarskim ogonka od banana

  Z nalepionym na nim kreskowym kodem.

 Tak, od pierwszego wrażenia

  Strona widzialna ukazuje kolor

  Swych powiązań ze stroną zakrytą. To się dzieje

  Tutaj, nie w jakimś „ niedopowiedzeniu”

  Ale między jednym a drugim ujęciem chwilowego

  Wyglądu tej dzielnicy całkowicie wiernym

  A tym co zakrywają trzeba to powiedzieć.

  Podnośnik hydrauliczny podtrzymuje galeryjkę

  Opieram się na niej, wyczuwam jej opór

  Z każdą linią. Każda linia odmierza

  Odległość między detalami wystroju

  Stwierdzeniem które pada a jego cieniem

 Cały ten inwentarz wpisuje się na listę

  Między wyraziste wrażenie a podskórne doznanie wchodzi

  Między. I tak owa kapryśna proporcja która rządzi

  Moim chorym sposobem wyrażania się, rytmizuje go, dzieli,

  Zamarzła w znajomych miejscach. Kawał terenu

  Zajęty przez pustynię i jej zimne noce

  Jej wiatr-wariata-którego-bezkarnie się nie słucha

  Ten sam maneż: wymijające spojrzenia bywalców

  Którzy wolą płacić sobie monetą słów widzianych z profilu

  Mury i jezdnie  wyślizgane marzeniami

  Dla marzeń, po tysiąc razy powtarzane skecze

  Przed zgromadzeniem krzeseł. Wchodząc,

  Namieszałeś w odwiecznej grze między duszą

  A pejzażem. Powietrze które poruszasz swym chodzeniem

  Wydęło postacie na miejscowych kartach.

  To nam robi trochę za dużo obrazów

  Może nie? O czym był film w telewizji wczoraj wieczorem?

  Nie zrozumiałem nawet czy to była doku-drama

 Czy coś innego. Tak, tego ranka wszystko z sobą się miesza

 Albo raczej nakłada na siebie, jedno ujęcie klik następne

  Nierówne dawki słońca, przechodniów, samochodów, cement

  Którego nie wiąże nic z wyjątkiem analogii a jej racja

  Bytu rozwiewa się w kolejnym ujęciu. – Mam przynajmniej nadzieję

  Ze zszywając je z sobą wyłuskasz trochę sprawniej

  Odpowiednik tego wszystkiego w swej głowinie..

 - W dwóch słowach nazywam to sentymentalizmem.

  Potrzebuję więc ciebie żeby dalej iść

  Od porównania do porównania ironicznie

  Naiwnie w tym zapożyczonym świetle

„ Rzeczywistość” cytuje sama siebie

  I zakłada dystans. Gdyż za nią, daleko za nią

  Drepczą realizm oraz wyobraźnia

  W śmiertelnej doku-dramie. – To wszystko?

  - To wszystko, za dużo nagadałem, to twoja wina.

  A teraz  przenieśmy się na inny taras

  Poszukajmy ciszy ale na zewnątrz.

 

 

 

 Proszę nie przerywać

 

To piękne

Nie wiedzieć skąd biorą się te rzeczy

Sekretne powiązania

Są bardziej subtelne

Zdarzają się intrygi

W trakcie których zapomina się

O początku, nie czeka na koniec

Jeszcze przez parę chwil

Wszystko może przenikać wszystko

 

 

 

 

 

 

  Zaczyna się zwyczajnie, w trakcie

  Jakiejś rozmowy: targowisko już kwitnie

  Na placu przeskakując 

  Etap pączkowania

  I żeby nazwać to miasto

  Wenecją trzeba było zakamuflować

  Infrastrukturę, ułożyć

  Wymyślnie przycięte pałeczki

  Mikado na zapadni dla orkiestry.

   Towary już są w drodze

  Konwojami bez oświetlenia

  Po cichutku nocą

  Konkurują z naturą.

  Za opłatą! A jednak to piękne

  Nie wiedzieć skąd się biorą te rzeczy

  Ani dzieci a kiedy etnolodzy

  Zaczynają grać rolę misjonarzy

  W służbie planowania rodziny

  Pękać tylko ze śmiechu razem z dzikusami.

  Sekretne powiązania

  Są bardziej subtelne. Jeżeli je złapiesz, chwycisz

  Za szyję niczym jadowite

  Węże, poskręcane

  Bagietki, wiele zdań

  Jest spójnych. Ich paszcza

  Pod naciskiem palców otwiera się nieprawdopodobnie,

  Jeśli zajdzie potrzeba, zakłada się

  Jeszcze jedną rurę i całe to ustrojstwo

  Funkcjonuje z płynnością uszczelek.

  Co nadaje dzisiejszego ranka

 Tym dobrze wypunktowanym zdarzeniom

  Na targu, w kawiarni, po powrocie do ciemnego pokoju

 Zwartość filmowego obrazu? Na pewno nie muzyka

 Sztucznie doczepiona, przegadana której kino

 Powinno się wstydzić. To już raczej zaimprowizowana

 Narracja która potrafi skupić się na sobie

 Z nonszalancją. Nie sposób jej oderwać

 Od swego pretekstu, ona spowoduje zanieczyszczenie

 Powietrza, tylko film zostanie na ścianach

 I na skórze. Odlew pływania motylkiem:

 Jedno ogniwko na styku dwóch rytmów

 Schowane między dwiema wodami. Tak to

 Się zaczyna, już w trakcie. Albo raczej

 Ja tak o tym mówię. Ale nikt nic z tego nie rozumie,

 Mój biedny przyjacielu. – W porządku. Są takie intrygi

 W trakcie których zapomina się

 O początku, nie czeka na koniec: uciekający

 Gangsterzy ustawiają się w pozach papierowych sumotori

 Na estradzie z kartonu, z tym że to jest zwyczajne koło

 Nakreślone na piasku plaży. A więc

 Pomocnicy uderzają dłońmi o ziemię:

 Tamci chwieją się na nogach ciągle sztywni, szpula przewija się

 Coraz szybciej, widzowie na krzesłach drżą z emocji

 Aż do chwili gdy jeden z zawodników wykroczy

 Poza linię. To wielka sztuka. Cóż lepszego możesz

 Zrobić dzisiaj niż sprowadzić

 Do wielkości naturalnej kopię tej gry w miniaturze?

 Drobne fragmenty rozciągają się

 Pojazd  który nam pomógł w kłopocie sam trzyma się na.gumach.

 To się dzieje bez ładu ni składu

 W połowie drogi

 Do śmierci. Spóźniony badacz

 W pełni wyprawy nad Orinoko czy Amazonkę

 Gorączkuje się, patrzy zahipnotyzowany

 Jak wije się pod nim wąż który nie ma końca, ujście

 Rzeki wydaje mu się równie odległe jak jej źródło. Albo

 Siedząc na pniu drzewa, patrzcie go, zauważa

 Że to krokodyl.

 Takie rzeczy zdarzają się w życiu:  w pół-biegu

 Przez nieokreśloną strefę lub przez parę chwil

 Wszystko może przenikać wszystko – przynajmniej chcemy w to wierzyć.

 Anonimowi dobroczyńcy zapewniają spojenie elementów

 Zapełniają puste przegrody straganów ale trzeba

 Doczekać nadejścia nocy aby sztuczne fiuty dostosowały się

 Do uniwersalnego chomąta..Tak to

 Się wszystko zaczyna. Tak to ja

 Rozumiem byle tylko dyrygent

 Nie wpadł na pomysł uderzenia pałeczką w pulpit

 I byle nie ustalono żadnej daty.

 


 

                                               NOTA

 

Pierre AlferiPIERRE ALFERI ( rocznik 1963) – właściwie Pierre Derrida, syn słynnego filozofa Jacques’a Derridy, poeta, eseista, prozaik, krytyk filmowy. Jeden z najbardziej interesujących reprezentantów nurtu literatury francuskiej, nastawionej na nieustanną inwencję w dziedzinie formy. Wraz z poetą Olivierem Cadiot założył pismo „ Revue de littérature générale” . Współpracował z plastykami, wydawał płyry i uprawiał perormance razem z muzykiem Rodolphem Burger.

   Opublikował wiele książek poetyckich, m. in. Les allures naturelles ( 1991), Le chemin familier du poisson combatif ( 1992), Sentimentale journée ( 1997), La voie des airs ( 2004). Jest także autorem książki Les enfants et les monstres ( 2004), na którą złożyły się opublikowane wcześniej artykuły o filmie, a także powieści Le cinéma des familles ( 1999). W r. 1989 wydał wysoko ocenioną pracę filozoficzną Guillaume Ockham. Le singulier, póżniej jednak zarzucił filozofię na rzecz poezji.

Tłumaczył wielu poetów języka angielskiego, m. in. Johna Donne’a, Meyera Schapiro i Johna Ashbery’ego.

Materią tej poezji jest magma szczegółów zaczerpniętych z codzienności, falowanie szerokiej frazy dynamizowanej przerzutnią, wynoszącej na powierzchnię strzępy rozpoznawalnych wydarzeń, sytuacji czy pejzażu Paryża, odsłaniającego się w rytmie przyśpieszeń i zwolnień kroku narratora-spacerowicza. Dialogowość, rzeczywista, lub tylko pozorowana, to także jedna z rozpoznawalnych cech tej poezji, z jej widocznym „ niepokojem składni” – jak trafnie zauważył jeden z krytyków, z burzeniem związków logicznych między zdaniami i zwrotami, ze świadomym zacieraniem różnic między poezją a prozą. Dla Alferiego „ proza nie jest ani osobnym gatunkiem, ani przeciwieństwem poezji”. Nieodpartym wrażeniem przy lekturze tej poezji jest ciągły ruch, zagarnianie coraz to nowych czasoprzestrzeni skojarzeń, konfrontowanych z inwazją banału i kolokwializmów, wreszcie z dużym poczuciem humoru augtora, które wyróżnia go spośród innych poetów jego pokolenia. Alferi z tomu na tom poszukuje formuł języka, które potrafiłyby unieść rzeczywistość, nie wpadając przy tym w pułapki -„ skompromitowanej” liryki. Chce budzić emocje, ale z dala od sentymentalizmu.

Po raz pierwszy jego poezja została zaprezentowana w „ Literaturze na świecie” ( nr 3-4/2003), w przekładzie Tomasza Różyckiego.

Z autorskiej antologii Na szali znaków – Czternastu poetów francuskich, Biuro Literackie, 2008. Wybór wierszy, przekłady i całość opracowania krytycznego Krystyny Rodowskiej.

Pin It